środa, 18 lipca 2018

Rozdziały 45, 46 i 47

Vitalie, nie robię przerw między tomami, ponieważ i tak funkcjonuję w trybie przerw całosemestralnych.
Tak ogólnie to właśnie dobrnęliśmy do końca książki. Zajęło to półtorej roku, wliczając kolosalne przerwy.  
Vitalie, Chomiku, Tuptaczku, Leszy, Eksterytorialnysyndromiebobra, Inne osoby czytające po przerwie - dla Was :)
[dodaję znowu wersję niezbetowaną. Nie mogłam czekać paru ostatnich godzin na Betę, bo mam tu podejrzenie ataku hakerskiego i potrzebowałam jak najszybszego wyczyszczenia komputera do zera a później... cóż, ja nie pamiętam już hasła do bloga, więc może być problem. Mimo wszystko wypatrujcie wersji zbetowanej oraz liczcie na kolejny wpis]
EDYCJA: weszła wersja zbetowana.
Zapraszam:

 
ROZDZIAŁ 45

Trus nie patrzy na zgon Willa-bis. Później widzi za to zwłoki swojego sobowtóra, o mało ich nie tratuje, gna przed siebie, Kota jeszcze przez ułamek sekundy chciałaby wierzyć, że gra Jeanine była tylko okrutnym żartem a drzwi są zamknięte. Nic z tego, uczciwie przepuszczają protagonistkę do drugiego pokoju, który jest dwa razy większy. Jest lista wzorów chemicznych i są zdjęcia Niezgodnych, w tym Tris i jej znajomych. To tutaj Jeanine opracowuje serum symulacyjne, wnioskuje Tris.

Imię mojego brata – słyszę. – Chcę usłyszeć, jak je wypowiadasz.
To głos Tori. Jak włączyła się do tej symulacji? Czyżby też była Niezgodną?
Khem? Na jakiej zasadzie Tori miałaby włączyć się do symulacji? Tris chyba ma na myśli – jak przeszła przez symulację?

Nie zabiłam go. – Głos Jeanine.
Myślisz, że to cię usprawiedliwia? Myślisz, że dzięki temu nie zasługujesz na śmierć?
Tori nie krzyczy, ale zawodzi, daje upust całemu żalowi.
Tori też postanowiła przedrzeć się do Jeanine w pojedynkę, niepomna potencjalnych ochroniarzy czy współnaukowców godnych dzielić z antagonistką jej super schron.
No właśnie. Dlaczego Jeanine schowała się tu, w miejscu najbardziej bezpiecznym z bezpiecznych (taaa), w pojedynkę? Nawet jeżeli założymy, że brak ochrony jest wynikiem jej głębokiej wiary w skuteczność systemu, czy w Erudycji nie ma żadnych innych naukowców z bardzo wysokim IQ, posiadających cenną wiedzę i współpracujących z nią? Takich, których strata będzie ciosem dla planów tworzenia coraz to nowszych i podlejszych symulacji? Nawet najbardziej totalitarni, najpaskudniejsi przywódcy mają jakichś współpracowników istotnych dla ich machiny. Hitler jakoś nie siedział sam w swoim schronie.

Powody mojego postępowania są dla ciebie nie do pojęcia – mówi Jeanine. – Chciałam złożyć ofiarę w imię wyższego dobra, czego ty nigdy nie rozumiałaś, nawet kiedy chodziłyśmy do jednej klasy!
O. Nie wiem na jakiej podstawie ale zawsze wyobrażałam sobie Tori jako trochę zbyt młodą, żeby być w jednej klasie z Jeanine. Ale to takie prywatne wrażenie. Może wywołał jej fakt żywej i silnej chęci zemsty, którą wciąż ma Tori – to tworzyło złudzenie, jakby śmierć jej brata-transfera nastąpiła względnie niedawno.
Ej. Jeżeli Jeanine chciała zabić brata Tori (tak, chciała, ale nie wyszło) już jakieś, dajmy na to, że dziesięć lat temu... to znaczy, że Siła Wyższa od dawien dawna pozwala jej na wybijanie Niezgodnych, którzy stanowią przecież cel eksperymentu. Nie mamy do czynienia z nielogicznością – jak się dowiemy, Siła Wyższa dąży do przeciągania eksperymentu ponad miarę – ale przecież ten eksperyment musi być przez kogoś finansowany. Co na to sponsorzy?

Kuśtykam do drzwi z oszronionego szkła. Otwierają się, żeby mnie wpuścić, i widzę Jeanine wciśniętą w ścianę i Tori w odległości kilku kroków od niej, z uniesioną bronią.
O, Jeanine dopuściła do sytuacji, w której została obezwładniona. Ciekawe, czy w ogóle pomyślała, że powinna mieć przy sobie pistolet. Tak, poważnie mnie to interesuje.

Jest i komputer! Jeanine gapi się na Tris, Tori nie zauważa Tris, Tris chce powstrzymać rozemocjonowaną Tori, bo martwa Jeanine nie powie, jak dostać się do pliku.

Ale jej palec jest już na spuście. Z impetem skaczę na nią i okładam ją pięściami po boku.
Okładanie pięściami po boku jako metoda unieszkodliwiania będącej w histerii, uzbrojonej osoby. Nie – próba przejęcia pistoletu. Tak postępuje osoba po wojskowym szkoleniu.

Broń wypala, słyszę krzyk. Uderzam głową o płytki. Nie zwracam uwagi na gwiazdy w oczach i rzucam się na Tori. Popycham pistolet do przodu – odsuwa się od nas. Czemu go nie chwyciłaś, idiotko?
Czemu go nie chwyciła? Z tego samego powodu, z którego nie podjęła próby przejęcia go – bo w ramach czasem brutalnych scen dziewczyny muszą jeszcze trochę powalczyć.
Skoro Tris informuje nas o gwiazdach w oczach, znaczy, że zwraca na nie uwagę. Bolączki narracji pierwszoosobowej czasu teraźniejszego.

Tori wymierza mi cios w szyję. Dławię się, a ona wykorzystuje okazję, żeby się mnie pozbyć, i czołga się po broń. Jeanine siedzi oparta o ścianę, krew plami jej nogę.
To dobrze, że dodaliśmy element ograniczonej sprawności Jeanine. Inaczej niezrozumiałym byłoby, że nie próbuje zaangażować się w walkę – ale i tak dziwię się, że mimo cierpienia nie rzuciła się do pistoletu, który odsunął się od obu pań. Przecież stawką w grze jest jej życie. Przyjmijmy, że doszło do sporego upływu krwi i jest bardzo osłabiona – Tori miała już trochę czasu, żeby się nad nią pastwić.

Tris przypomniała sobie, że Tori ma ranną nogę, toteż wali w słaby punkt. Następnie rzuca się do broni (tej samej, po którą Jeanine nie ma sił sięgnąć). Próba przejęcia pistoletu nie udaje się, bo Tori przewraca protagonistkę. Gdy Tris mimo wszystko podejmuje dalsze wysiłki dosięgnięcia do broni, Tori decyduje się... z całej siły ją użreć w rękę. Okej, desperacka walka. Tris też całkiem nieźle umiała wgryźć się w odziane ramię kolaboranta – tak, że aż poczuła krew.

To inny ból niż ten po uderzeniach, inny od rany od kuli. Krzyczę głośniej, niż myślałam, że można krzyczeć, łzy przesłaniają mi obraz. Nie zaszłam tak daleko po to, żeby pozwolić Tori zastrzelić Jeanine, zanim dostanę to, czego potrzebuję. Wyszarpuję dłoń spomiędzy jej zębów i chociaż mam czarno przed oczami, zaciskam palce na kolbie pistoletu. Obracam się i celuję w Tori. Moja dłoń. Moja dłoń jest we krwi, podobnie jak broda Tori.
Nie wiem, jak mocno można uszkodzić komuś rękę, z całej siłą ją gryząc, ale opis – zwłaszcza w połączeniu z siłowym wyrwaniem dłoni – brzmi poważnie. Nawet polało się sporo krwi – jeżeli nawet broda Tori jest we krwi, prawdopodobnie poszła jakaś żyła. Zdaje się, że ręka Tris powinna mieć ograniczoną sprawność, że motyw powinien powracać – tymczasem powoli dobiega końca. Wiem z Wiernej.
Czemu Tori nie przejęła pistoletu w krótkim etapie, w którym Tris była w stanie jedynie reagować na swój ból? W momencie pierwszego szoku po użyciu zębów?

Nie myślałam, że jesteś zdrajczynią, Tris – mówi, a brzmi to jak prychnięcie, nie jak dźwięk, który może wydobyć z siebie człowiek.
E, ludzie też potrafią prychać.

Bo nie jestem. – Mrugam, żeby łzy spłynęły mi na policzki i żebym ją lepiej widziała. – Teraz nie mogę ci tego wytłumaczyć, ale... proszę cię, zaufaj mi. Proszę. Chodzi o coś ważnego, o coś, co znajduje się w miejscu, o którym wie tylko ona...
Hm, technicznie rzecz biorąc, Tris jest zdrajczynią. Ci troglodyci postanowili zniszczyć wszystkie dane na komputerach, żeby Erudycja już nigdy nie była potężna, a Tris przesłała owe dane w inne, czasowo przynajmniej bezpieczniejsze miejsca. Aczkolwiek akurat to popieram.

To prawda! – wtrąca się Jeanine. – To jest w tym komputerze, Beatrice, i tylko ja potrafię to
znaleźć. Jeżeli nie pomożesz mi przeżyć, to zginie razem ze mną.
Ona kłamie – rzuca Tori. – Kłamie, i jeżeli jej wierzysz, to jesteś idiotką i zdrajczynią w jednym, Tris!
Ano kłamie. A to, komu jeszcze powierzyła dostęp do najtajniejszych informacji, może zdumiewać, biorąc pod uwagę młody wiek tej osoby... lub też może zostać uznane za logiczne, biorąc pod uwagę, że osoba ta w ekstremalny sposób wykazała się lojalnością.

Wiecie co? Załatwmy to jednym długim cytatem. Jeanine będzie miała śmierć mniej przyjemną niż Eric.

Wierzę jej – odpowiadam. – Wierzę, bo to się układa w logiczną całość! Najważniejsza informacja, jaka istnieje, znajduje się w tym komputerze, Tori! – Biorę głęboki wdech i ściszam
głos. – Błagam, posłuchaj mnie. Nienawidzę jej tak samo jak ty. Nie mam powodu, żeby jej bronić. Mówię ci prawdę. To ważne.
Milczy. Przez chwilę myślę, że wygrałam, że ją przekonałam.
Nie ma nic ważniejszego niż jej śmierć – oznajmia nagle.
Jeżeli uparcie w to wierzysz, nie mogę ci pomóc. Ale nie pozwolę ci jej zabić.
Tori podciąga się na kolana i ociera krew z brody. Spogląda mi w oczy.
Jestem przywódczynią Nieustraszonych. Nie będziesz decydować o tym, co zrobię. I zanim zdążę pomyśleć...
Zanim zdążę choćby pomyśleć, żeby strzelić z broni, którą trzymam...
Wyciąga długi nóż z buta, robi zamach i dźga Jeanine w brzuch.
Wrzeszczę. Jeanine wydaje z siebie potworny odgłos – gulgoczący śmiertelny wrzask. Widzę zaciśnięte zęby Tori, słyszę, jak mruczy imię i nazwisko swojego brata – Jonathan Wu – i widzę, jak nóż zanurza się znowu. Oczy Jeanine robią się szklane.
Żegnaj, Jeanine. Czytając YA, nieraz kibicowałam czarnym charakterom, ale ty nie dałaś mi na to szansy. Szkoda. Mając najwyższe IQ, zachowywałaś się gorzej, niż zachowałaby się na twoim miejscu Kota, która na testach IQ polega i wychodzą jej jak u szympansa (poważnie). Popełniłaś standardowy błąd czarnych charakterów, rozwodząc się przed nastolatkami nad swoimi mrocznymi planami. Wymordowałaś 1/6 bardzo małego, zagrożonego przez to chowem wsobnym społeczeństwa, choć prawdopodobnie wystarczyło wybić przywódców. Chciałaś zamordować klasę pracującą za grosze – nie trzeba mieć czerwonych poglądów, by ostro to potępić. Nie zadbałaś o odpowiednie zabezpieczenie miejsca, z którego administrowano ludobójstwem. Posłałaś do sterowania tymże ludobójstwem nastolatka znajdującego się pod wpływem eksperymentalnego serum – a wiemy o Nieustraszonych, że ich cechą charakterystyczną jest zdolność do przejmowania kontroli nad symulacjami. Nie zadbałaś o jakiekolwiek kopie programu służącego do ludobójstwa, za to zadbałaś o to, by w chwil jego zakończenia skrajnie obciążające cię nagranie zostało automatycznie wysłane do frakcji prawników. Ze wszystkich możliwych frakcji, które mogły dokonać dla ciebie zbrodni, wybrałaś tę uzbrojoną, wojskową i indoktrynowaną na gwałtownych brutali – już na tym etapie narażałaś swoją frakcję na eksterminację, gdyby coś z symulacją poszło nie tak (jak widać, w końcu twoje działania odniosły właśnie taki skutek). Wysłałaś swoje wojska na absurdalną misję z usypianiem osiemnastu pięter Prawości (udało się tylko dlatego, że to Rothwersum). Ty, niby poważny naukowiec, chciałaś tylko dwóch królików doświadczalnych w Arcyważnej Sprawie, chociaż mogłaś mieć ich znacznie więcej. Nie potrafiłaś utrzymać karności wśród swojego wojska, nie dbałaś o rozstawianie odpowiedzialnych czujek w okolicach wejścia do Erudycji, traktowaniem Tris podjudziłaś ich do buntu. Nie widziałaś ewidentnych sygnałów ostrzegawczych u Petera. Drażniłaś się z małolatą i to w obecności swoich podwładnych. Torturowałaś arcyważnego królika doświadczalnego, choć absolutnie nie było to konieczne. Wpadłaś w szał, gdy dwie próby znalezienia właściwej substancji nie powiodły się. Postanowiłaś zabić wspomnianego już arcyważnego królika, nie osiągnąwszy wcześniej bardzo istotnego celu – a twoją decyzję motywowała personalna wrogość. Dla obrony swojej frakcji zastosowałaś bardzo tępą symulację – widać nie miałaś żadnych zapasów serum lepszego, użytego przeciw Altruizmowi. Nie nakazałaś zabrania z opuszczonej siedziby Nieustraszonych żywności albo – jeszcze lepiej – po prostu zaminowania tego terenu, nie zdecydowałaś się również na odcięcie wroga od dostaw z Serdeczności. Zrobiłaś tor przeszkód tam, gdzie powinien być mur. Tor przeszkód mający tyle luk, że po kolei przeszło go parę osób. Swoją polityką doprowadziłaś powierzoną ci frakcję do ruiny. Twój brak cierpliwości, nielogiczne decyzje, nademocjonalność musiały skończyć się klęską.
A miałam prawo wymagać od ciebie skomplikowanych intryg i intelektu przewyższającego moją zdolność przewidywania fabuły. Sympatyzowanie z tobą jest niemożliwe.
Początkowo brat Tori nazywał się Georgie, a nie Jonatan. Georgiem nazywany był, gdy w pierwszej części Tori opowiadała Tris o jego przedwczesnej śmierci.
Jeanine miała bardzo, bardzo szybką śmierć, jak na wybraną metodę (pomyśleć, że narzekałam na ekspresowe zgony na skutek postrzału). Skoro Roth ma ambicje, by przedstawiać bójki, w których bohaterowie podduszają się ciosem w krtań, gryzą do krwi, pozbawiają przytomności i tym podobne, mogłaby chyba – chociażby oględnie – opisać nieco dłuższą agonię? Od noża w bebechy nie umiera się aż tak łatwo.
Zemsta zemstą, ale Tori postąpiła bardzo głupio. Tris nie postulowała, żeby w ogóle nie zabijać Jeanine, tylko żeby pozwolić jej pod bronią podejść do komputera. Znalazłaby odpowiedni plik, po czym mogłaby śmiało zostać odesłana do aniołków. Tori powinna była rozważyć desperackie argumenty Tris, zwłaszcza że dziewczyna ta musi być ceniona wśród Nieustraszonych – przerwała ludobójstwo, była na przeszpiegach, podczas których zabito Maxa, robiła za bezpośrednią oskarżycielkę Erica podczas jego procesu, odważnie oddała się w ofierze, by samobójcze zombie przestały rzucać się z wysokości. Komu robiła różnicę jedna minuta życia Jeanine więcej? Zwłaszcza że Tori przez cały czas miała przy sobie nóż, mogła więc w dowolnym momencie dziabnąć swojego wroga. Zamiast sprawdzić, czy Tris aby nie ma racji, wolała narazić się na postrzał/ zastrzelenie (wszakże nie wiadomo było, w jaki sposób odruchowo zareaguje Tris – mogłaby nacisnąć na spust chociażby z szoku). W rzeczywistości ludzie nie są skłonni aż tak ryzykować, gdy są na muszce i gdy nie jest to absolutnie konieczne. Ogarnięta obsesją Tori zachowała się w sposób niezrównoważony. Idealny materiał na przywódcę – daje ponosić się emocjom, gdy od jej opanowania może wiele zależeć. Materiał prawie tak dobry jak Tobias.


ROZDZIAŁ 46

Tris jest odrętwiała, bo w ostatecznymym rozrachunku wszystkie jej poświęcenia zdały się psu na budę.

Chwilę później szklane drzwi otwierają się ponownie. Do środka wpadają Tobias i Uriah, jakby mieli stoczyć walkę – Uriah kaszle, pewnie od trucizny.
Oczywiście, że do pomieszczenia musiał wpaść, ze wszystkich walczących, akurat chłopak głównej bohaterki wraz z jej przyjacielem.
Widzicie, jak wiele osób jest w stanie przejść prosty test Jeanine? Ostatni, naprawdę ostatni raz powtarzam w tym kontekście, że test był barierą chroniącą najcenniejsze dane.

Tobias zatrzymuje się w pół kroku i omal nie pada na mój widok. Szerzej otwiera oczy.
Ona nas zdradziła – oznajmia Tori. – Zastrzeliłaby mnie, żeby bronić Jeanine.
Swoją drogą – to nie zarzut, bo Tris nie musi się znać na psychologii, to luźna uwaga – Tris źle postąpiła, że po uzyskaniu pistoletu nie stanęła pomiędzy Tori a Jeanine. Tori była tak rozemocjonowana, że atak na złą kobietę od początku zdawał się wysoce prawdopodobny. W końcu pomszczenie Georiego/Jonatana było celem życia Tori. Tacy desperaci mogą być niebezpieczni nawet z gołymi rękami – a nawet gdyby Tori faktycznie nie miała broni, lecz zaatakowała pięściami, Tris mogłaby odruchowo ją postrzelić i narobić sobie większych problemów.

Co? – pyta Uriah. – Tris, o co tu chodzi? O czym ona mówi? Skąd ty się tu w ogóle wzięłaś?
Ale ja patrzę tylko na Tobiasa. Przeszywa mnie promyk nadziei, dziwnie bolesny w połączeniu z poczuciem winy, jakie dręczy mnie przez to, że go oszukałam. Tobias jest uparty i dumny, ale jest mój – może będzie chciał słuchać, może istnieje szansa, że nie zrobiłam tego wszystkiego na próżno...
Gdyby komunikacja między wami nie szwankowała, gdyby łączyło was cokolwiek poza namiętnością, w ogóle nie doszłoby do obecnej sytuacji – więc wątpiłabym.

Znaleźliśmy Marcusa w następnym pokoju, pod wpływem symulacji – mówi Tobias. – Przyszłaś tu z nim.
O, czyli także drzwi po drugiej stronie prowadziły do symulacji. Tyle że do innej, bo nie zabijała po pięciu minutach i mogła trwać dłużej. Tam też jest coś cennego?

Tak. – Krew od ugryzienia Tori cieknie mi po ręce.
A nie mówiłam, że to ugryzienie jest poważne? Nie ma mowy o powierzchownej rance, jeżeli jeszcze nie zakrzepła. W Wiernej nie będziemy sobie jednak już zawracać głowy ręką Tris.

Tris oddaje Tobiasowi broń. Tobias aż się trzęsie z wściekłości (no komunikacja między nimi szwankuje, więc oboje działają za swoimi plecami, no. Wiemy, że misio też potrafi mieć tajemnice – jest prawdopodobne, że wie o przewrocie, którego zaraz dokona jego mamusia).

Tobias i ja patrzymy na siebie. Jego niebieskie oczy, zwykle tak wyrozumiałe, są teraz stanowcze i krytyczne, jakby odzierały mnie warstwa po warstwie i każdą z nich badały.
Kojarzycie jakąkolwiek scenę, w której oczy Tobiasa wyrażałyby wyrozumiałość? Jedyne, co w ogóle przypomina mi się w ich kwestii, to polska reklama powieści – że wojna połączyła Tris z Nieustraszonym o stalowych oczach. Nic więcej.

Myślę... że jesteś kłamcą! – Głos mi drży. – Mówisz mi, że mnie kochasz, że mi ufasz, że twoim zdaniem jestem bardziej spostrzegawcza niż inni. I w pierwszej sekundzie, kiedy ta twoja wiara w moją spostrzegawczość, to zaufanie, ta miłość, są wystawione na próbę, wszystko się wali.
Ogólnie rozumiem złość Tris – miś nie chciał słuchać jej argumentów, zanim poszła z Marcusem, nie chce słuchać również teraz, a przecież ogłosił się jej rodziną po zdradzie Caleba. Jednocześnie, jako analizatorka, muszę zauważyć że ta miłość nie jest wystawiana na próbę po raz pierwszy. Tris obiecała Tobiasowi, że nie pójdzie do Erudycji, a jednak poszła; w dodatku już wcześniej, mimo jego próśb, narażała swoje życie. Jej autoagresywne zachowania dyktowane były traumą, jednak jak najbardziej stanowiły próbę miłości.

Tris przypomina Tobiasowi, że wciąż jest osobową wolącą umrzeć niż go zabić (hah, nie wracajmy już do motywu poświęcania wszystkiego i wszystkich dla zauroczenia, które przez zzombiolenie, na logikę, i tak było już skazane na klęskę). Wiem, że ta informacja odmieni wszystko. Wszystko, co zrobiliśmy, i wszystko, co zrobimy, próbuję przekonać Tobiasa, ale ten odwraca wzrok i nie reaguje, gdy Tori nakazuje ją aresztować – i gdy Uriah wykonuje rozkaz. Uriah podtrzymuje Tris, gdy schodzą po schodach, a także daje jej gazę na użartą rękę.

Po raz pierwszy to, że Nieustraszeni nie zwracają uwagi na wiek, nie wydaje się rzeczą pozytywną. Wygląda na to, że takie podejście mnie pogrąży. Nie powiedzą: „Jest młoda, widocznie się pogubiła". Powiedzą: „Jest dorosła i podjęła decyzję".
[Oj tam, w wielu systemach w historii, chociażby w prawie rzymskim, wiek odpowiedzialności karnej był znacznie niższy niż szesnaście lat.]

Po schodach łatwiej się schodzi, niż wchodzi.
Dziękuję, Kapitanie Oczywistość.

Daj mi swoją broń, Uriah – mówi Therese. – Ktoś musi zastrzelić potencjalnych napastników, a ty tego nie zrobisz, skoro przytrzymujesz ją, żeby nie spadła.
Uriah oddaje pistolet bez słowa protestu. Marszczę brwi – przecież Therese ma broń, więc po co każe mu oddawać swoją? Ale nie pytam. I tak już tkwię w kłopotach po uszy.
Dobrze. Tris jest odrętwiała, oskarżona o haniebne zachowanie podczas wojny, piekielnie boli ją ręka, widziała po wielokroć postrzelonego Fernando, była świadkiem brutalnego mordowania swojego największego wroga – ma prawo nie zaniepokoić się jakoś poważniej, olać sprawę. Ale że niczego podejrzanego nie zauważył Uriah ani – jak się okaże – WSZYSCY NIEUSTRASZENI, KTÓRYCH PODOBNYMI METODAMI ROZBROJONO – jest niezłą kpiną. Chociaż czy naprawdę po mieszkańcach Minaghi warto spodziewać się czegokolwiek lepszego? Wiemy, kim była osoba z najwyższym IQ.

Mijamy straumatyzowanych, wybudzonych Prawych.

Tylu musieliśmy zastrzelić... – mruczy Uriah, ściskając mnie za rękę. – Tylko po to, żeby wejść do środka, musieliśmy.
A nie mówiłam, że taka próba utworzenia zapory nie powstrzyma szturmujących? Właściwie dla lojalistów musi być to niezła trauma i dziwię się, że byli w stanie wykonać takie zadanie. W końcu bardzo niedawno sami byli takimi bezmyślnymi, pozbawionymi wolnej woli zombie.

Tris widzi Christinę z rodziną, a także Petera z matką (i z nieodłącznie lśniącymi włosami).

Co on tu robi? – pytam.
Khem, pochodzi z Prawości. Więc co robi? Dowiedział się, w jaki sposób wykorzystano jego macierzystą frakcję, i przybył, kierowany obawą o rodzinę. Tris, która właśnie z takiej przyczyny dała się wciągnąć w sam środek eksterminacji własnej frakcji, powinna rozumieć bez słów.

Mały tchórz przyszedł, kiedy było już po sprawie – odpowiada Uriah. – Podobno jego ojciec
nie żyje. Ale z matką, jak widać, wszystko w porządku.
Po tym, jak Peter ocalił Tris przed śmiercią, robiąc w jajo najinteligentniejszą frakcję i ryzykując własnym życiem, nikt nie powinien nazywać go tchórzem.

Peter i Tris przez chwilę na siebie patrzą. Tris próbuje przywołać współczucie, przecież Peter ocalił jej życie, jednak nie potrafi – ale nie czuje też już nienawiści. Bilans Petera wychodzi chyba na zero, zresztą nie dziwię się, że protagonistka jest skołowana. Therese ją pogania.

Przechodzimy obok sali konferencyjnej do głównego holu, gdzie kiedyś wpadłam na Caleba.
Gigantyczny portret Jeanine leży roztrzaskany. Dym unoszący się w powietrzu jest gęstszy w okolicy półek z książkami – zostały spalone na popiół. Wszystkie komputery są w kawałkach, a te
walają się po całej podłodze.
Co za cholerni, bezmózdzy barbarzyńcy! :(
Już za chwilę zobaczymy, jakie konsekwencje niesie za sobą zniszczenie wszystkiego, co chociażby przypomina wiedzę.

W rzędach na środku holu siedzą Erudyci, którzy nie uciekli, i zdrajcy z Nieustraszoności,
Ta. Zaraz okaże się, że będą ich sądzić za sam fakt niechęci do narażania własnego życia poprzez ucieczkę. Inna sprawa, że jeśli podczas ataku zginęli bliscy tych Erudytów, mogą oni okazać się niebezpieczni, nieskorzy do życia w nowym, wspaniałym porządku. Oko za oko, a wszyscy będą ślepi.

Tris odnajduje wzrokiem Caleba, ale nie patrzy długo. Tymczasem Tris zauważa Christina. Tris przyznaje Christinie, że misja się nie udała (ale mamy też jeden pozytyw, rodzinie Christiny nic się nie stało). Dziewczyny się obejmują. Cara widać ma wykształcenie medyczne, taka ciekawostka o postaci – bo oceniła nogę Christiny, a teraz zajmuje się kolejną ranną. Bezfrakcyjni i lojaliści wyłapują jeszcze niedobitki erudyckich cywilów, czyniąc z nich więźniów. [A erudyccy cywile na pewno uważają ich za takie zło, za jakie umierający Altruiści uważali zombie.]

Tobias wchodzi drzwiami od strony schodów. Mocno zagryzam wargi i staram się nie myśleć, staram się nie zastanawiać nad uczuciem chłodu, które pojawia się w mojej piersi, i nad ciężarem, który wisi mi nad głową. On mnie nienawidzi. Nie wierzy mi. Christina ściska mnie mocniej, kiedy Tobias nas mija, nawet na mnie nie patrząc.
Roth chciała opisać zdrową relację, sama nam to powiedziała, a ci wciąż się kłócą, obrażają na siebie, nie potrafią omawiać trudnych spraw i działają jedno za plecami drugiego. Tris jest teraz przekonana że miś jej nienawidzi. Co więcej, gdyby faktycznie pomyliła się, idąc na współpracę z Marcusem, prawdopodobnie by jej nie wybaczył.
Znaczy się, ja rozumiem, czemu Tobias jest tak rozjuszony – nie po to pokazał Tris, jak tatuś go bije, żeby ta nie omijała złego człowieka szerokim łukiem – ale czuję się w obowiązku podsumować sprawę.

Ja obserwuję go przez ramię. Zatrzymuje się przy Calebie, chwyta go za rękę i podciąga na nogi. Caleb szarpie się przez chwilę, ale nie jest w połowie tak silny jak Tobias i nie może się wyrwać.
Co? – pyta spanikowany. – Czego chcesz?
Chcę, żebyś rozbroił system zabezpieczeń do laboratorium Jeanine – odpowiada Tobias, nie oglądając się za siebie. – Żeby bezfrakcyjni mogli się dostać do jej komputera.
> Eee… przecież ten system został już złamany. Tori, Tris, Tobias, Uriah – wszyscy byli w laboratorium Jeanine. Chyba że Caleb ma w ogóle wyłączyć symulację strzegącą bram… ale jeżeli Jeanine postanowiła przekazać taką wiedzę właśnie jemu, jest podwójnie głupia. Owszem, chłopak stanął po jej stronie i nawet wydał siostrę, ale nie wiadomo, czy wspomnienie ludobójstwa kiedyś jednak nie przeważy.
> Dlaczego właśnie Caleb? Czy oni powybijali wszystkich starszych, będących w pobliżu Jeanine od szeregu lat naukowców? Biegłych informatyków? Członków erudyckiego zarządu? To jest nastolatek świeżo po nowicjacie, Tobiasie! W dodatku, biorąc pod uwagę, jak wiele był w stanie poświęcić w imię Erudycji, możesz mieć spory problem z wymuszeniem na nim zdrady komputera…
albo i nie? Być może chcesz spuścić parę i opcja skatowania Caleba byłaby w tym kontekście całkiem dobra. Nie, nie oskarżam Tobiasa bezpodstawnie. W następnym tomie sam przyzna, że lubi bić innych, a także urządzi z Calebem sadystyczną zabawę.
> Załóżmy, że wiedza o wysokiej pozycji Caleba gdzieś w międzyczasie stała się powszechna. Bo tak, Caleb to prawa ręka Jeanine. Tobias ma rację.

I go zniszczyć, myślę, a moje serce – jeśli to możliwe – robi się jeszcze cięższe.
> Tris sądzi, że jej miś po prostu rozpieprzyłby komputer, nie próbując dojść do tego, czy jej linia rozumowania była jednak słuszna. To elementarne dla relacji opartych na wzajemnym szacunku i zdrowych, czyż nie?
> Gdyby chodziło tylko o zniszczenie komputera, nie o przejrzenie jego zawartości, równie dobrze można by po prostu wynieść go z laboratorium i oficjalnie rozwalić na kawałki w głównym holu.

Jeanine aktywowała wszystkie przekaźniki Nieustraszonych – mówi. – Jedna z grup bezfrakcyjnych wpadła w zasadzkę Nieustraszonych, kontrolowanych przez symulację w sektorze Altruistów, jakieś dziesięć minut temu. Bezfrakcyjni chyba zwyciężyli, ale jak można
nazwać zwycięstwem strzelanie do ludzi z wyłączonym mózgiem.
Ano tak, zombie nie mają szans w starciu z uzbrojonymi nie-zombie. Zwłaszcza jeżeli od ostatniej symulacji stali się jeszcze bardziej skretyniali i ich reakcja na wroga ogranicza się do oddania jednego strzału na wprost.

(Tris opisuje, co działo się po ich rozdzieleniu).
Zaraz – mówi. – To była symulacja? Bez przekaźnika? Marszczę czoło. Nie zastanawiałam się nad tym. Zwłaszcza wtedy.
W tym uniwersum zdarzały się już cuda technologii, nie robi więc to na mnie wrażenia. Tobias miał śledzić przebieg symulacji Tris za pomocą Tris, a potem żadnych drutów nie miał.

Skoro laboratorium rozpoznaje ludzi, to pewnie ma dane na temat każdej osoby i może przedstawić odpowiednio zaaranżowane otoczenie, w zależności od frakcji.
Wydaje mi się, że może chodzić nie tyle o frakcję pochodzenia, co o jakieś prywatne ciężkie przeżycia. Symulacja wchodzi w kontakt z mózgiem i wygrzebuje obawy, czy coś. Pokój zagrał kartą Willa. Szkoda, że nie kartą Tobiasa. Stawiam, że to jedyna osoba, której symulacyjnej wersji Tris nie potrafiłaby zabić.
Co do koncepcji pokoju generującego symulację pod frakcję, mogłoby być ciekawie. Myślę, że w symulację Serdecznych można byłoby wpleść motyw ich narkotyku, bo ta substancja pewnie jest dla nich bardzo ważna. „Pięć minut albo całe serum pokoju się rozleje!”.

W tej chwili nie ma sensu wnikać w to, jak Jeanine zorganizowała zabezpieczenia do swojego laboratorium.
(Zabezpieczenie laboratorium symulacją, którą dały radę przejść cztery osoby z wąskiego grona znanych nam bliżej Minaghijczyków, no wciąż brzmi głupio).

Dziewczyny gadają dalej, Tris ma złote myśli o istnieniu wielu warstw ludzkich tajemnic – a tu wtem! – element dramatyczny, przybywa ranna w brzuch Lynn na prowizorycznych noszach. Leży sobie z rękami złożonymi na ranie. Uriah namierza pośród więźniów lekarkę, siwą Erudytkę o groźnym wyglądzie. Wskazuje na nią palcem i przyzywa uprzejmym Ty. Chodź tu.

Patrzmy teraz:

Kobieta pochyla się nad ranną dziewczyną.
Moja droga, zdejmij dłonie z rany.
Nie mogę – jęczy Lynn. – Boli.
Wiem, że boli. Ale nie będę mogła obejrzeć rany, jeżeli mi jej nie pokażesz.
Uriah klęka naprzeciwko Erudytki i pomaga jej odsunąć dłonie Lynn z brzucha. Lekarka ponosi zakrwawioną koszulkę. Sama rana po kuli to zwykłe czerwone kółko na skórze, ale
dookoła niej jest siniak. Nigdy nie widziałam tak ciemnego siniaka. Lekarka zagryza wargi, a ja wiem, że Lynn jest już jedną nogą na tamtym świecie.
Ratuj ją! – ponagla Uriah. – Możesz ją uratować, więc zrób to!
Niestety. – Kobieta unosi wzrok. – Podpaliliście szpitalne piętra tego budynku.
Są inne szpitale! – prawie krzyczy. – Możesz wziąć stamtąd środki i ją wyleczyć!
Jej stan jest zbyt ciężki – odpowiada lekarka cicho. – Gdybyście nie uparli się, żeby palić wszystko po drodze, mogłabym próbować, ale w tej sytuacji nie ma szans.
Zamknij się! – Uriah przystawia kobiecie pistolet do piersi. – To nie ja spaliłem szpital! A to
moja przyjaciółka i... i., tylko…
Tak, to właśnie się dzieje, gdy barbarzyńsko napadniesz na zabudowania szpitalne. Nie bez powodu w cywilizowanym świecie istnieją konwencje zakazujące takich działań. Pewnie jeszcze wymordowali licznych chirurgów. W tej scenie nie było mi żal na agresywnie rozhisteryzowanego Uriaha – bo świadomie przyłączył się do planu pod tytułem „zniszczyć Erudytów!”. Wielkiego współczucia nie wzbudziła również Lynn – wiedziała, że idzie strzelać nie tylko do kolaborantów, ale także do cywilów. Oboje przyjęli projekt ludobójstwa-bis. Współczucie wzbudziła tylko ta lekarka, bezradna w obliczu dokonanego barbarzyństwa, pozbawiona środków do leczenia pacjentki.
Nad planem zgładzenia Erudycji dyskutował nie tylko szczyl Tobias, ale również ludzie w średnim wieku, tacy jak Evelyn czy Tori. Gromada najlepszych z najlepszych – bo przecież tym z założenia są przywódcy – zadecydowała o totalnej rozwałce, bez ograniczeń nie tyle już moralnych, co zdroworozsądkowych. Ogólnie, chyba muszę przyjąć za dobrą monetę wyjaśnienie z Wiernej – oni tam są uszkodzeni genetycznie (wszyscy poza Niezgodnymi, a przecież Niezgodna Tris też ma nadprogramowo dużą ilość wad… i tak nie trzyma się kupy). Tyle że finalnym wnioskiem serii jest bzdurność podziału na tych z genami czystymi i z genami uszkodzonymi.

Już za późno, stwierdza Lynn. Wyraża radość, że nie umarła w symulacji. Na koniec wyznaje: Ja ją też kochałam, naprawdę. Uściśla, że chodzi o Marlene. Tak, wszyscy kochaliśmy Marlene, odpowiada Uriah. I tu Lynn dokonuje subtelnego coming outu: nie, nie to mam na myśli. Tak, Lynn nosiła workowate ciuchy i ogoliła pałę na łyso, ponieważ jest lesbijką. Tajemnica rozwiązana. Stereotypowe.
To były ostatnie słowa Lynn. Umiera subtelnie: najpierw zamyka oczy, potem jej ręka staje się bezwładna.

Pociąga nosem i gładzi twarz Lynn. Ciekawe, czy policzek ma jeszcze ciepły. Nie chcę jej dotykać i przekonać się, że nie. Wstaję i wracam do Christiny.
Prawdopodobnie Lynn jest jeszcze ciepła. Przecież nie zdążyła ostygnąć, a wątpię, żeby utrata krwi – zresztą nie było juchy buchającej na wszystkie strony – wyziębiła jej twarz na lód.


ROZDZIAŁ 47

Umysł cały czas podsuwa mi wspomnienia związane z Lynn, kiedy usiłuję sobie uświadomić, że jej naprawdę nie ma, ale odpycham te krótkie scenki, gdy się pojawiają. Pewnego dnia przestanę to robić, jeżeli nie zostanę stracona jako zdrajczyni albo nie zginę w sposób zaplanowany przez naszych nowych przywódców.
Czy Tris sugeruje, że nowi przywódcy – czyli Evelyn, jej miś i pozostała trójca – mogliby, zwłaszcza po tej hekatombie, jeszcze chcieć wybijać kogoś – nie wiem, Nieustraszonych, Niezgodnych, nieistotne – z przyczyn innych niż absolutna konieczność? O tym świadczy wyszczególnienie aż dwóch potencjalnych przyczyn zgonu: wyrok za zdradę lub jakiś niecny plan przywódców. Paranoja, głęboka trauma, uzasadnione przekonanie że ludzie podpalający szpitale są zdolni do wszystkiego?

Tris walczy o utrzymanie pustki w głowie i twierdzi, że to nie jest trudne, bo nauczyła się przeganiać żal. Cóż, człowiek w jej sytuacji ma do wyboru – zatracić emocje lub zwariować. Przybywa Harrison z Tori, która kuśtyka, a dla Tris to dziwne, bo zabijając Jeanine była taka żywiołowa (oszalała z noszonego przez szereg lat bólu + pragnienia zemsty, tak bym to określiła). Jakiś Nieustraszony przywlókł… ano patrzcie:

Niesie ciało Jeanine przerzucone przez ramię. Zwala je jak kamień na stół przed rzędami Erudytów i zdrajców z Nieustraszoności. Słyszę za sobą westchnienia i szepty, ale żadnego pochlipywania. Jeanine nie należała do tych przywódców, za którymi się płacze.
Możliwe, że koalicja naprawdę chce pozabijać także tych Erudytów, którzy przeżyli atak. Wydaje mi się, że gdyby chcieli uczynić z nich członków nowego społeczeństwa, nie dążyliby do spowodowania jeszcze większych zadrażnień, jeśli można użyć tego eufemizmu. Powystrzeliwali wielu bezbronnych, puścili z dymem szpital – a teraz odnoszą się bez szacunku do zwłok osoby, która – chociażby z powodu propagandy – prawdopodobnie dla wielu z nich była w jakiś sposób ważna, a przynajmniej – szanowana, była symbolem Erudycji. To nie jest dobra metoda na reedukację Erudytów (tak samo gdyby aliantom udało się zdobyć zwłoki Hitlera, rzucanie nimi nie przekonałoby ludności Niemiec, że to nie był idealny wódz, tylko przyczyna ich klęski). Erudyci potrzebowaliby raczej wyjaśnień, w których miejscach Jeanine popełniła rażące błędy, i uświadomienia, że to te pomyłki, niegodne przywódczyni najinteligentniejszej frakcji, stały się przyczyną katastrofy. Można by również posłużyć się manifestem Erudycji na dowód, że ta kobieta go po prostu łamała:
Chciała zabić bezfrakcyjnych (chociaż nie wiemy, czy przeciętny obywatel jest tego świadom), a manifest mówi: Praca niewymagająca kwalifikacji jest konieczna do przetrwania naszego społeczeństwa i zatem jest tak samo ważna jak praca we frakcji.
Tak, to o bezfrakcyjnych (kontekstem jest los Erudytów ze zbyt niskim IQ, by pozostać we frakcji).
Sprzeczne z manifestem było także ukrywanie za wszelką cenę wiedzy: Informacje zawsze muszą być dostępne dla wszystkich członków frakcji. Zatajanie lub ukrywanie informacji będzie karane reprymendą, więzieniem oraz, ostatecznie, wygnaniem.
Oraz wykorzystywanie wiedzy do szkodzenia innym: Ci, którzy używają inteligencji dla swoich prywatnych korzyści albo posługują się nią, szkodząc innym, nie zrozumieli odpowiedzialności, z jaką wiąże się nasz dar, i dlatego nie są mile widziani w naszej frakcji. Inteligencja jest darem, a nie prawem, i dlatego musi być dzierżona nie jako broń, ale jako narzędzie dla polepszenia bytu innych ludzi.

Tris gapi się na zwłoki, ma problem z dokonaniem połączenia trupa z kobietą bez sumienia. Kierowana okropnie pokrętnym instynktem obronnym utrzymywała w tajemnicy coś, co uznawała za zbyt potworne, żeby to ujawniać – podsumowuje. Tak, gdyby Jeanine, kierowana taką motywacją, do tego była faktycznie inteligentna, uważałabym ją za ciekawą postać. Swoją drogą, wiem, że matka Tris zginęła, próbując ocalić najtajniejsze dane, że Altruizm planował je ujawnić… ale czemu Tris, ponoć tak erudycka, nigdy chociaż przez chwilę nie podała w wątpliwość słuszności dzielenia się z całą społecznością czymś aż tak bardzo ukrywanym? Skala zbrodni, jaką popełniła Jeanine, by utrzymać informacje w tajemnicy, sugeruje, że info to straszna petarda. Można powiedzieć – ani myślała uwzględniać argumentację morderczyni swoich rodziców, z przyczyn psychologicznych nie była zdolna chociażby pomyśleć, że jej działania mogły być częściowo uzasadnione. Okej, kupuję to wyjaśnienie, chociaż Tris, jako zdrowa genetycznie trój-Niezgodna, winna mieć szerokie horyzonty.

Przybywa Johanna w czerwonym ubraniu ze śladami krwi.

Cześć – rzuca do Harrisona i Tori. – Czego chcecie?
O, nie przypuszczałam, że przywódczyni Serdeczności może być taka ordynarna. – Tori uśmiecha się szyderczo. – Czy to nie jest sprzeczne z waszym manifestem?
Nie jest sprzeczne. Parę krótkich dialogów, które składają się na manifest promuje: hojność, niezłoszczenie się, nierozpamiętywanie krzywd, brak okrutnych myśli. Samo pytanie Johanny nie jest nawet jakoś stricte ordynarne i nie łamie manifestu, ignorantko, która pewnie też nie znasz tych paru krótkich tekstów.

Gdybyś naprawdę znała obyczaje Serdeczności, wiedziałabyś, że nie mamy oficjalnego
przywódcy – odpowiada Johanna głosem łagodnym i stanowczym jednocześnie.– Ale ja nie
jestem już przedstawicielką Serdeczności. Opuściłam ją, żeby przyjść tutaj.
Przywódczyni jednej z ocalałych trzech (czterech? Z Erudycji też został drzazgi) frakcji, która nie zna podstaw funkcjonowania politycznego frakcji pozostałych. Cóż za niekompetencja.

Jasne, widziałam ciebie i twoją małą bandę obrońców pokoju, jak wchodzicie wszystkim w paradę.
Tak, robiliśmy to celowo – odpowiada Johanna. – Ponieważ wchodząc w paradę, stawaliśmy
pomiędzy bronią a niewinnymi i ratowaliśmy życie niemałej liczbie ludzi.
Taką metodą to tylko uszczupliliście swoją populację. Nie wierzę, że bezfrakcyjni i lojaliści, gotowi strzelać i do zombie, jeżeli te stanowiły barierę na drodze do celu, i do erudykich cywilów, stosując domniemanie winy, nie pakowali kulek w hippisów próbujących własnymi ciałami osłonić cele.

Na jej policzkach pojawia się rumieniec, a mnie znowu przychodzi do głowy ta myśl: Johanna
Reyes nadal jest ładna. Tylko że teraz nie myślę, że jest ładna pomimo blizny, ale że w jakimś
sensie jest ładna z nią, tak jak Lynn z ostrzyżonymi na krótko włosami, jak Tobias ze
wspomnieniami okrucieństwa ojca, które nosi niczym zbroję, jak moja matka w swoim prostym szarym ubraniu.
Niee, Tobias nie nosił wspomnienia o ojcu niczym zbroi. To było coś, co sprawiało, że na widok Marcusa sztywniał; to było coś, co prowokowało go natarczywego, chorego regularnego powracania do własnych koszmarów; coś, przez co – jak się dowiemy – lubi bić ludzi, bo wtedy czuje się tym silniejszym.

Skoro jesteś taka uczynna, zastanawiam się, czy mogłabyś zanieść wiadomość do Serdeczności – mówi Tori.
Nie czułabym się spokojnie, zostawiając ciebie i twoją armię, żebyście wymierzali sprawiedliwość według własnego uznania. Ale na pewno wyślę kogoś do Serdeczności z wiadomością.
No problem, że ty, ze swoimi gołymi rękami, niewiele możesz zrobić z Evelyn wymierzającą sprawiedliwość.

Świetnie. Powiedz im, że wkrótce zostanie stworzony nowy system polityczny, w którym nie będą mieli swojej reprezentacji. To, naszym zdaniem, jest karą za to, że w tym konflikcie nie stanęli po niczyjej stronie. Oczywiście, będą musieli produkować i dostarczać żywność do miasta, ale pozostaną pod nadzorem jednej z frakcji rządzących.
Dobrze, że Johanna zwróciła uwagę, że nie działa jako reprezentantka frakcji. Inaczej cholera wie, jak nowe władze ukarałyby Serdeczność. Swoją drogą nawet zła Erudycja nie karała Serdeczności za neutralność, przecież niezdolność do przemocy jest wręcz wpisana i w ich manifest i w ich… khem, dietę.
Swoją drogą, ciekawe czy zamierzają karać także Prawość za to, że stanęli po stronie Erudycji, chcieli uwolnienia Erica oraz wydać Niezgodnych.

Przez sekundę wydaje mi się, że Johanna rzuci się na Tori i ją udusi. Ale ona się prostuje.
Serdeczna, nawet eks-Serdeczna, rzucać się na kogoś? No raczej nie.

Dobrze. Zrobię coś pożytecznego. Nie sądzę, że pozwolicie przyjść tu niektórym z nas, żeby opatrzyć rannych?
Tori posyła jej znaczące spojrzenie.
Tak myślałam. – Johanna kiwa głową. – Ale pamiętaj, że czasem ludzie, których nękasz,
stają się silniejsi, niżbyś chciała. – Odwraca i wychodzi z holu.
Dlaczego Serdeczni nie mogą nawet pomóc w opatrywaniu rannych? Historycznie zdarzało się, że chore rządy zastępowały inne chore rządy – i wydaje mi się, że właśnie z tym mamy teraz do czynienia.

Tris obawia się ukrytego sensu w słowach Johanny, przypomina sobie o innej ciemiężonej grupie, bezfrakcyjnych. Następnie zauważa… bez jaj…

Kiedy się rozglądam i patrzę na każdego żołnierza Nieustraszonych i każdego żołnierza bezfrakcyjnych, zaczynam dostrzegać pewną prawidłowość.
Christina – mówię. – Bezfrakcyjni mają całą broń. Spogląda w lewo, w prawo, znów na mnie i marszczy brwi. W myślach widzę Therese, która odbiera broń Uriahowi
Tak. Wszyscy żołnierze Nieustraszonych – WOJSKO, powtarzam, WOJSKO – pozwoliło pod różnymi pretekstami odebrać sobie broń. Pozwoliło, żeby niepewni sojusznicy zabrali im pistolety, karabiny itepe. Sojusznicy, których trzymanie w ryzach do niedawna stanowiło jedno z zadań Nieustraszonych. Ale chyba nie powinnam za bardzo się dziwić, to jest ta sama grupa, która bez chwili refleksji ustawiła się w kolejce i pozwoliła wstrzyknąć sobie coś szemranego pod koniec pierwszego tomu.

Widzę zaciśnięte wargi Tobiasa, kiedy pytam go o niełatwy sojusz Nieustraszonych z bezfrakcyjnymi. Coś ukrywa.
Tak. Ten sam Tobias strzela focha na Tris, że przyszła do Erudycji z Marcusem. Nie poinformował jej o tym, że mamusia zamierza zniszczyć resztki porządku Minaghi, co przecież jest bardzo ważną informacją, a domaga się pełnej szczerości.

Nagle do holu wchodzi Evelyn, w pozie królowej powracającej do swojego królestwa. Tobiasa z nią nie ma. Gdzie on jest?
Przecież wiesz gdzie. Prawdopodobnie właśnie używa wszelkich możliwych metod (khem, rozszerzonych technik przesłuchań), by skłonić Caleba do złamania zabezpieczeń.

Evelyn staje za stołem, na którym leży ciało Jeanine Matthews (…), celuje w leżący portret Jeanine i wypala. Wśród zgromadzonych rozlega się szmer.
Myślę, że biorąc pod uwagę, co zaraz zamierza zaraz zrobić i co jej barbarzyńcy zrobili z siedzibą Erudycji, tym gestem i tak już nie zantagonizuje Erudytów jeszcze bardziej.

Pojawia się Edward. Idzie, kuśtykając.
Postrzelono go w bok, nie wiem, może jakieś pół godziny temu, a ten sobie łazi, zamiast spokojnie leżeć. Okej, tak bardzo zależy mu na uczestnictwie w triumfie Evelyn, że przełamał ból – przyjmijmy tę wersję.

System frakcji, który tak długo opierał się na plecach ludzi wyrzuconych poza margines, zostanie od razu zniesiony – obwieszcza. – Wiemy, że ta transformacja będzie dla was trudna, ale...
Wiemy? – Tori wygląda na zgorszoną. – O czym ty mówisz? Zniesiony?
Mówię o tym – Evelyn po raz pierwszy spogląda na Tori – ... że twoja frakcja, która jeszcze kilka tygodni temu wraz z Erudytami domagała się ograniczenia żywności i dóbr dla bezfrakcyjnych, co zakończyło się zniszczeniem Altruizmu, przestanie istnieć.
> Jaka jest korelacja pomiędzy negatywnym nastawieniem Erudycji i Nieustraszoności do bezfrakcyjnych a zniszczeniem Altruizmu? Nie widzę żadnej. Chyba że Evelyn ma na myśli, iż nieciemiężeni bezfrakcyjni pobiegliby z pomocą Altruizmowi?
> Tak. Nieustraszeni nie tylko latami widzieli bezfrakcyjnych jako zagrożenie, głównie w efekcie buntu tego środowiska, ale również domagali się pogorszenia ich i tak fatalnej sytuacji. Mimo to bezrefleksyjnie oddali niepewnemu sojusznikowi broń.
> Siła Wyższa zorganizowała system frakcyjny w Celach Wyższych! W żadnym wypadku nie powinna pozwolić Evelyn, skoro planuje kontynuować frakcyjny eksperyment, na zniesienie frakcji! Tak samo jak nie powinna pozwolić na pokot Altruistów, doprowadzenie do zombie-symulacji Prawych (których lojaliści z bólem serca, ale jednak, w efekcie wystrzelali), atak odwetowy na Erudycję.

A jeżeli zdecydujecie się wystąpić przeciwko nam zbrojnie, będziecie mieli duży problem ze znalezieniem broni.
Widzę, jak każdy żołnierz bezfrakcyjnych unosi pistolet. Bezfrakcyjni są równo porozmieszczani wokół holu i znikają na schodach. Otaczają nas. To takie eleganckie, sprytne, że omal nie wybucham śmiechem.
Pouczyłam swoją połowę armii, żeby pozbawiła broni waszą połowę, jak tylko misja zostanie zakończona – ciągnie Evelyn. – Teraz widzę, że im się udało.
Powiedziałabym, że Evelyn podjęła drugie ryzyko; że nie wiadomo, jak mogliby zareagować gwałtowni, nakręceni właśnie odbytą walką Nieustraszeni, gdyby w trakcie tak bezczelnej akcji zrozumieli, co jest grane; ale nie, zamiast tego stwierdzę, że plan Evelyn był dobry, bo dopasowany pod zdolności intelektualne Nieustraszonych. Wojska, które masowo oddaje broń pod byle pretekstem (jest ich kilkuset, jakim cudem znalazło się aż tyle wymówek, żeby uczynił to każdy? A jak gdzieś było, dajmy, trzech bezfrakcyjnych i czterech Nieustraszonych, to te tępe pały również nie zauważyły niczego podejrzanego góra po drugim „hej, oddaj broń, bo jesteś zbyt zmęczony, by ją trzymać”?).

Tori z protestem kuśtyka do stołu. Evelyn celuje do niej bronią, argumentując: nie po to głodowałam ponad dekadę, żeby ulec Nieustraszonej rannej w nogę. Więc jeżeli nie chcesz, żebym cię zabiła, usiądź obok członków swojej dawnej frakcji. Cóż, sposób traktowania bezfrakcyjnych musiał w końcu doprowadzić do ich agresji. To tylko odpowiedź na lata wykonywania istotnych społecznie zadań bez uznania, a nawet bez wystarczających racji jedzenia. Próba stłamszenia Nieustraszonych, jeżeli wziąć pod uwagę ich frakcyjny etos, prawie na pewno musi skończyć się ich – prędzej czy później – zdobyciem broni i atakiem na bezfrakcyjnych, ale – ogólnie rzecz biorąc – dobrze rozumiem, czemu do tego wszystkiego doszło.

Widzę wszystkie mięśnie ręki Evelyn w gotowości, oczy nie są zimne, nie takie jak oczy Jeanine. Ta kobieta myśli, ocenia, planuje.
Może się czepiam, ale to brzmi trochę, jakby Jeanine nie myślała, nie oceniała, nie planowała. Co do zimności oczu Jeanine… nie wiem skąd się to wzięło, ta kobieta była nademocjonalna, niecierpliwa i skłonna do złośliwości. Nie była typem zimnego zabójcy.

Nie wiem, jak to możliwe, że kiedykolwiek uległa woli Marcusa. Widocznie wtedy jeszcze nie była cała ze stali, wypróbowana w ogniu.
Marcus był szanowanym, budzącym zaufanie politykiem; we frakcji panuje konserwatyzm i niechęć do rozwodów; nie wolno ani skupiać się na sobie (w tym, na własnym cierpieniu), ani pytać kogoś innego o sprawy prywatne, bo to egoistyczna ciekawość. Nawet silny człowiek z uzasadnionych przyczyn czułby, że jest w pułapce. Pamiętajmy, że w przypadku Evelyn nie wystarczył po prostu rozwód, żeby skutecznie odciąć się od męża, musiała dołączyć do głodującej grupy o niskim statusie społecznym, porzucając małego syna.

Tori stoi przed Evelyn przez kilka sekund. W końcu, nieporadnie cofa się, oddalając od broni, i idzie na skraj holu.
Niezgodne z etosem frakcyjnym, zgodne z instynktem samozachowawczym.

Evelyn zapowiada wymierzenie nagród i kar. Tris wyraża zdumienie, że głos Evelyn dobrze się niesie… hm, przecież jesteśmy w dużym holu, to normalka. A tu nagle:

Drzwi na klatkę schodową za nią się otwierają i do środka wchodzi Tobias, a za nim Marcus i Caleb, niemal niepostrzeżenie. Niemal, bo ja zauważam Tobiasa – wyćwiczyłam się w tym, żeby go zauważać.
Wymowne. A i owszem, Caleba nie zauważałaś, jeżeli w pobliżu pojawił się Tobias, jeszcze przed jego zdradą.

Tris patrzy na buty Tobiasa, dopiero w ostateczności podnosi wzrok, spodziewając się, że jego oczy będą zimne i nieubłagane. Ani na chwilę – ani teraz, ani w przyszłości – nie przyjdzie jej do głowy, by gniewać się na Tobiasa za zatajenie prawdy o planowanym przewrocie. Niespodzianka, Tobias nie ma hejtu w spojrzeniu.

Miałaś rację – odzywa się cicho Tobias, balansując na piętach. Uśmiecha się lekko. – I dobrze wiem, kim jesteś. Musiałem sobie tylko przypomnieć.
Podkreślę jeszcze raz: Tobias puścił w niepamięć urazę wobec swojej dziewczyny, bo ta okazała się mieć rację. Nie byłoby tak różowo, gdyby okazało się że Marcus jednak kłamał/ Jeanine zdążyła zniszczyć informację. Dobre intencje Tris, pragnącej wiedzy dla miasta i uczczenia pamięci rodziców, nie miałyby takiego znaczenia.

Robi się widowisko, bo wszystkie nierozwalone jeszcze ekrany… także ten z nieznanych przyczyn do niedawna ukryty pod obrazem Jeanine… włączają się. Evelyn przerywa wypowiedź, Tobias pomaga wstać Tris i oznajmia to jest informacja, która zmieni wszystko.

Ty to zrobiłeś? – pytam.
Nie, ty. Ja tylko zmusiłem Caleba do współpracy.
Caleb był gotów poświęcić wszystkich i wszystko, żeby informacja nie wyszła na jaw. Co musiał zrobić mu Tobias, że w tak krótkim czasie skapitulował? Można wyjść z założenia, że było to brutalnie… albo z założenia, że nie trzeba było używać przemocy, bo po ostatnich wyrzutach ze strony siostry Caleb, już wcześniej nieczujący się najlepiej z powodu tego, co jej zrobił, kierowany wyrzutami sumienia szybko się poddał.

Tris nie zastanawia się, w jaki sposób miś zmusił jej brata do współpracy; na wspaniałą wiadomością reaguje chucią.

Wtulam się w niego mocno, aż dzieląca nas odległość znika, miażdżąc tajemnice, które kryliśmy i podejrzenia, które mieliśmy – na dobre, mam nadzieję.
On prawdopodobnie świadomie zataił przed tobą prawdę w kwestii przewrotu Evelyn. Powinnaś być na to wyczulona tym bardziej, że na tę panią reagujesz alergicznie.

Na ekranach pojawia się kobieta z krótkimi brązowymi włosami. Siedzi na biurku, chociaż jak dla mnie przy nagrywaniu czegoś tak poważnego powinna usiąść za nim. Przedstawia się jako Amanda Ritter, przywódczyni organizacji walczącej o pokój i sprawiedliwość (dam se siana z komentarzami politycznymi). Informuje, że w ciągu kilku ostatnich dekad ta walka zyskała na znaczeniu... i w konsekwencji stała się prawie niemożliwa (zyskała na znaczeniu, więc stała się niemożliwa?). Następnie dobitnie podaje powód tej sytuacji, czyli wyświetla widzowi szereg zdjęć ekstremalnej przemocy typu trwające ludobójstwo, doły wypełnione ciałami.

Kiedy mam dość i czuję, że zacznę krzyczeć, jeśli zobaczę więcej tych strasznych scen, na
ekranie pojawia się znów kobieta, za biurkiem.
Dziwne, że Tris, która na własne oczy napatrzyła się na krew, śmierć i okrucieństwo, tak żywo reaguje na zdjęcia. Przecież jakoś w ciągu ostatniej godziny widziała: zniewoloną Prawość, umierającego Fernando, cywilów z płaczem uciekających przed pogromem, trupa z dziurą na piersi (deptała po nim), postrzelonego Edwarda i postrzeloną Christinę, złą kobietę wydającą gulgoczący wrzask, bo wbito jej nóż w brzuch, śmierć Lynn.
(Wiecie co? Jak tak wymieniam, z jakimi zjawiskami główna bohaterka ma styczność w ciągu zaledwie jednej akcji, tym bardziej się dziwię, że wciąż nadaje się – i nadawać się będzie – do młodzieżowej przygodówki, a nie na oddział zamknięty).
A może jej reakcja występuje nie mimo tego, a właśnie – przez to? Doświadczony strażak, z którym w jednym semestrze miałam zajęcia na bezpieczeństwie, zwierzył się nam z unikania wszelakiej krwawej jatki w telewizji – ma blokadę, bo na żywo napatrzył się ponadnormatywnie.

Tych rzeczy nie pamiętacie. Ale jeżeli myślicie, że to działania terrorystów albo rządu tyranów, tylko w części macie rację. Połowa ludzi na tych zdjęciach, którzy dopuszczają się tak potwornych czynów, była waszymi sąsiadami. Krewnymi. Współpracownikami. Walka, którą toczymy, nie jest przeciwko konkretnej grupie. To walka przeciwko samej naturze ludzkiej... a w każdym razie taką się stała.
Co do sąsiadów, z których nagle wychodzi zło – tak, to klasyka i w realnym świecie. W Rwandzie sąsiedzi mordowali sąsiadów. Badani psychiatrycznie hitlerowscy zbrodniarze okazywali się przepisowo zdrowi. Przykładowo, o Eichmannie:
Pół tuzina psychiatrów uznało go za normalnego – w każdym razie normalniejszego niż ja sam po badaniach, jakim go poddałem, jak miał wykrzyknąć jeden z psychiatrów; inny natomiast doszedł do wniosku, że cała konstrukcja psychiczna Eichmanna, jego stosunek do własnej rodziny, żony i dzieci, matki i ojca, braci, sióstr i przyjaciół, jest nie tylko normalny, ale jak najbardziej pożądany”.
Na skutek tych badań powstała taka oto konkluzja:
Kłopot z Eichmannem polegał na tym, że ludzi takich jak on było bardzo wielu, a nie byli oni ani sadystami, ani osobnikami perwersyjnymi, byli natomiast – i wciąż są – okropnie i przerażająco normalni. Z punktu widzenia naszych instytucji prawnych oraz kryteriów oceny moralnej, normalność owa była dużo bardziej przerażająca niż wszystkie potworności wzięte razem, gdyż oznaczała ona… iż ów nowy rodzaj przestępcy… popełnia zbrodnie w okolicznościach, które właściwie nieomal uniemożliwiają mu uświadomienie sobie lub odczucie, ze robi coś złego”.
[P. Zimbardo, Efekt Lucyfera: dlaczego dobrzy ludzie czynią zło, Wydawnictwo Naukowe PWN 2008, s. 299.]
Jeszcze przed II WŚ zauważono, że masowi mordercy i im podobni wyłaniają się spośród zwykłych ludzi, i próbowano dociec, co też odróżnia ich od prawych obywateli. Padały teorie o nieodpowiednim kształcie czaszki czy właśnie przestępczym genie. Roth nie wymyśliła więc nic oryginalnego, chociaż niektórym młodym czytelnikom może pewnie się tak zdawać.
Nie, nie krytykuję braku oryginalności, temat eliminowania zbrodni za pomocą manipulacji ludzkimi genami jak najbardziej nadaje się do stworzenia ciekawego dzieła. Tak tylko odnotowuję.
Na boku dodam jeszcze, że opisywane zjawisko zostało całkiem dobrze wyjaśnione od strony psychologicznej właśnie w cytowanej książce, polecam.

To dlatego Jeanine chciała zniewolić umysły i mordować – żebyśmy nie wiedzieli. Żeby utrzymać nas w niewiedzy, bezpiecznych, w obrębie płotu. Cząstka mnie to zrozumie.
Tris sądzi, ze Jeanine chciała utrzymać miasto w niewiedzy o potwornościach, dokonując ludobójstwa, i to rękami ludzi pozbawionych przez nią wolnej woli? Jak się zaraz dowiemy, nie chodziło o to… ale pokręcona teoria.

Dlatego jesteście tacy ważni – ciągnie Amanda. – Nasza walka przeciwko przemocy i okrucieństwu jedynie leczy objawy choroby, nie samą chorobę. Wy jesteście lekarstwem. Aby zapewnić wam bezpieczeństwo, wymyśliliśmy, jak was od nas odciąć. Od naszych zapasów wody. Od naszej technologii. Od naszej struktury społecznej.
Od technologii nie odcięli Minaghijczyków tak w ogóle, dali im – choć raczej do celów służbowych – komputery. Co więcej, dali im też pewne elementy technologii wręcz kosmicznej, czyli sera (tak, one są od Siły Wyższej), to po pierwsze.
Odcięci od zapasów wody długo by nie pożyli, to po drugie.
Co do zapewnienia im bezpieczeństwa… w ostatnich trzech tygodniach padła jakoś 1/3 społeczeństwa, to po trzecie.

Stworzyliśmy wasze społeczeństwo w szczególny sposób, w nadziei że na nowo odkryjecie moralność, którą większość z nas zatraciła. Liczymy na to, ze z czasem zaczniecie się zmieniać tak, jak większość z nas już nie może.
No to na nadziejach się skończyło.
Przywódca Altruizmu katował żonę tak, że aż uciekła, porzucając paroletnie dziecko, nie przepuścił również synowi, dla którego stał się największym koszmarem. Inny członek gremium kierowniczego, kierowany własnymi uprzedzeniami, indoktrynował swoje dzieci w wrogości do jednej z frakcji, a gdy dokonały wyboru innego niż frakcja rodzima – nie chciał ich odwiedzić.
(Nieformalna) przywódczyni Serdeczności uważa, że pompowanie w ludzi narkotyków bez ich wiedzy i zgody jest okej, tak samo jak informowanie ludobójców o lokalizacji ofiar. W ogóle cała frakcja ćpa zamiast się doskonalić.
Wszyscy przywódcy Nieustraszonych poparli ludobójstwo i prawdopodobnie byli wtajemniczeni w plany jego przeprowadzenia. Połowa Nieustraszonych, gdy ocknęła się po symulacji wśród trupów, uznała, że pomysł na zniewolenie ich i zmuszenie do mordowania był spoko, i poszła kolaborować. Nowi przywódcy lojalistów zaakceptowali projekt ludobójstwa odwetowego. We frakcji normą jest wyrzucanie ludzi zbyt zniedołężniałych, by wyczyniać harce, torturowanie nowicjuszy, gloryfikacja samobójstwa.
Przywódczyni Erudycji była Hitlerem tego uniwersum.
Przywódca Prawości, mimo niezbitych dowodów winy Erudycji, ze strachu poparł Erudycję i był gotów wydać im, niewinnych przecież, Niezgodnych na zatracenie. Prawość urządza sobie cyrk ze zmuszania ludzi do wydawania życiowych tajemnic, nie przepuszcza nawet własnym dzieciom.
Bezfrakcyjni urządzili rzeź odwetową, paląc także szpital. Sądzę, że kierowała nimi żądza zemsty za lata głodu, nie chęć wymierzania sprawiedliwości za Altruizm. Zachowanie bezfrakcyjnych jest tym bardziej bulwersujące, że to wśród nich jest najwięcej przecież zdrowych genetycznie Niezgodnych.
W ogóle można odnieść wrażenie, że w Minaghi ludobójstwo jest traktowane dosyć lekko. No patrzcie: Prawość zdecydowała się kolaborować, ½ Nieustraszonych nie miała pretensji, że została zmuszona do udziału, ½ pognała na ludobójstwo-bis, bezfrakcyjni również podeszli do sprawy beztrosko – zniszczyć Erudytów!

To nagranie zostawiam po to, żebyście wiedzieli, kiedy nadejdzie pora, żeby nam pomóc. Zorientujecie się, że nadeszła, kiedy znajdzie się wśród was wielu, których umysły będą bardziej elastyczne od innych. Takich ludzi nazywajcie Niezgodnymi.
Wielu – to słowo bardzo niekonkretne, jeśli mowa o liczbie zdrowych osobników kwalifikującej Minaghi do wyruszenia za płot. Czy Niezgodny musi być co drugi obywatel? A może co dziesiąty? Kiedy liczba stanie się wystarczająca?

Kiedy będzie ich wśród was dużo, wasi przywódcy powinni oddać władzę Serdeczności i otworzyć bramy na zawsze, żebyście mogli wyjść z izolacji.
Bramy, za którymi i tak żyli nieizolowani Serdeczni. Co do pomysłu oddawania władzy przećpanym hippisom, chociażby na chwilę – aż się przestaję dziwić, że Jeanine chciała za wszelką cenę nie dopuścić do takiej sytuacji, ot co.

Informacje, które znajdują się na tym nagraniu, są przeznaczone jedynie dla rządzących.
Przeznaczone tylko dla rządzących, przechowywane przez rządzących. Więc, do cholery, dlaczego wymordowani cały Altruizm, a nie tylko rządzących? Wiem, że już o to pytałam, ale to znowu rzuca się w oczy – i w oczy jeszcze rzucać się będzie. W końcu mamy do czynienia z jednym z kamieni milowych fabuły, który okazuje się, po bliższym zbadaniu, nielogiczny.

Macie być czystą tablicą. Ale nie zapominajcie o nas. – Uśmiecha się lekko. – Ja dołączę do waszych szeregów. Podobnie jak inni, dobrowolnie zapomnę o swoim nazwisku, rodzinie i domu. Przyjmę nową tożsamość, z nieprawdziwymi wspomnieniami i nieprawdziwą historią. Ale żebyście wiedzieli, że informacja, którą wam przekazuję, jest prawdziwa, powiem wam, jakie przyjmę nazwisko. – Jej uśmiech staje się bardziej promienny i przez chwilę wydaje mi się, że ją poznaję. – Będę się nazywać Edith Prior. I o wielu rzeczach z radością zapomnę.
Prior.
Przywódczyni organizacji walczącej o pokój i sprawiedliwość musi być faktycznie oddana sprawie, że z pełnym samopoświęceniem wchodzi w to społeczeństwo budowane na dziwacznych zasadach (zasadach, które na pewno zna, bo przecież musiała je współtworzyć). Tak, mamy zasugerowane, że robi to jako pretekst do wymazania jakichś własnych prywatnych traum, ale i tak uważam jej decyzję za liderskie bohaterstwo. Oto przywódca który nie mówi naprzód, tylko za mną.
Co do nazwiska-dowodu: a co, gdyby w międzyczasie linia Priorów wygasła? Jeżeli nazwisko nic by ludziom nie mówiło?

Nagranie się kończy. Projektor rzuca na ścianę niebieskie światło. Ściskam Tobiasa za rękę. Nastaje chwila ciszy, jakby wszyscy wstrzymywali oddech. A potem rozlegają się okrzyki.
I tak oto, w nocy z dnia 39 na 40, kończy się tom drugi.