wtorek, 5 września 2017

Rozdziały 27 i 28

 EDYCJA: Jest szansa, że rozdział pojawi się 27.09.
Tak, wiem że dodawanie tego po oficjalnym pożegnaniu jest nieco niepoważne, ale tak się złożyło, że znienacka i krótkotrwale pojawiło się trochę czasu, a serio chciałabym dojść chociaż do końca etapu niewoli, bo zawiera warte komentowania kurioza, takie jak kompetentna straż z rozdziału 28. Niczego nie obiecuję, naprawdę niczego. Tak czy inaczej, dziś są dwa rozdziały. Niezbetowane. Ewentualne poprawki będą w piątek.
 AELACTRA CARSON, dedykuję Ci dzisiejszą analizę w związku z prawidłową odpowiedzią na konkurs z 13 i 14 rozdziału.

ROZDZIAŁ 27

Trwa dzień trzydziesty i pogrzeb Marlene, ale Tris z niego ucieka:

Nie chcę słuchać mowy, jaką Tori wygłosi w imieniu Marlene, ani być świadkiem toastów i wiwatów, jakie Nieustraszeni będą wznosić, żeby uczcić pamięć jej życia i odwagi.
(W imieniu? Może to i czepianie się doboru słów, ale klasyczne mowy pogrzebowe „była odważna i skakała z pociągów” to co innego niż mowa w imieniu. W imieniu byłoby „Marlene chciała skorzystać z tego, że jesteście tu zebrani, i poinformować, że była odważna i zawsze skakała z pociągów).
Co do ucieczki Tris... Cóż, śmierć kogoś bliskiego (chociaż akurat tutaj nie mamy wielu przesłanek, by uznać bliskość denatki i głównej bohaterki) może boleć tak bardzo, że człowiek nie jest w stanie uczestniczyć w pogrzebie. Jednakże, ogólnie Tris nie będzie przechodziła żałoby, raczej nie będzie wspominała Marlene. Można by rzec – ucieka z pogrzebu, bo wstyd jej, że nie ocaliła Marlene – ale wątku pretensji do samych siebie w stylu „mogłam obudzić w sobie Rambo i ocalić oboje” również niezbyt wystąpi. Więc, dziwne to. Znaczy się, wiem czemu tak naprawdę Tris ucieka – żeby w odpowiedniej scenerii pogodzić się z Christiną, co jest po myśli Roth – ale próbuję patrzeć na powieści jak na symulację życia. Tak czy inaczej, po raz drugi pogrzeb nastoletniego frakcyjnego robi za dogodne tło: Tris targają emocje więc sobie idzie, a że wszyscy są zgromadzeni w innym miejscu, może bez świadków pogadać z kimś istotnym.

Tego ranka Lauren poinformowała, że nie zauważyliśmy kilku kamer w sypialniach nowicjuszy, gdzie spali Christina, Zeke, Lauren, Marlene, Hector i Kee – dziewczynka z zielonymi włosami.
Eee... czy ci ludzie nie mieli własnych grup znajomych? Dlaczego zalegli w jednej sypialni, niektórzy naprawdę z dala od swojego środowiska naturalnego? Patrzcie:
1. w pełni dorosła Lauren–instruktorka,
2. szesnastoletnia nierdzenna Christina,
3. przednowicjatowy rdzenny Hector,
4. osiemnastoletni rdzenny Zeke,
5. szesnastoletnia rdzenna Marlene.
6. ośmioletnia rdzenna Kee,
Większość z tych osób nie ma ze sobą dużo wspólnego. Dlaczego Lauren poszła do jakichś koleżanek w swoim wieku? Albo Marlene? Dlaczego Zeke był z dala od Uriaha, chociaż ich wyjątkowo bliskie więzi są podkreślane? Dlaczego Zeke i Uriah pozostają z dala od matki, która – jak się dowiemy w następnym tomie – jest ich jedyną rodziną? No i idąc tropem tychże braci – dlaczego nikt z rdzennych nie przebywał w pobliżu rodziny? Przecież tak traumatyczne przeżycia, jak będące udziałem całej frakcji, świetnie jednoczą krewnych. Kee i Hector mogą być w zbliżonym wieku, mogą się przyjaźnić, ale czy tak mała dziewczynka, w obliczu wszystkich strasznych rzeczy które dzieją się w ostatnich dniach, nie wolałaby jednak trzymać się w pobliżu zapewniających poczucie bezpieczeństwa rodziców/innych dorosłych członków bliskiej rodziny? (Ugryźliśmy sprawę sprawę pod kątem psychologii tłumu w trudnych czasach, to teraz patrzymy i pod kątem psychiki dziecka, a co).
A właśnie. Co działo się z dziećmi Nieustraszonych w noc apokaliptycznej rewolucji? Od jakiego wieku uczestniczyło się w symulacji śmierci? Ośmiolatkowie też dostali karabiny i strzelali? Jeżeli nie – czy po prostu obudzili się w pewnym momencie w pustej siedzibie? Czy ktoś po nich wrócił? A co z niemowlakami? Wiem, że obserwujemy fabułę oczami Tris, która skupia się tylko na najbliższym otoczeniu (jak to czyni większość ludzi), ale zastanawiam się na własną rękę, w szerszym kontekście.

To dzięki temu Jeanine wydedukowała, kto znalazł się pod wpływem symulacji. Nie mam wątpliwości, że wybrała młodych Nieustraszonych dlatego, że wiedziała, że ich śmierć zrobi na nas większe wrażenie.
Po pierwsze: Jeanine wykonała jakiś test kontrolny żeby zobaczyć, kto jest w symulacji? „Wszystkie zombie – podnosimy lewą rękę w górę! Ale fajnie, ręce podniosły dzieciaki, bierzemy je”. Inaczej tego nie widzę, a Wy? Jeśli test odbył się właśnie w podany sposób – w sprzyjających warunkach mogłaby przy okazji wywołać niezły efekt zastraszenia, gdyby zzombioleni przebywali akurat w towarzystwie niezzombiolonych, do późnych godzin nie śpiąc, i zzomioleni chwilę później nie umieliby wyjaśnić niezzombiolonym, czemu nagle kolektywnie podnieśli rękę. Ale do takiej mrocznej demonstracji potęgi nie doszło – najwyraźniej niezaczipowana mniejszość nie przebywała akurat w towarzystwie zaczipowanej większości/ spała już.
Po drugie: A nie mówiłam, że przerywanie bardzo ważnej pracy nad kamerami jest złym pomysłem?
Po trzecie: Wrócę jeszcze raz do motywu sali kontrolnej: Nieustraszeni po zakończeniu paintballa mogliby z łatwością namierzyć niezaślepione kamery, przeglądając wszystkie ekrany. I dlaczego Jeanine chociaż w tejże sali kontrolnej definitywnie nie odcięła prądu, skoro teoretycznie miejsce to mogło dać odpowiedź, które z kamer jeszcze działają? Dobra, znam odpowiedź: bo na takie zastosowanie pokoju kontrolnego nie wpadli ani Nieustraszeni, ani jeanine, ani autorka.

Zatrzymuję się w nieznanym korytarzu i przyciskam czoło do ściany.
(Dziwię się, że jakikolwiek korytarz jest ci nieznany po tym nowicjacie, na którym nie mogliście wychodzić poza obręb jaskini, nie mieliście żadnych książek/elektronicznych gadżetów do zabijania czasu, a dysponowaliście niemal całymi wolnymi dniami).

Słyszę, że ktoś się zbliża, i spoglądam na bok. Parę kroków ode mnie stoi Christina, ciągle w
tym samym ubraniu, które miała na sobie zeszłego wieczoru.
Nie no. Niewyspanie, widok trupa a po nim wrzaski i darcie na sobie ubrań, ultimatum Erudytów, ucieczka w nieznany korytarz... a główna bohaterka ma jeszcze głowę, żeby wypunktować, że Christina nie zmieniła ubrania. Co za tym idzie: w trakcie dramatycznej nocy, półprzytomnie biegnąc, ludzi ratując, zarejestrowała jeszcze stylówę Christiny. Wypominam, bo przecież mamy narrację pierwszosobową, teraźniejszą, pochodzącą od dziewczyny non stop przeżywającej bardzo traumatyczne wydarzenia. Nie – narrację z kamery z zewnątrz.

Cześć mówi.
Naprawdę nie mam nastroju, żeby czuć się bardziej winna. Więc odejdź, proszę.
Chcę tylko powiedzieć jedną rzecz, potem odejdę. (...) Nigdy wcześniej nie widziałam takiej symulacji. No wiesz, tak z zewnątrz. Ale wczoraj... Kręci głową. Miałaś rację. Nie słyszeli cię, nie widzieli cię. Jak Will... Zacina się, kiedy wymawia jego imię. Przerywa, bierze wdech, z trudem przełyka ślinę. Kilka razy mruga. A potem znów na mnie spogląda. Powiedziałaś, że musiałaś to zrobić, bo inaczej by cię zastrzelił, a ja ci nie uwierzyłam. Teraz wierzę i... postaram się ci wybaczyć. Tylko to... chciałam powiedzieć.
Dlaczego Christina miała aż taki problem z pojęciem, że z zombie nie da się pertraktować? No przecież gdyby się dało, Altruiści nie ginęliby, bo zombie reagowałyby na błagania o litość.
Wersja pierwsza: widać chodniki zasłane trupami cywilów w piżamach nie były dla Christiny wystarczającą wskazówką, że zombie są totalnie odmóżdżone.
Wersja druga: po prostu autorka chciała kłótni między najlepszymi przyjaciółkami, zakończonej przyznaniem racji protagonistce.
Wersja trzecia: chyba, że przyjąć, że u Christiny zadziałał jakiś mechanizm wyparcia? Że po prostu nie chciała wiedzieć, co takie tępe zombie potrafią wyprawiać i na jaką skalę? Dziwny mechanizm, biorąc pod uwagę elementy z wersji pierwszej (czyli – przecież Christina widziała trupy i wiedziała, że na nieświadomce sama je produkowała). Wątpię, żeby autorka miała na myśli tę wersję, ale kombinuję.

W pewnym sensie czuję ulgę. Wierzy mi, spróbuje mi wybaczyć, chociaż to nie będzie łatwe. Ale w większym stopniu czuję złość. A co sobie myślała do tej pory? Że zamierzałam zastrzelić Willa, jednego z najlepszych przyjaciół? Powinna mi wierzyć od początku, powinna wiedzieć, że nie zrobiłabym tego, gdybym wtedy znalazła jakieś inne wyjście.
Jakie szczęście, że w końcu zdobyłaś dowód, że nie jestem morderczynią bez serca. No, dowód inny niż moje słowo. Bo przecież, czemu miałabyś mi wierzyć? – Zmuszam się do śmiechu, usiłując zachowywać się nonszalancko. Otwiera usta, ale ja ciągnę dalej, nie mogę się powstrzymać. Lepiej się pospiesz z tym wybaczaniem, bo czas ucieka...
W przypadku innej bohaterki, będącej na miejscu Tris, przyznałabym jej rację: biedna dziewczyna, której nie ufała najlepsza przyjaciółka, skomentowałabym. Niestety, brak wyrzutów sumienia po śmierci Ala, a wcześniej – gotowość na pozwolenie, żeby Christina zginęła zamordowana przez Erica – sprawia, że negatywne mniemanie Christiny o Tris było uzasadnione. Wątpię, żeby autorka widziała taką dwuznaczność interpretacji zachowania Christiny – ot, przyjaciółka głównej bohaterki myliła się i krzywdziła ją negatywnymi osądami – ale cóż, analizując z zewnątrz, to się widzi.

Tris płacze, Tris osuwa się po ścianie, Tris wącha obejmującą ją Christinę:

Pachnie olejkiem kokosowym...
Ciapowaty Al samoczynnie wydzielał woń cytrynowego odświeżacza, ciemnoskóra Christina – olejku kokosowego (kokos jest z Czarnego Lądu albo tylko ja widzę nawiązanie). No bo aromat naturalny jest tu i tak najbardziej prawdopodobnym wyjściem. Alternatywnie Christina pamięta o jakichś perfumach/balsamach na parę godzin po widoku samobója i nie pamiętając jednocześnie o zmianie odzieży, niewyspaną będąc:
Parę kroków ode mnie stoi Christina, ciągle w tym samym ubraniu, które miała na sobie zeszłego wieczoru.
Oczy ma podpuchnięte, a głos jakby lekko senny, albo
z powodu wyczerpania albo malej ilości alkoholu, albo jednego i drugiego.
No to nie brzmi jak opis osoby wcierającą w siebie jakieś intensywnie wonne kremy w międzyczasie, czyż nie?

... i jest silna, dokładnie taka jak w czasie nowicjatu, kiedy wisiała nad przepaścią, utrzymując się czubkami palców.
Weź nawet nie przypominaj, jak po prostu się na to gapiłaś i nic nie robiłaś, a po fakcie niczego sobie nie miałaś do zarzucenia.

Wtedy – czyli wcale nie tak dawno – czułam się przy niej słaba, ale teraz jej siła sprawia, że wydaje mi się, że ja też mogę być silniejsza.
Analizowałam pierwszy tom tak wnikliwie, jak tylko potrafiłam, czego byliście świadkami. Czy tylko ja nie kojarzę żadnej sceny, w której Tris czułaby się słaba z powodu siły Christiny? Mogło coś mi umknąć, a żeby odnaleźć tego typu niuans, musiałabym czytać od nowa wiele dziesiątek stron. W każdym razie – na moją wiedzę podając, czegoś takiego nie było.

Dziewczęta klęczą, ściskają się. To już załatwione. To miałam na myśli. Że już ci wybaczyłam – mówi Christina i tak kończy się scena pojednania.
Przeskok:

Wszyscy Nieustraszeni milkną, kiedy tego wieczoru wchodzę do stołówki. Nie winię ich. Jako
jedna z Niezgodnych mam moc, żeby pozwolić Jeanine zabić jednego z nich. Większość pewnie chciałaby, żebym poświęciła siebie. A może są przerażeni, że tego nie zrobię.
1. Autorko, czy to nie przesadzona reakcja na pojawienie się Tris/ Tris, a może, przewrażliwieniem kierowana, trochę wyolbrzymiasz? Serio wszyscy na wielkiej stołówce, siedzący pod różnymi kątami do Tris (w tym pewnie też tyłem) – wszyscy, jak ich grube dziesiątki – karnie zamilkli jak jeden mąż? Kolektywnie zareagowali w ten sam sposób, od dziecka kilkuletniego do czterdziestolatka? Jeśli tak: czy główna bohaterka jest jedyną Niezgodną, która wywołuje taki efekt? Jeśli tak, jest Turbo Mary Sue. Jeśli nie, to toczenie rozmów może stać się w końcu irytujące, gdy akurat nadarzy się combo i w piątej minucie dialogu do stołówki trzeci Niezgodny niemalże z rzędu.
Dobra, znam hollywoodzki motyw potężnych reakcji emocjonalnych na widok protagonisty, jednakże – zwłaszcza, że nie jestem miłośniczką amerykańskich filmów – poddaję to pod nieco szyderczą krytykę, starając się spojrzeć z racjonalnego punktu widzenia.
2. Raz już wypomniałam motyw wiary towarzystwa w szczerość komunikatu lunatyków, czyż nie? No więc, motyw ten wciąż trwa.

Gdyby to byli Altruiści, teraz nie siedziałby tu żaden Niezgodny.
Możliwe. Są niezdolni do ocalenia kogokolwiek przy użyciu broni (pamiętacie, jak niewielu odpowiedziało na apel Tris, gdy potrzebowała każdego, kto może pójść i będzie korzystał z pistoletu?), ale stricte podstawianie się z opuszczonymi rękami – to pasuje. I, dodam brutalnie, między innymi dlatego Altruiści są już gatunkiem bliskim wymarcia.

Tris nie wie, dokąd pójść ani jak się tam dostać (hm, chyba chodzi o jej niewyspanie/przytłoczenie tragediami, tak przyjmijmy – że tego symbolem jest niewiedza, jak się dostać w konkretne miejsce w stołówce). Na szczęście, jak to wielokrotnie już się protagonistce zdarzało, z opresji wybawiają ją kumple – Zeke macha na nią, żeby podeszła. Tris rusza, na jej drodze staje jednak przytłoczona ogromem cierpień Lynn; dziękuje za ocalenie Hectora i wyznaje, że tęskni za Marlene (wiemy, że nie przeżywa jej zgonu jedynie na zasadzie śmierci koleżanki, czyż nie?)

W końcu obejmuje mnie jedną ręką i zaciska dłoń na mojej koszuli. Ból przeszywa mi ramię. Nie mówię jej o tym.
Jeszcze raz powraca motyw rany, która czasem zachowuje się, jak na całkiem świeżą ranę postrzałową przystało, czyli boli, a czasem nie przeszkadza w podciąganiu się na ręce, na której się znajduje. Tutaj: w wersji wiarygodnej.

Tris siada obok braci. Uriah się zalewa, bo mu umarła dziewczyna.

Gdzie Shauna? – pytam. – Jeszcze w szpitalu?
Nie, tam. – Zeke głową wskazuje stół, do którego wróciła Lynn. Shauna, tak blada, że niemal przezroczysta, siedzi na wózku inwalidzkim. Nie powinna wstawać, ale Lynn jest trochę skołowana, więc dotrzymuje jej towarzystwa.
Litości. Ta Shauna w końcu się wam przekręci i nie będzie problemu z noszeniem jej po Jamie. Zaraz po postrzale Tobias przerzucił ją sobie przez ramię; w parę godzin później była transportowana między frakcjami, raczej w amatorski sposób; w kolejne kilka/kilkanaście godzin po tym sadza się ją na wózku na etapie, na którym chyba trzeba było władować w nią wagon leków przeciwbólowych, żeby mogła wysiedzieć. Ostatnią rzecz czyni się, bo Lynn jest skołowana. I to jest wystarczający powód, żeby męczyć ciężko ranną. Powinna spać i pewnie być pod kroplówką. Ten motyw jest już makabryczny.

Ale jeżeli zastanawiasz się, dlaczego oni wszyscy są tak daleko... Shauna dowiedziała się, że jestem Niezgodny – informuje ospale Uriah. –1 nie chce się zarazić.
Och.
Na mnie dziwnie patrzy – wzdycha Zeke. – „Skąd wiesz, że twój brat nie knuje przeciwko nam?" Dałbym wszystko, żeby przywalić w zęby temu, kto namieszał jej w głowie.
Nie musisz nic dawać – prycha Uriah. – Jej matka siedzi tuż obok niej. Podejdź i jej przyłóż. Podążam wzrokiem za jego spojrzeniem w stronę kobiety w średnim wieku z niebieskimi pasemkami we włosach i kolczykami wzdłuż całego płatka ucha. Jest ładna, tak jak Lynn.
Sprawa najbardziej rzucająca się w oczy: świadkiem sadzania Shauny na wózek na dzień po poważnym postrzale, bladej na granicy przezroczystości (tak, że aż widać to z daleka) jest... jej matka. Jej matka na to pozwala. Dorosła kobieta, a nie bezmyślna nastka. Bo skołowanej Lynn nie wystarczy jej towarzystwo, musi mieć jeszcze półprzytomną siostrę, inaczej... kolacji by nie zjadła, czy ki pierun.
Ze spraw mniej rzucających się w oczy: ależ ten motyw Niezgodnych – podejrzanych, którzy na pewno nie są lojalni wobec wybranej frakcji, jest głupi w obecnej wojennej rzeczywistości. Utrzymałby się jeszcze jakoś w czasach, gdy niektórzy ludzie nie mieli realnych problemów, to mogli wymyślać sobie chochoły – ale widzieć wrogów w lojalnych członkach frakcji, podczas gdy drugie 50% frakcji zdradziło, po Minaghi hulają bezkarni ludobójcy, a wszyscy lojaliści poza 70–cioma są zaczipowani i mogą w każdej chwili skoczyć z dachu/ stać się agresywni?

Tobias podchodzi. Ma niski i chrapliwy głos, który przenosi Tris do spokojnych miejsc. Jak przystało na postapokaliptyczny świat, w którym trup ściele się gęsto, przodującym motywem staje się unikanie wzroku atrakcyjnego faceta, bo przecież niedawno mieli sprzeczkę... no ale gdy usiadł obok Tris, to jednak spojrzała, i standardowo zachwyca się jego oczami.

Przyszedłem cię prosić, żebyś nie podejmowała żadnych decyzji, zanim ich nie omówimy.
Za późno, myślę. Decyzja już podjęta.
Stawiam, że akurat Tris ma konkretny powód, by podświadomie odpychać myśl o prawdopodobnym wiarołomstwie Erudytów. No po prostu chce umrzeć. I pcha się na każdą taką okazję. Skoro nie brała pod uwagę własnej bezbronności w obliczu dwóch ochroniarzy Jeanine, tylko chciała gonić ją z gołymi rękami, to po co miałaby komplikować sobie samobójcze zamiary w tym przypadku?
Nie, Tris i jej stanowcza decyzja mnie nie zachwycają. Nie, jeśli pamiętać jej samobójcze wyskoki z całego tomu – a to one sprawiają, że możemy ujrzeć motywy oddawania się Erudycji w kontekście innym niż czysta, bohaterska ofiara.

To znaczy, zanim ich wspólnie nie omówimy, bo to dotyczy nas wszystkich – poprawia go Uriah. – Moim zdaniem nikt nie powinien oddawać się w ręce Erudycji.
Nikt? – pytam.
Nie! – krzyczy Uriah. – Myślę, że powinniśmy odwzajemnić atak.
Ci bracia są tępi. Zeke myślał, że Jeanine może zabić Jacka i byłoby to jakimś jej zwycięstwem, chociaż okoliczności nie wskazywały na nic podobnego. Uriah nie umiał rozwiązać równania „symulacja plus igły”, a teraz w dodatku ma wojownicze, z rzyci wzięte pomysły.

Jasne – przyznaję kpiąco. Prowokujmy kobietę, która potrafi zmusić połowę ludzi stąd, żeby
się zabili. Świetny pomysł.
No tak Tris, z grubsza to miałam na myśli. Wiem, że Uriah jest pijany, ale czy nie pamięta już, czemu się zalał? Bo Jeanine zabiła jego dziewczynę i może to zrobić z niemal każdym. Dla ścisłości, w kwestii skorygowania słów Tris: Erudycja ma teraz pod kontrolą nie połowę lojalnych, a wszystkich minus 70, pamiętamy?

Byłam zbyt szorstka. Uriah wlewa sobie resztę napoju do gardła i odstawia butelkę tak mocno, że ta omal się nie rozbija.
Nie mów tak – warczy.
Przepraszam. Ale wiesz, że mam rację. Najłatwiejszym sposobem, żeby mieć pewność, że
połowa naszej frakcji nie umrze, to poświęcić życie jednej osoby.
Nie wiem, czego się spodziewałam. Może tego, że Uriah, który aż za dobrze wie, co się stanie, jeżeli któreś z nas nie pójdzie, zgłosi się sam. Ale on spogląda w dół. Nie wyrywa się.
A może Uriah jest jedynym, który widzi naiwność toku rozumowania „Erudycja dostanie jednego królika doświadczalnego → Erudycja szlachetnie da spokój reszcie wrogów, których ma chemicznie w garści”? Jeśli tak, dlaczego nie podzieli się swoimi spostrzeżeniami?
(Ciekawe, czy sama Roth uwzględnia, że teoretycznie Jeanine mogłaby zabijać symulacją nawet po otrzymaniu niezbędnego obiektu do badań).

Tori, Harrison i ja postanowiliśmy zwiększyć bezpieczeństwo. Liczymy na to, że jeżeli wszyscy będą się strzegli tych ataków, zdołamy je powstrzymać – oznajmia Tobias. – Jeżeli się nie uda, pomyślimy nad innym rozwiązaniem. Koniec dyskusji. Ale na razie nikt nic nie będzie robił. Jasne? Spogląda przy tym na mnie i unosi brwi.
Czy gremium kierownicze ma na myśli, że wszyscy mają się nawzajem pilnować, a gdy w kimś obudzi się zombie – obezwładniać delikwenta? Wyczerpujące psychicznie, ale potencjalnie mogłoby się udać, gdyby sypiali na zmiany, a w każdej zmianie czuwającej byli jacyś niezaczipowani – ta siedemdziesiątka stała się w obecnych okolicznościach bardzo cenna.
(Takie luźne przemyślenia; jak widać, wodzowie frakcji nie uznali za słuszne ułożenie chociażby takiego planu, poprzestali na ogólnym „pilnujcie się wzajemnie” – dochodzę do takiego wniosku, że gdyby wykombinowali coś bardziej szczegółowego, Tobias podzieliłby się tym z Tris w nadchodzącej rozmowie).

Tris przytakuje. Po kolacji wychodzi. Nie ma sił psychicznych na wejście do sypialni, w której ostatnio spała, włóczy się więc po korytarzach i wspomina niedobrego Ala – no wciąż pamięta jego prywatny smród, obecnie kojarząc go z bezsilnością, a nie z przyjacielem. Nie kojarzę, żeby kiedykolwiek utożsamiała ten cytrynowy odświeżacz z przyjacielem, ale jak musi zakłamywać historię, to musi, cóż. Chce poczuć się bezpiecznie więc idzie... poniuchać zapach Tobiasa w jego pościeli. Kota nie robi sobie cynicznych jaj, naprawdę tak jest.
Jak można przewidzieć, przybywa Tobias – i wzywa Tris do niebycia idiotką (wie, że kłamała i na bank nie zmarnuje takiej okazji na zgon, jaką jest spacer do Erudycji).

Nie próbuj tego upraszczać. To nie takie proste. Wiesz równie dobrze jak ja, że tak należy
postąpić.
Akurat w tej chwili postanawiasz zachowywać się jak Altruistka? Jego głos wypełnia pokój i wywołuje ukłucia strachu w mojej piersi. Złość Tobiasa wydaje się zbyt nagła. Zbyt dziwna. Przez ten cały czas tutaj udowadniałaś, że jak na nich jesteś zbyt samolubna, a teraz, kiedy gra się toczy o twoje życie, musisz być bohaterką? Co się z tobą dzieje?
Zwykle krytykowałam motyw niemal idealnego faceta, którego Tris co jakiś czas jednak się boi, ale w tym momencie jego złość, nawet jeśli nagła – jak na moje, nie jest dziwna. Tobias ma tylko swoją dziewczynę. Dziewczynę, która od początku tego tomu ma ubzdurane, że musi zginąć, i dąży do tego celu pod pretekstami (mniej lub bardziej) grubymi nićmi szytymi. No można się wściec.
Czemu Tobias nie wytknie Tris, że ona tak naprawdę wcale nie chce ginąć za miliony, tylko po prostu wyciągnąć w kopyta, za najdogodniejszy termin uznając ten jak najprędszy? Najbardziej prawidłową odpowiedzią wydaje się: bo autorka zdaje się nie widzieć, że czynienie szlachetności jedynym motywem Tris jest niewiarygodne, skoro bohaterka wielokrotnie pod byle pretekstem narażała swoje życie i sama przyznała, że nie zależy jej na jego kontynuacji. Ale może istnieje inne wyjaśnienie? Na przykład – Tobias jednak jest ślepy na samobójcze zakusy Tris. Chociaż przecież ślepy się nie wydaje. Już się na nią denerwował i urządzał jej pogadanki. I teraz też próbuje.

Chyba co się dzieje z tobą! Zginęli ludzie. Przekroczyli krawędź budynku! A ja mogę sprawić, żeby to się nie powtórzyło!
(Ona i jej poczucie misji. I ta denerwująca ślepota na fakt, że nie, teoretycznie wcale nie ma aż takiej mocy, bo Erudycja nie musi dotrzymać lunatycznego ultimatum).
Dla ścisłości: nie zginęli ludzie, liczba mnoga, a jeden człowiek, liczba pojedyncza.

Jesteś zbyt ważna, żeby po prostu... umrzeć. Kręci głową. Nie chce nawet na mnie spojrzeć, omija wzrokiem moją twarz i patrzy na ścianę za mną albo na sufit nade mną, na wszystko, byle nie na mnie.
Jestem zbyt oszołomiona, żeby być zła.
Jesteś tak altruistyczna, żeby umierać za obcych a jednocześnie tak tępa emocjonalnie, żeby nie potrafić zrozumieć własnego chłopaka? Dlaczego sądzisz, że powinnaś być na niego zła? Bo jest zrozpaczony perspektywą stracenia cię na zawsze (znając go na co dzień widzisz przecież, że nie ma nikogo innego)? Bo uważa cię za ważną – jak pewnie niemal każdy facet każdą swoją dziewczynę/ w ogóle każdy człowiek drugiego człowieka, z którym ma bliskie relacje? W ogóle nie dostrzegasz, że zadajesz mu ból. W swoim altruizmie jesteś skrajnie egoistyczna, nie zastanawiając się nad tym, jak twoje decyzje wpłyną na twoich najbliższych (o Calebie to już w ogóle nie pomyślisz, nie poczujesz żalu, że zostawiasz go samego na świecie). Ręce opadają.

Nie jestem ważna. Wszyscy sobie beze mnie poradzą.
Kogo obchodzą wszyscy? Co ze mną? Spuszcza głowę i chowa ją w dłoniach, zakrywając oczy. Palce mu drżą.
A ty po prostu obserwujesz to biernie i beznamiętnie. No nie ma ani słowa o tym, żeby cierpienie ukochanego zadawało ci ból/ przeciwnie, żebyś uznała, że Tobias aktorzy, i z tego powodu nie reagowała współczuciem.
Zimna samica psa – oceniam surowo. Oceniłabym inaczej, ale przecież teoretycznie Tris kocha Tobiasa tak bardzo, że wolała pozwolić na położenie trupem całego Altruizmu niż go zabić. Skoro tak, to co to ma być? 
Co do ignorowania przez Tobiasa perspektywy, że ofiara jego dziewczyny ocali potencjalnych skoczków: nie bulwersuje mnie to, nie widzę dylematu moralnego bo nie widzę, z racjonalnego punktu widzenia, opcji prawdomówności Erudytów.  

Pokonuje pokój dwoma dużymi krokami i dotyka ustami moich warg. Ten delikatny dotyk wymazuje kilka ostatnich miesięcy i znów jestem tamtą dziewczyną, która siedziała na kamieniach przy przepaści, rzeka obmywała jej kostki, a ona całowała go pierwszy raz.
Akcja właśnie dziś/ sensu, przełomem rozdziału 26 i 27 dobiła do równego miesiąca. Pierwszy raz całowaliście się jakieś dwa tygodnie temu.

Jestem tamtą dziewczyną, która chwyciła go za rękę na korytarzu, bo po prostu miała na to ochotę. Odsuwam się, kładę dłoń na jego piersi, żeby go powstrzymać. Problem w tym, że jestem też tą dziewczyną, która zastrzeliła Willa i się do tego nie przyznała, dokonała wyboru pomiędzy Hectorem a Marlenę, i oprócz tego robiła tysiąc innych rzeczy. I nie mogę tych rzeczy wymazać
[To już po prostu złośliwe, ale trudno, uczynię to: chciałam tylko przypomnieć, że Tris przy swoim pierwszym pocałunku wcale nie była tak niewinna, jak teraz próbuje się odmalować. Już wtedy miała na koncie brak refleksji nad widokiem zgonu rówieśniczki, brak reakcji na niemal–śmierć Christiny na dzień po tym pierwszym trupie, robienie za dresiarę zadowoloną z czerwieni krwi i gulgotu ofiary, no i kwestię Ala.]

Dasz sobie radę. Nie patrzę na niego. Gapię się na jego koszulkę między moimi palcami i czarny atramentowy znak wijący mu się na karku, ale nie patrzę w twarz. –Nie od razu. Ale potem się otrząśniesz i będziesz robił, co musisz robić.
To szacowanie, że jej zrozpaczony facet otrząśnie się po jej zgonie i będzie wykonywał niezbędne czynności – szacowanie nie we własnej głowie, ale werbalnie, do niego, na etapie na którym z emocji trzęsą mu się ręce – jest przerażające. Nie wiem, czy cała scena miała być romantyczna, czy miała pokazywać silne przywiązanie Tobiasa do Tris i bohaterstwo jej czystej ofiary. Mówię tylko, jak to widzę. I jak widziałam już za pierwszym razem. Odbierałabym sprawę inaczej, gdyby Tris cierpiała z powodu bólu, jaki jej decyzja zada Tobiasowi – ale niczego takiego przecież nie widzimy, a warto zaznaczyć, że narracja jest z pierwszej osoby czasu teraźniejszego.

Obejmuje mnie w pasie i przyciąga do siebie.
To kłamstwo. I znów mnie całuje.
Niedobrze. Niedobrze zapominać, kim się stałam, i pozwolić mu się całować teraz, kiedy
wiem, co zamierzam zrobić.
Ale chcę tego. Och, jak bardzo chcę.
(Po ostatnich dwóch zdaniach Kocie cynicznie przemknęło przez myśl – ostatnia kamasutra).

Dobra. Całują się mocniej, Tobias smakuje jak woda i pachnie jak powietrze. Macają się, są w wyrze, Tris wprost wyznaje, że pragnie Tobiasa jak nigdy. Zagrożenie życia dobrze robi na chuć, po prostu. Tradycyjnie streszczam do minimum opisy, kto gdzie i komu kładzie rękę i co pod nią czuje. Tobias wykorzystuje rozerotyzowanie Tris, by poprosić ją o obietnicę, że nie pójdzie, że zostanie. Innemu bohaterowi zarzuciłabym seksualną manipulację, temu jednak nie – jasno i od początku pokazywane jest, że ich związek opiera się wyłącznie na pożądaniu, to i niby jak inaczej ma argumentować. Zawsze wzajemnie argumentowali macankami.

Czy mogłabym to zrobić? Mogłabym tu zostać, naprawiać sytuację między nami, pozwolić, żeby ktoś inny zginął zamiast mnie?
Ostatni raz przypominam: patrząc z punktu widzenia prawdopodobieństwa, uwzględniając charakter Jeanine: fałszywy dylemat. Oni i tak nie zostawią was w spokoju.

Tris już prawie sobie to umie wyobrazić, aż tu wtem! – przypomina sobie Willa (włącznie z jego ciałem, którego, jak już miałam okazję wypomnieć w podobnych okolicznościach, nie widziała przecież). No i klops, błagalne spojrzenie ciemnych oczu Tobiasa przegrywa z tą retrospekcją.

Czuję ukłucie w piersi, kiedy go okłamuję.
Dobrze.
Obiecaj – nalega, marszcząc czoło. Ukłucie zamienia się w ból, rozlewa się wszędzie wszystko się miesza: poczucie winy, przerażenie, tęsknota.
Obiecuję.
No i wcisnęła mu ściemę. Ależ facet dozna rozpaczy rano, gdy on będzie w swoim łóżku, ona z kolei – w celi Erudytów. W tej jednej jedynej chwili Tris odczuwa negatywne emocje w związku z wprowadzeniem misia w błąd, jednak w późniejszym czasie – przykładowo, zmierzając do Erudycji – jej głowy nie zaprzątnie już wizja porzuconego w taki sposób ukochanego. W ogóle, Tobias nigdy nie będzie adekwatnie oburzony jej ściemą. 


 
ROZDZIAŁ 28

Kiedy zaczyna zasypiać, mocno trzyma mnie w objęciach jak w ratującym życie więzieniu.
Nie ramiona chłopaka są tu potrzebne, a odpowiedni kaftan, oceniając po wszystkich po kolei samobójczych zachowaniach.
PS. Na ile się znam, na tyle wiem, że w procesie zasypiania mięśnie się rozluźniają.

Ale czekam – od snu powstrzymuje mnie myśl o ciałach uderzających o chodnik; w końcu jego uścisk poluźnia się, a oddech staje się miarowy. Nie pozwolę Tobiasowi pójść do Erudytów, kiedy to się znów stanie, kiedy znów ktoś umrze. Nie pozwolę.
O, nagle pojawia się jeszcze jedno uzasadnienie decyzji Tris: obawa, że to Tobias pójdzie do Erudytów. Uznałabym to za dobrą monetę, ale niestety – sami widzieliśmy, że decyzja Tris została podjęta dosyć odruchowo, bez refleksji, na tej samej zasadzie, na której zawsze biegnie w niebezpieczeństwo. Nie było żadnego ważenia argumentów typu „jeżeli tam pójdę, Tobias i Caleb zwariują z rozpaczy; jeżeli nie pójdę, Tobias może zginąć”. Żadnych dramatycznych zmagań z samą sobą. Więc wciąż nie kupuję bezmiaru samopoświęcenia.

Wyślizguję się z jego ramion. Wkładam koszulkę Tobiasa, żeby zabrać ze sobą jego zapach.
Poważnie, o co chodzi z tym fetyszem zapachu? Węszy Tobiasa, Ala, Caleba i Christinę; jak się zestresuje, idzie wcisnąć nos w używaną pościel Tobiasa; teraz jeszcze to. Wiem, że wtedy nie byłoby już tak romantycznie, ale i tak podpowiem: skoro tak chodzi o odpowiednią woń, to majtki byłyby jeszcze bardziej aromatyczne.

Tris na pożegnanie wyznaje Tobiasowi miłość.

Pozwalam, żeby drzwi się za mną zamknęły. Czas uporządkować sprawy.
Jeśli robisz wielką konspirę, powinnaś chyba dopilnować drzwi, bezszelestnie je domykając – cholera wie, jaki dźwięk wyrwie twojego zestresowanego chłopaka ze snu.

Tris podąża do sypialni rdzennych nowicjuszy, trafnie zgadując, że mimo traumy poprzedniej nocy (i mimo posiadania własnego wyra w sypialni nierdzennych, ale niech już będzie, że kwestia traumy po Willu), Christina będzie spała tam znowu.

Christina śpi na dolnym łóżku, pod Lynn.
Czy w sypialni jest jeszcze Shauna, że z ciekawości dopytam? Skoro Lynn potrzebowała siostry tak bardzo, by torturować ją nieuzasadnionym wożeniem na dzień po postrzale, bo inaczej chyba nie zjadłaby kolacji, to czy zasnęła bez niej?

Christina śpi na dolnym łóżku, pod Lynn. Nie chcę jej przestraszyć, ale nie da rady obudzić jej inaczej, więc zakrywam jej usta dłonią. Budzi się natychmiast, patrzy szeroko otwartymi oczami, dopóki nie widzi, że to ja.
Chyba bezpieczniej byłoby po prostu lekko potrząsnąć Christinę za ramię. Mała szansa, że wtedy jej pierwszym odruchem po przebudzeniu byłby wrzask. Z kolei zza dłoni przyłożonej do ust można wydobyć całkiem imponujący dźwięk, jeśli delikwent spanikuje – a tu są przesłanki do reagowania odruchową paniką, w jaskini są też zombie które cholera wie na co zaprogramowano i Christina na granicy jawy i snu mogłaby wywlec ten fakt z pamięci, po czym zareagować najgłośniej jak się da.

Tris wyprowadza Christinę z sypialni.

Co jest? – pyta. – Idziesz gdzieś?
Tak, ja... – Muszę skłamać, bo inaczej będzie próbowała mnie powstrzymać. Idę się spotkać z bratem. Jest u Altruistów, pamiętasz?
Mruży oczy.
Przepraszam, że cię tak zerwałam mówię. Ale chcę, żebyś coś zrobiła. To naprawdę ważne.
Bez jaj, takie naiwne kłamstwo. Niby dlaczego miałabyś iść do brata akurat w środku nocy i to w sposób tak spontaniczny, niezaplanowany? Tak, w grę wchodzi wyraźny brak wcześniejszego planu, bo Tris wywlekła Christinę, żeby przekazać jej wszelakie wieści około–Marcusowe. Gdyby tęsknotę za Calebem zaczęła odczuwać nieco wcześniej, mogłaby pogadać z Christiną zaraz po uzyskaniu wybaczenia; jeśliby z kolei właśnie teraz, w nocy, wpadła na pomysł wizyty u brata, równie dobrze mogłaby poczekać do rana, żeby pogadać z Christiną w cywilizowany sposób). Czemu tak skupiam się na kwestii łgania jak pies, w żywe oczy? By udowodnić, że Christina – zwłaszcza biorąc pod uwagę jej wychowanie w Prawości – wie, jak sprawa naprawdę wygląda. Wie, ale da sobie spokój z przekonywaniem „nie, nie rób tego!”, bo widzi brak szans powodzenia.

Tris wyjaśnia kwestię tak:

Pora ataku symulacyjnego nie była przypadkowa. Stało się to akurat w tym czasie, bo Altruiści coś planowali, nie wiem co, ale to musiało mieć związek z jakąś ważną informacją, a teraz Jeanine posiada tę informację. (...) Rzecz w tym, że nie mogłam dowiedzieć się za wiele na ten temat, bo tylko Marcus Eaton wie wszystko, a on mi nie powie. Ja tylko... to jest powód ataku. To jest powód. I musimy go poznać. (...) Chcę twojej pomocy, i to szybko. Potrzebuję, żeby ktoś przekonał Marcusa do współpracy, i myślę, że ty sobie z tym poradzisz.
Okej, Tris chce, żeby ktoś inny spośród jej bliskich znajomych wiedział o całej sprawie. Pytanie tylko, skąd wziął jej się pomysł, że Christina da radę przekonać Marcusa do współpracy? Jest tylko szesnastolatką, jednym z wielu kato–ofiar z symulacji nocnego mordu, której Marcus nawet nie zna. Marcus nie ma żadnych podstaw, żeby uznać Christinę za wiarygodną partnerkę do rozmów. Zwłaszcza że Christina nie za bardzo ma na co się powołać – no bo przecież nie na przyjaźń z Tris, której Marcus nie lubi i którą prawdopodobnie uważa za bezczelną gówniarę (a przecież będzie musiała jakoś wytłumaczyć, skąd wie o istnieniu informacji). Chyba, że Tris liczy, iż Marcus zacznie szanować ją pod wpływem jej szlachetnej ofiary, więc spojrzy łaskawym okiem również na jej wysłannika – ale w tekście nie mamy niczego podobnego.
Jedynym wyjaśnieniem zrywania Christiny z wyra, które przychodzi mi teraz do głowy, jest działanie podświadomości Tris. Instynkt samozachowawczy woła, żeby dać sobie spokój z samobójem, odpowiednio pokierował więc mózgiem: hej mózgu, przekażmy Christinie wszystkie dane w okolicznościach tak podejrzanych, jak tylko się da, może nas powstrzyma przed dalszą drogą.

Pomiędzy przekazem Tris mieliśmy jeszcze to:

Prawie zapomniałam, ona przechodziła symulację. Jak dużo Altruistów zabiła pod wpływem symulacji?
To był normalny fragment, do którego nie miałam jak się doczepić. Dręczyło mnie jednak nieoparte przeczucie, że gdzieś już widziałam coś podobnego. No i owszem, rozdział 14:
Do tego stopnia skupiłam się na tym, co się przydarzyło Altruizmowi, że omal nie zapomniałam o tym, co się stało z Nieustraszonymi. Setki ludzi z mojej frakcji obudziło się z krwią na rękach, choć to ktoś inny zadecydował, że będą zabijać
Wynika stąd, że Tris co parę dni zapomina o traumie reszty frakcji. Aha. Pierwszy raz nie pomyśleć – rozumiem. Ale potem znowu zepchnąć toto w mrok niepamięci?

Wracamy do przekazu w pełni chronologicznego.

Przechyla głowę i gapi się na mnie przez kilka sekund.
Tris. Nie rób nic głupiego.
Wymuszam z siebie uśmiech.
Dlaczego ludzie mi to ciągle powtarzają?
Ja nie żartuję. Chwyta mnie za rękę.
Mówiłam ci, idę odwiedzić Caleba. Wrócę za parę dni i wtedy obmyślimy strategię. Uznałam tylko, że lepiej, żeby ktoś jeszcze wiedział o tym wszystkim, zanim odejdę. Na wszelki wypadek. Jasne?
Przez chwilę ściska moją rękę, potem puszcza.
Dobrze – mówi.
Nie wiem jak Wam, ale mi ten fragment, w zestawieniu z całą sytuacją, ewidentnie sugeruje, że Christina wie. Wie, ale nie narobi wrzasku na całą Jamę, jednocześnie próbując obezwładnić samobójczynię, bo to nie ma większego sensu. Skoro Tris uparła się że zrobi to co zrobi – i skoro jest jakieś 0,0001% szansy, że swoją ofiarą powstrzyma kolejne skoki z dachu – niech rusza.

Ruszam do wyjścia. Trzymam się, dopiero za drzwiami czuję, że zbiera mi się na płacz. Ostatnia rozmowa, jaką z nią odbyłam, a była pełna kłamstw.
Dobrze, że zdajesz się nieświadoma, iż Christina prawdopodobnie od razu przejrzała twoje ściemy. Wtedy byłoby ci jeszcze bardziej smutno. I nie, nie piszę tego złośliwie – stwierdzam fakty.

Na zewnątrz wkładam na głowę kaptur bluzy Tobiasa. Kiedy docieram do końca ulicy, rozglądam się w poszukiwaniu oznak życia. Zupełnie pusto.
Mamy stan wojny, a cała frakcja pogrąża się we śnie, nie wystawiając żadnych czujek. Tris nie zaczepia żaden nieufny strażnik, podejrzewający, że taka zakapturzona pani może być szpiegiem pomykającym do Erudycji. Nie wspominając już o tym, że ci ludzie nie próbują nawet realizować podstawowych zasad bezpieczeństwa nie tylko zewnętrznego, ale i wewnętrznego – podstawowych czyli takich, na które wpadłam w pierwszym momencie. Mam na myśli – nie mają nocnych patroli złożonych z jednostek z Siedemdziesięciu Wspaniałych, którzy to pilnowaliby, czy aby jakieś zombie nie idą w stronę wysokości/ nie broją w inny sposób. Kompletna bezmyślność. Całe wojsko i cała policja śpią. No przecież normalne wojska znają instytucję patroli nawet w czasach pokoju, gdy nikomu nagle nie odwali od krążącego w nim narkotyku.

Chłodne powietrze piecze mnie w płuca, kiedy dostaje się do środka, a kiedy wychodzi, rozpościera się jako chmura pary. Niedługo przyjdzie zima
O, kolejna wskazówka na potwierdzenie mojej teorii, że jesteśmy w okolicach października. Bardziej pasowałoby pod listopad, ale późny październik na upartego też ujdzie.

Zastanawiam się, czy Erudyci i Nieustraszeni nadal będą wtedy tkwić w martwym punkcie, czekając, aż jedna frakcja zniszczy drugą. Cieszę się, że nie będę musiała na to patrzeć.
Gorzej, dziewczyno. Do zimy Jeanine może wreszcie ogarnąć, do czego można wykorzystać metaforyczne chemiczne trzymanie wrogów za przysłowiowy pysk (przykładowo, sprowokowana jakimś incydentem ze strony lekkomyślnych zaczipowanych) – i może zniewolić wszystkich poza niezaczipowaną siedemdziesiątką, żeby przybyli wlokąc niezaczipowanych ze sobą, odstawili więźniów, wybili bezfrakcyjnych, po czym wybudowali jej i jej ludziom nowe piękne domy. A na koniec, pardon, sami se palnęli w łeb. Czy coś.

Tris myśli o tym, jak to kiedyś była pewna długiego życia, a teraz nie jest pewna niczego poza przyczyną tego, że idzie: a idzie, bo tak postanowiła.

Przechodzę pod cienistą osłoną budynków w nadziei, że moje kroki nie ściągną niczyjej uwagi.
A czyja uwagę miałyby ściągnąć? Jest środek nocy. Nawet wojsko i policja nie wystawiają czujek, więc bezfrakcyjni, nawet jeśli gdzieś w pobliżu mają swoje kryjówki, chyba również nie?

Przechodzę pod wiaduktem kolejowym. Drży pod wpływem ruchu nadjeżdżającego pociągu.
Pędzący Pociąg Wiecznie Żywy. Albo jakieś 4/5 tych ciuchć które podczas całej fabuły gdzieś w tle lokalizuje Tris, to tak naprawdę duch jakiegoś pociągu, którego brutalnie i umyślnie wykolejono na Erudyckich eksperymentach.

Muszę się spieszyć, jeżeli chcę dotrzeć do celu, zanim ktoś się zorientuje, że mnie nie ma. (...) Kiedy wyruszałam, nie myślałam o tym, jak daleko będę musiała iść. Moje ciało szybko rozgrzewa się od wysiłku cały czas maszeruję, oglądam się przez ramię i pokonuję przeszkody na drodze. Przyspieszam kroku, to już nie jest chód, raczej trucht.
Trasę Nieustraszoność–Erudycja pokonujesz w góra pięć minut pociągiem. Stawiam więc, że pieszo będzie to jakaś godzina (akurat mam w okolicy pociąg, który z miasta do miasta wiezie mnie właśnie około pięciu minut i piechotą jest to pół godziny z hakiem, ale dajmy dwa razy więcej na założenie, że ich ciuchcie jeżdżą szybciej). O ile Christina z opóźnieniem nie podejmie decyzji o interwencji – a nie to cię trapi – masz dobre parę godzin zapasu.

Niedługo znajdę się w dobrze znanej mi części miasta. Ulice są tu lepiej utrzymane, pozamiatane, nie ma w nich aż tylu dziur.
Ale skąd Tris dobrze zna tę część miasta? Na co dzień przed ceremonią wyboru poruszała się raczej jedynie trasą dom–szkoła. W budynku szkoły odbyła się ceremonia, z której Tris jechała później do Nieustraszonych mijając kolejno Altruizm i Erudycję. Oznacza to, że, od Altruizmu licząc, szkoła jest w jedną stronę, a Erudycja w drugą. Czyli nie miała jak dobrze zapoznać się z terenami, które właśnie odwiedza. Owszem, parę razy przejeżdżała w okolicy pociągiem, ale nie kojarzę, żeby jakoś wnikliwie i wielokrotnie przyglądała się trasie.

W oddali widzę światło siedziby Erudytów naruszają nasze przepisy o oszczędzaniu energii.
E, nie tylko oni. Wy też – na bank było po północy, a tu latarnia oświetlała trupa skoczka. Wypunktowuję dla porządku.

Nie wiem, co zrobię, kiedy się tam dostanę. Zażądam spotkania z Jeanine? Czy po prostu będę tak stać, aż ktoś mnie zauważy?
Nie wiem, co zrobisz, ale mam wizualizację, jaki będzie skutek zażądania spotkania z Jeanine:
Tak, znowu Tabaluga. Za przeróbkę kolorystyczną dziękuję Annie Telis, widocznej w obserwatorach. Oryginalny obrazek jest stąd


Tris drży i zaczyna głośno oddychać, dotyka palcami jakiejś szyby, zastanawia się, co z nią będą wyczyniać, zanim dokona swojego bezużytecznego żywota (e tam, przerwała ludobójstwo, więc nie aż tak bezużytecznego). Wie, że w końcu ją zabiją. Walczy z własnymi nogami, które chcą stanąć.

A potem stoję przed siedzibą Erudytów. Wewnątrz przy okrągłych stołach siedzą stłoczeni ludzie w niebieskich koszulach, piszą na komputerach, pochylają się nad książkami i podają sobie w tę i z powrotem kartki.
Tak, ci tutaj również nie wystawiają żadnych straży, chociaż narobili sobie bardzo wielu zaciekłych wrogów. Można zajrzeć im przez okna (dlatego wiele rozdziałów temu uznałam, że pomysł szpiegowania Erudycji w ten sposób nie jest głupi). A skoro można przez nie zajrzeć – można również puścić serię z karabinu w te wszystkie pochylone nad książkami i komputerami głowy, jeśli jest się oszalałym z bólu, do–niedawna altruistycznym jedynym ocaleńcem z martwej rodziny. Chyba, że mają kuloodporne szyby. Ale nawet jeśli, nie jest to większym problemem bo... no, patrzmy dalej.

Tris wie, że ma ostatni moment na zawrócenie, ale żywoty rodziców, Willa i Marlene ciążą jej (zombie oczywiście nie, Al również, chociaż jak na moje jest bardziej winna w przypadku Ala niż Marlene).
Patrzcie dalej, jak bezbronni/bezmyślni są lokalni wojskowi i policjanci:

Powoli idę w stronę budynku i pchnięciem otwieram drzwi. (...)
Niezamknięte na zamek, ogólnodostępne drzwi; w filmie przynajmniej mieli czujniki, które wyświetlały personalia wchodzącego i był alarm, jeśli personalia te wskazywały na kogoś niepożądanego.

Przez sekundę po tym, jak moje stopy dotykają drewnianej podłogi, a ja stoję przed gigantycznym portretem Jeanine Matthews wiszącym na przeciwległej ścianie, nikt mnie nie zauważa, nawet dwóch strażników, zdrajców z Nieustraszoności, którzy kręcą się przy wejściu.
To po cholerę kręcą się przy tym wejściu, skoro nie zwracają uwagę na to, kto włazi? Żałuję, że nie praktykuję kategorii; kategoria o braku kompetencji miałaby wiele punktów. Wojsko, które jednego ze swoich rannych przywódców porzuca, drugiego – pozwala zastrzelić, niby robiąc za ochronę, a mając pilnować wejścia – olewają wchodzącą, pewnie mową ciała pokazującą jeszcze niepewność.

Podchodzę do recepcji; za biurkiem siedzi mężczyzna w średnim wieku z łysym plackiem na czubku głowy i przekopuje plik papierów. Kładę ręce na blacie.
Przepraszam...
Za chwilkę, dobrze. – Nie podnosi wzroku.
Nie.
Teraz podnosi wzrok; zza przekrzywionych okularów patrzy groźnie, jakby miał zaraz na mnie
nakrzyczeć. Jeżeli rzeczywiście chciał coś powiedzieć, to słowa utknęły mu w gardle. Wpatruje się we mnie z otwartymi ustami, wzrokiem przeskakując z mojej twarzy na czarną bluzę, którą mam na sobie. W moich przerażonych oczach, jego mina wydaje się zabawna.
A gdyby miała odpowiednią opaskę, którą nietrudno spreparować, pewnie ani recepcjonista, ani strażnicy nie zwróciliby na nią większej uwagi. Przecież mogłaby pójść na wyższe piętra, dotrzeć do sypialni i wystrzelać część śpiących Erudytów (zanim by ogarnięto, że jest wrogiem) w odwecie za podobne potraktowanie Altruistów. No tak to wygląda na podstawie wszystkiego, co do tego momentu możemy zaobserwować.

Jeanine Matthews chyba chciała się ze mną widzieć mówię. Więc byłabym wdzięczna, gdyby pan ją powiadomił.
Daje znak zdrajcom z Nieustraszoności przy drzwiach, ale niepotrzebnie. Strażnicy w końcu się połapali. Żołnierze – Nieustraszeni – z innych części pomieszczenia też ruszyli do przodu, otaczają mnie, ale nie dotykają i nie odzywają się. Przyglądam się ich twarzom i robię wszystko, żeby wyglądać najłagodniej jak się da.
No wchodzi taka bez opaski... i zdążyłaby zrobić może nie wszystko, co podpowiedziałaby jej fantazja, ale – wiele. Te pierdoły zauważyły że coś nie gra z skandalicznym opóźnieniem, nawet Tris zauważa, że „w końcu”. To wystawianie się na ataki z zaskoczenia widoczne u obu stron konfliktu jest rozbrajające. Chyba, że po ataku szprycowym podpisano jakiś tajny pakt, o którym Tris nic nie wie, w którym umówiono się na wzajemnie gwarantowany brak niezapowiedzianych napadów?

Nieustraszona? – pyta w końcu jeden z nich, kiedy mężczyzna za biurkiem chwyta słuchawkę systemu komunikacyjnego budynku.
Jeżeli zacisnę dłonie w pięści, przestaną drżeć. Kiwam głową.
Pomijając już wytykany kiedyś fakt, że twarz Tris powinna być powszechnie znana – nic dziwnego, że pytają. Równie dobrze mogłaby być przebraną altruistką lub bezfrakcyjną. Erudycja czasu po–ludobójczego ma siedzibę powszechnego dostępu.

Przenoszę wzrok na Nieustraszonych, którzy wychodzą z windy po lewej stronie holu, i wiotczeją mi mięśnie twarzy. Idzie do nas Peter. Tysiące możliwych reakcji, od chęci rzucenia się Peterowi do gardła po płacz albo palnięcie jakiegoś żartu, przychodzą mi na myśl jednocześnie. Na żadną nie mogę się zdecydować. Więc stoję nieruchomo i mu się przyglądam. Jeanine musiała wiedzieć, że się zjawię, musiała celowo wysłać po mnie Petera, musiała.
Ach, Peter. A nie mówiłam, że zarówno Evelyn jak i Jeanine lubią posługiwać się niemalże dzieciakami? I tak, jak się dowiemy, Jeanine miała podstawy podejrzewać, że przyjdzie akurat Tris, ale te gierki w postaci przysyłania Petera są bezsensowne, niegodne naukowca w średnim wieku i – niewielki spoiler – wyjdą jej bokiem. Po co się drażnić z gówniarą? Jak zobaczymy, Peter będzie stałym strażnikiem Tris. Nie mam wybitnego IQ, ale gdyby zawitał do mnie obiekt badań (tak, Tris jest potrzebna na badania) – czyli ktoś, kogo miałabym traktować przedmiotowo – dałabym mu jakichś neutralnych strażników. Nie takich, z którymi mogą go łączyć relacje, o których mogę czegoś nie wiedzieć.

Peter informuje, że kazano im zabrać Tris na górę. No i ruszają.

Spodziewam się, że zaprowadzą mnie do Jeanine, ale nie robią tego.
To, że Jeanine raz zarwała noc, żeby administrować ludobójstwem nie znaczy, że jest dostępna dla świeżo pojmanych więźniów o każdej godzinie doby ;)

Zatrzymują się w krótkim korytarzu z kilkoma metalowymi drzwiami z każdej strony. Peter wbija kod, żeby otworzyć jedne z nich, a zdradzieccy Nieustraszeni otaczają mnie, stają ramię przy ramieniu, tworząc wąski tunel, przez który mam przejść do pokoju.
Ależ to demonstracyjne. No przecież nie uskoczy wam gdzieś w bok. Lepiej byście ją przeszukali, wy profesjonaliści. Tak, zamierzają dopuścić Tris przed oblicze Jeanine BEZ przeszukania. Równie dobrze może mieć spluwę w gaciach. Albo w tej za dużej bluzie, która – żołnierskim okiem patrząc – powinna budzić podejrzenia jako potencjalne siedlisko noży i pistoletów.


Pomieszczenie jest małe, może dwa na dwa metry. Podłoga, ściany i sufit są z tych samych jasnych paneli, teraz ciemniejszych, które lśniły w sali testowej dla nowicjuszy. W każdym kącie znajduje się mała czarna kamera. W końcu pozwalam sobie na panikę. Patrzę po kątach na kamery.
Cytuję to tylko dla krótkiego komentarza: Erudyci wiedzą, jak urządzić celę (prawdopodobnie zazwyczaj zamieszkiwaną przez ich wewnętrznych przestępców), żeby wjeżdżała na psychikę.

Tris jest torturowana emocjami: szarpią ją żal i poczucie winy, ale dominuje przerażenie. Żałuje, że nie może wstrzymać oddechu na tyle długo, żeby umrzeć (bezlitośnie skomentuję: gdyby popełniła samobójstwo, nikomu nie wyszłoby to na dobre, Erudyci ogłosiliby kolejny nabór na królika doświadczalnego; wiem, Tris nie myśli racjonalnie, ale i tak sobie gadam).

Na finale mamy dramatyczne, lecz zgodne z prawdą:

Kulę się, żeby ukryć twarz w kolanach. Muszę ułożyć plan. Jeżeli zdołam ułożyć plan, nie będę się tak bać. Nie ma ucieczki z siedziby Erudytów, nie ma ucieczki od Jeanine i nie ma żadnej ucieczki od tego, co zrobiłam