niedziela, 23 lipca 2017

Rozdziały 21 i 22

Jadę na wakacje, w związku z tym we wtorek nie będę miała możliwości dodania analizy. Co za tym idzie, dodaję ją dziś. Kolejna pojawi się normalnie, czyli 2 sierpnia. Co będzie działo się dalej... cóż, przyznam szczerze, że kwestia analiz robi się problematyczna. Przedstawię sprawę wprost: 
Jak było już hm, sugerowane, planuję studiować dwa kierunki. Oba w trybie dziennym. W pierwszym semestrze obejmują między innymi naukę łaciny (no, terminologii prawniczej), arabskiego i chińskiego* oraz dosłownie tysiące stron pamięciówki. Żeby zwiększyć swoje szanse zaczynam uczyć się już po powrocie znad morza (opasłe tomy, takie jak prawo rzymskie, udało mi się nabyć od osoby ze starszego roku, wraz z informacjami, co mogę wkuwać). A, jak się można domyślić, nauka to nie jedyna moja aktywność. Najbliższe dwa lata (czyli lata łączenia kierunków) zamierzam całkowicie poświęcić kwestiom edukacyjnym (pod słowem "całkowicie" rozumiemy dobrowolną zgodę na, ujmijmy wprost, brak innych dziedzin życia... a analizowanie nie jest hobby bezmózgim; żeby klepać w tę klawiaturę, muszę być względnie wypoczęta psychicznie). Rozważam ogarnięcie  drugiej 1/2 tego tomu i tomu ostatniego na zasadzie streszczenia z wytknięciem takich kretynizmów/ niemoralizmów, których po prostu nie da się zostawić bez komentarza. No po prostu nie chcę porzucać tego w połowie, no, na tyle na ile możliwe jest niezrobienie tego. Lubię swoich Czytelników.
* nie pytajcie Koty, gdzie rozum postradała, ona sama ledwo ogarnia... no, po prostu na magisterce bezpieczeństwa ma te lektoraty.
Tak czy inaczej, oto dwa rozdziały typu tradycyjnego: 

ROZDZIAŁ 21

Dnia 26 Tris z Tobiasem byli przesłuchiwani, dnia 27 – nastąpił atak, dnia 28 – Tobias wtłukł Marcusowi… mamy teraz dzień 29 – Jack będzie rozmawiał z Jeanine. Dla uściślenia: dzień 29, przed świtem (negocjacje na szczycie mają się odbyć o siódmej rano – jak się dowiemy, wciąż jest ciemno). Muszę bardziej pilnować numeracji, bo niemal się pogubiłam i musiałam poświęcić trochę czasu na odtworzenie. Więcej samodyscypliny, ot co. Zwłaszcza że widzimy przecież, jakie ciekawostki wychodzą, gdy liczymy czas.

Tris jest w toalecie (dodajmy: damskiej, dla odmiany) na tak zwanym piętrze Nieustraszonych (pierwsze słyszymy, jakoby takie posiadali, niech będzie). Dostała od Lynn pistolet, musi więc, jak sama zauważa, w przyspieszonym tempie uporać się z traumą, bo jakże uczestniczyć w misji bez broni.

Była wyraźnie zdezorientowana, widząc, że nie zacisnęłam na nim palców i go nie schowałam – do kabury lub za pasek dżinsów.
Tris zdaje się ni cholery nie pamiętać, że potrafiła już schować gnata pod ubraniem. Można uznać, że wtedy nie miała wyboru, ale i tak.

Tris powoli zaciska palce na pistolecie. Kiedy Lynn dała jej go do ręki, położyła broń na otwartej dłoni i uciekła z nią panikować do toalety (wniosek na podstawie wszystkich podanych informacji) – bo piętro kilkuset uchodźców na pewno jest opustoszałe i dlatego takie dziwactwo nie zwraca uwagi gotowych do szyderstw Nieustraszonych, czyż nie? Ano chyba tak, bo nie dowiemy się o tym, by ktokolwiek wykazywał później zainteresowanie cudaczną sceną, której był świadkiem.
Tris prostuje ręce przed sobą i przypomina sobie, jakie szlachetne sposoby użycia może mieć pistolet, będący przecież jedynie narzędziem, a nie złem (odtwarzam jej tok rozumowania bez szyderstwa, streszczam). Pistoletem ocaliła Tobiasa, gdy Eric chciał go zastrzelić, a także:

Za pomocą takiego pistoletu broniłam taty i brata przed znajdującymi się pod wpływem symulacji Nieustraszonymi.
W sensie czepialskim i dosłownym: raczej ty zaatakowałaś zombie, a rodzina siedziała schowana za rogiem. Weszłaś za schody, rozpoczęłaś strzelaninę z paroma zombiakami, tata i brat przyszli na gotowe. Nie zostali napadnięci pierwsi, nie wymagali obrony, obserwowali z bezpiecznego miejsca, jak narażałaś się na śmierć (niezależnie od faktu, że Caleb miał przecież broń). No, chyba że masz na myśli szerszy kontekst – gdyby nie interwencja, symulacyjni Nieustraszeni dopadliby w końcu twoją rodzinę. Ale to też nie jest pewne, bo grupa Altruistów, która wolała uciec do Serdeczności, zamiast poświęcać się zgodnie z ideałami frakcji, dotarła na miejsce. (Tak, w końcu została niemalże w całości wybita, ale to już inny tom, inna sytuacja).

W lustrze dostrzegam jakiś ruch i zanim jestem w stanie się powstrzymać, spoglądam na swoje odbicie. Tak wyglądałam, myślę. Tak wyglądałam, gdy do niego strzelałam. Skowycząc jak zranione zwierzę, wypuszczam pistolet i obejmuję się w talii. Chcę płakać, bo wiem, że dzięki temu mi ulży, ale nie daję rady wydusić z siebie łez. Klęczę tylko na podłodze łazienki i wpatruję się w białe kafelki. Nie mogę. Nie mogę wziąć ze sobą pistoletu.
Nie wiem, kto w momencie wielkiego cierpienia ma jeszcze głowę do wynajdywania porównań w kwestii swojego skowytu (w każdym razie, jak Kocie źle, nie czyni tego) – wypominam, bo wciąż poruszamy się w ramach narracji pierwszoosobowej i teraźniejszej. Przymknęłabym jednak na to oko i nawet współczuła głównej bohaterce – naturalnym jest, że zabicie kogoś niewinnego, bo nieświadomego, ryje głowę – jednak trwające już pół powieści ubolewanie nad Willem, gdy ofiar było więcej, jest po prostu niesmaczne. Czemu Roth nie wykorzystała motywu traumy tym bardziej traumatycznej, że zwielokrotnionej? Nie trzeba byłoby wiele – ot, zmienić parę zdań. Przykładowo, tak wyglądałam, gdy do nich strzelałam. Wydaje mi się, że sama autorka musiała traktować resztę zombie jako mięso armatnie, odpowiednik bota w grze. No przecież inaczej skorzystałaby z szansy na całkowicie wiarygodne uczynienie doli głównej bohaterki jeszcze cięższą.
Każdorazowo przypomina mi się przypisywany Stalinowi cytat o tym, że śmierć jednego to tragedia, a wielu to statystyka. Gdybym zdecydowała się przyznawać tej książce punkty w konkretnych kategoriach, na pewno utworzyłabym taką właśnie – i punkt leciałby przy każdym jęku o Willu i tylko o Willu.

Właściwie to w ogóle nie powinnam iść, a mimo to i tak pójdę.
Ignorowanie opcji własnej śmierci, część kolejna. Ogarniam, bohaterka jest w rozsypce i podświadomie dąży do samounicestwienia (inaczej rzecz ujmując – do samobójstwa cudzymi rękami). Szkoda tylko, że tak bardzo ignoruje przy tym wolę swojego faceta, którego ponoć bardzo kocha i który wielokrotnie prosił, by zadbała o swoje przeżycie.

Do łazienki wchodzi Tobias. Widać nie tylko Tris luźno traktuje podział toalet na płci. Tobias przybył, bo Zeke i Uriah powiedzieli mu, że Tris idzie na misję szpiegowską; chce się upewnić, czy to prawa. A wtedy Tris:

Czemu mam ci cokolwiek mówić? Ty o swoich planach mnie nie informujesz.
Marszczy brwi.
O czym ty gadasz?
O tym, że pobiłeś Marcusa na oczach Nieustraszonych, bez wyraźnego powodu. Robię krok w jego stronę. Ale powód jest, prawda? Wcale nie straciłeś nad sobą panowania. On w żaden sposób cię nie sprowokował, więc powód musi być!
Słuchaj, NIE musiał być rozwścieczony, żeby wtłuc ojcu, jednocześnie nie mając bardzo łatwego do zrozumienia powodu. Wystarczyła desperacja związana z wyzwiskami; wyzwiskami powiązanymi z tematem, który od dziecka (dosłownie) go bolał. Wystarczył strach przed wykluczeniem ze społeczeństwa. Owszem, okaże się że masz rację, taki jest imperatyw autorski, ale z czynu Tobiasa naprawdę nie wynika, że jest wobec ciebie nieuczciwy, bo nie poinformował cię z wyprzedzeniem. Zamarł, obwieścił że to się musi skończyć, poszedł zrobić przedstawienie – ten szereg następujących po sobie czynności zdaje się jasno wskazywać na przyczynę. Wyraźną przyczynę. Gdyby autorka nie chciała, żeby Tris w ostatecznym rozrachunku okazała się błyskotliwa, Tobias pewnie obraziłby się za bezmiar twojej głupoty.

Zamierzałem udowodnić Nieustraszonym, że nie jestem tchórzem. To wszystko. Tylko o to chodziło.
Po co miałbyś... – zaczynam.
Po co Tobias miałby cokolwiek udowadniać Nieustraszonym?
Po to, żeby nie stać się popychadłem, wyśmiewanym przy każdej okazji? Żeby nawet nastolatki przed inicjacją nie czuły się uprawnione do szydzenia z jego dzieciństwa? Żeby cały wysiłek inicjacji (obejmujący także symulacje ze zwielokrotnionym ojcem) nie poszedł na marne? Żeby jedyną opcją nie pozostała ucieczka do bezfrakcyjnych, do matki, z którą ma trudne relacje? Kota nie sądzi, żeby była wybitnie empatyczna – jest empatyczna w stopniu przeciętnym – a umie wyobrazić sobie, jakim koszmarem byłyby wyżej zaproponowane scenariusze.

Owszem, musiałby to zrobić, gdyby chciał zdobyć ich szacunek.
(Tak, podstawowy szacunek przynależny zazwyczaj każdej istocie ludzkiej.)

Gdyby chciał zostać przywódcą frakcji.
... Dobra. Tris wpadła na prawidłowe rozwiązanie. Tak właśnie widzi to Roth, chociaż Kota na pewno, na miejscu Tris będąc, nie wyciągnęłaby tak daleko idących wniosków. Uznałaby coś podobnego, dopiero gdyby Tobias dodatkowo uznał, że stanie na czele misji podsłuchowej czy coś podobnego.

Przypominam sobie głos Evelyn w półmroku schronu bezfrakcyjnych: „Sugeruję tylko, że mogą zacząć się z tobą liczyć”.
Rozmowa matki z synem luźno skojarzyła mi się z:
You've got the words to change a nation
But you're biting your tongue
You've spent a life time stuck in silence
Afraid you'll say something wrong
If no one ever hears it,
How we gonna learn your song?
So come on, come on
Come on, come on
You've got a heart as loud as lion
So why let your voice be tamed?
[Emeli Sandé – Read all about it]

Chce, żeby Nieustraszeni sprzymierzyli się z bezfrakcyjnymi, a wie, że to będzie możliwe wyłącznie wtedy, gdy sam do tego doprowadzi.
Już wcześniej wypominałam, że brak naturalnego, opartego na wspólnym wrogu sojuszu Nieustraszeni + bezfrakcyjni jest dziwny. Dlaczego miałby być niemożliwy bez działalności Tobiasa? Przecież w obecnej sytuacji głównym/jedynym pragnieniem lojalnych powinno być skończenie problemu nielojalnych. Nawet jeśli nie z chęci zemsty (która jednak wydaje się podwójnie uzasadniona: psychologia plus frakcyjna mentalność), to w celu wyeliminowania zagrożenia kolejnymi atakami... oraz zagrożenia symulacją. Z drugiej strony patrząc, po wstrzyknięciu tajemniczego serum ludzie mogliby obawiać się rozpoczęcia ataku, bo Jeanine może odpalić transmitery w każdej chwili – jednak, przynajmniej na razie, ta perspektywa zdaje się nikogo nie martwić/ Roth zepchnęła motyw przyczajonej chemii na dalszy plan, bo czas na szpiegowanie.

Tris chce zapytać, czemu Tobias ukrywa przed nią swoje plany (widać w sekundę nabrała pewności, że jej teoria, de facto będąca przecież zaledwie jednym z wielu możliwych rozwiązań, jest prawdziwa), ale Tobias uprzedza ją – chce uzyskać odpowiedź na pytanie, z którym przybył.

A jakie to ma znaczenie?
Znów bez powodu narażasz się na niebezpieczeństwo. Tak samo jak wtedy, gdy pobiegłaś walczyć z Erudycją uzbrojona jedynie w... w scyzoryk.
Nie, żebym lubiła Tobiasa, wiem że jest wart swojej dziewczyny... ale ma rację, a dziewczynę ma fatalną. Tworzenie pary z kimś, kto nie przepuszcza żadnej okazji, korzysta z każdej wymówki, żeby narazić swoje życie, musi być wyczerpujące psychicznie.

Tris nawet w sytuacji, gdy jej chłopak gani ją za poważną wadę, skupia uwagę na jego fizjonomii (no przecież głównie na ładnym wyglądzie opiera się ich związek, nic dziwnego). Tyle dobrego, że w porę przerywa sama sobie:

Bez względu na to, co nas teraz łączy, nie mogę sobie pozwolić, żeby myśleć o tym, jaki jest przystojny. Przez to tylko trudniej mi będzie zrobić to, co muszę zrobić. A muszę iść usłyszeć, co Jack Kang ma do powiedzenia Erudytom.
Niby dlaczego musisz to zrobić, skoro na misję idzie już czwórka zaufanych osób? Serio, to jest wymówka, żeby skorzystać z okazji na potencjalne zostanie odstrzeloną, nic więcej. Tak, Tobias też wytknie ci brak potrzeby narażania życia, ale szczerze interesuje mnie, w jaki niby sposób uzasadniasz to przed samą sobą.

Nie ścinasz się już jak Altruista zauważam. To dlatego, że chcesz wyglądać bardziej jak Nieustraszony?
Może dlatego, że ścinanie się na Altruistę było oficjalną przyczyną zdemaskowania uchodźców, które to zdemaskowanie zakończyło się rzezią? Ot, kwestia złych wspomnień.

Tobias słusznie zaleca Tris, żeby nie zmieniała tematu.

Czemu tak ci zależy, żebym została? Zaczynam mówić coraz głośniej. Nie jestem osobą, która siedzi z założonymi rękami i każe innym nadstawiać karku!
...Ale jesteś potrzebna tam jak kamień w bucie, skoro w razie czego nie będziesz w stanie sama siebie obronić. Oznacza to, że możesz stać się tylko dodatkowym problemem dla reszty, gdy będą próbowali ocalić twoje życie.
A samo pytanie, czemu jej facetowi zależy, żeby nie szła z gołymi rękami na karabiny... pozostawmy bez komentarza, o.

Ale dopóki jesteś osobą, która najwyraźniej w ogóle nie ceni własnego życia... która nie może nawet wziąć do ręki pistoletu i strzelić (...) powinnaś siedzieć z założonymi rękami i kazać innym nadstawiać karku.
Jego cichy głos pulsuje w przestrzeni wokół mnie jak drugie serce. W głowie cały czas rozbrzmiewają mi słowa: „która najwyraźniej w ogóle nie ceni własnego życia”.
Czyli możemy mieć nadzieję, że mądra argumentacja Tobiasa dotarła w końcu do Tris, prawda? Skoro zwróciła uwagę na jego ostatnie słowa, pewnie w końcu przemyśli swoje zachowanie, być może przypominając sobie o motywie marnowania ofiary rodziców...

I co zrobisz? – pytam. – Zamkniesz mnie w łazience? Bo tylko w ten sposób uda ci się mnie powstrzymać.
A jednak nie. Żałuję Natalie i Andrew – ich ofiara z krwi (i flaków) w ogóle nie jest szanowana. Tobiasa też żałuję. I żałuję, że nielojalni jednak nie strzelali ostrą amunicją. Tris jest tak erudycka, że ignoruje oczywiste fakty, by podjąć kretyńską decyzję. Rozumiem, że Roth potrzebuje głównej bohaterki na miejscu akcji, ale tak, ktoś powinien zamknąć ją w łazience – ludziom niepoczytalnym ogranicza się przecież wolność, żeby nie skrzywdzili samych siebie.

Tobias kładzie sobie rękę na czole, potem przesuwa ją w dół. Nigdy nie widziałam na jego twarzy takiego smutku.
Nie chcę cię powstrzymywać. Chcę, żebyś sama się powstrzymała. Ale jeśli zamierzasz być aż tak lekkomyślna, to ty nie powstrzymasz mnie i pójdę z tobą.
Jest tak altruistyczna, że cierpienie jej chłopaka – jedynej osoby, na której zdaje jej się zależeć, człowieka, dla którego próbowała poświęcić tysiące ludzi – nie robi na niej wrażenia. Jest tak erudycka, że nie zauważa, że Tobias idący głównie w roli ochroniarza może narazić swoje życie na niebezpieczeństwo, żeby ratować jej tyłek, który wystawia w imię zachcianek. Dodam jeszcze: jest tak altruistyczna, że ma głęboko gdzieś – to pozostaje w ogóle poza jej rozumowaniem – że jeśli wyciągnie kopyta, jej brat straci ostatniego członka rodziny (a Caleb nie ma ani frakcji, ani przyjaciół).
(A może Tobias jest smutny nie dlatego, że nie potrafi powstrzymać swojej dziewczyny od bezmyślnych prób quasi-samobójczych, ale dlatego, iż zaczyna być świadom, z jakiego rodzaju człowiekiem wszedł w związek?)
A tak naprawdę to Roth chce mieć na miejscu ciekawych zdarzeń nie tylko Tris, ale i Tobiasa.

Jest jeszcze ciemno, ale tylko trochę, gdy docieramy do dwupoziomowego mostu, z kamiennymi słupami na jednym i drugim.
Mamy resztki ciemności przed siódmą. To wskazywałoby na październik, raczej drugą jego połowę, patrząc po godzinie wschodu słońca w Chicago. I to jest zgodne z inną wskazówką dotyczącą czasu – jabłkami Serdecznych.

Dzień się budzi, słońce wschodzi.

Uriah i Zeke są w budynkach po obu stronach mostu, bo stamtąd mają lepszy widok i mogą nas lepiej osłaniać. Mogą strzelać dokładniej niż Lynn czy Shauna, która poszła z nami na prośbę Lynn, mimo swojego wybuchu na Miejscu Zgromadzeń.
Jeanine (czy tam jej zastępca) i Jack umówili się w miejscu, w którym... można się przyczaić w jednym z okolicznych opustoszałych budynków, by w razie czego zabić jednego z rozmówców. Nie, nie rozstawili czujek. W tym momencie blednie już nawet kwestia przecieków informacyjnych (lokalizację rozmów na szczycie Tobias odkrył kanałami nieoficjalnymi; co to za przywódca frakcji, który pozwala, by tajne wieści wyciekły w ręce gówniarzy z Nieustraszoności, którzy mają Bardzo Dobry Powód, żeby odstrzelić przedstawicieli drugiej strony, prowadząc do pogorszenia sytuacji?)
Edycja: ...Jack zrobił coś jeszcze głupszego. Czytajmy dalej.
PS. Fakt, że to Tobias uzyskał informacje, przynajmniej wytrąca mi z rąk zarzut, iż na przeszpiegi poszli ludzie maksimum osiemnastoletni, a nie ktoś z choć trochę większym doświadczeniem. Po prostu dzielny zdobywca wiedzy tajemnej skrzyknął kumpli.

Most wspiera się na czterech metalowych konstrukcjach, które mocują go do kamiennej ściany, i na labiryncie wąskich dźwigarów umiejscowionych poniżej dolnego poziomu. Lynn wciska się pod jedną z metalowych konstrukcji i szybko wspina po dźwigarach. Przemieszcza się na środek mostu. Przepuszczam Shaunę, bo nie jestem w stanie wspinać się aż tak sprawnie. Lewa ręka mi drży, gdy usiłuję utrzymać równowagę na szczycie metalowej konstrukcji. Czuję na talii chłodną dłoń Tobiasa, który mnie podtrzymuje. Kucam, by zmieścić się między spodnią częścią mostu a dźwigarami. Nie udaje mi się wcisnąć zbyt głęboko. Zatrzymuję się z nogą na jednym dźwigarze i lewą ręką na drugim. I będę musiała wytrzymać w takiej pozycji dłuższy czas.
Po pierwsze, Kota ma pewną teorię (mylną, rzecz jasna, ale pomarzyć można). A co, jesli Jeanine jednak nie jest kretynką? Zna teren, odgadła więc, gdzie dokładnie szpiedzy mogą się schować – specjalnie wybrała miejsce dogodne do podsłuchiwania, żeby pułapka była atrakcyjniejsza. Na własną rękę opracowała również profile psychologiczne Tobiasa i Tris – w przypadku Tris dysponuje tylko nagraniami z jej nowicjatu, w przypadku Tobiasa jednak ma obfitą dokumentację z dwóch lat (Złe Przymierze dawało jej przecież dostęp do wszechobecnych kamer, czyż nie?). Na podstawie tychże profilów wywnioskowała wysokie prawdopodobieństwo ich współudziału w szpiegowaniu. Oczywiście nie mogła zostawić przypadkowi tego, czy nasza para dotrze do informacji o miejscu i godzinie... więc rozkazała przerażonemu atakiem na Prawość Kangowi, by wystawił uroczą dwójkę poprzez zadbanie, by co najmniej jedno z nich uzyskało niezbędne dane. W obecnej chwili teren jest już otoczony, a współpracujący z Erudycją Nieustraszeni mają wyraźne rozpiski, gdzie szukać szpiegów. Praktycznie pewnym już jest, że w ręce Jeanine trafią dwa młode, idealne do przetrwania szeregu badań, Niezgodne egzemplarze, które w dodatku pokrzyżowały jej plany – i nieodłowione mogłyby narobić szkód chociażby propagandowych.
Po drugie, w kwestii lewej ręki Tris... Tak, zdążyłam już zapomnieć, że ona wciąż jest nie tylko nieuzbrojona, ale i RANNA. I ładuje się w taką misję. Brzmi tym bardziej zdroworozsądkowo, czyż nie? Ale nie martwmy się o nią – kilkukrotne użycie cudownego balsamu sprawiło, że może podciągać się na postrzelonej ręce. Umiała już parę dni temu, więc właściwie nie dowiadujemy się niczego nowego. Nic to, że u normalnych ludzi, za kryzysowo.pl, rany postrzałowe w kończyny powodują strzaskanie kości, zerwanie mięśni i ścięgien.

Tobias podparł Tris, więc uśmiechają się do siebie – i jest to pierwszy raz od czasu łazienkowego, gdy nie udają, że się nie widzą.

Shauna i Lynn porozumiewają się bez słów. Robią do siebie niezrozumiałe dla mnie miny, po czym kiwają głowami i uśmiechają się na znak, że wszystko jasne. Nigdy się nie zastanawiałam, jakby to było mieć siostrę. Czy Caleb jako dziewczyna byłby mi bliższy?
Nie, nie byłby ci bliższy. To nie jest kwestia płci, tylko twojej socjopatii. Skoro nie umiesz dogadać się z niemalże idealnym bratem, to czemu miałabyś być zdolna do nawiązania serdecznych relacji z siostrą? Dlaczego miałabyś dostrzegać jej zalety, skoro pozostajesz ślepa na zalety Caleba.

Streszczając: nadchodzą.

Nieustraszeni wiedzą o naszej obecności, ale Kang nie ma o tym pojęcia.
Hm... może jednak Tobias ma jakąś sieć znajomych, o których nie wiemy. Jak rozumiem, to właśnie obstawa Jacka poinformowała Tobiasa o miejscu i godzinie (wszakże są w spisku). Z punktu widzenia Nieustraszonych patrząc, widzę sens w wysłaniu na przeszpiegi kogoś więcej niż paru oficjalnych ochroniarzy – nie wiadomo, czy po zakończeniu dialogu Jeanine nie postanowi wybić wszystkich poza Jackiem; to zapowiada się na supertajne negocjacje, a pozwalając odejść ochroniarzom, z automatu informuje się wrogą armię o każdym wypowiedzianym słowie. Z punktu widzenia Jacka (Prawości) patrząc, zabieranie Nieustraszonych jest złym pomysłem. Już lepiej na szybko nauczyć strzelać paru Prawych. Uzasadnienie? Ano, to samo, co powyżej – nie wiadomo, czego dokładnie zażąda Jeanine i jak daleko pójdą ustępstwa, a obecność Nieustraszonych ochroniarzy sprawia, że o wynikach negocjacji na szczycie dowiedzą się zaraz wszyscy przedstawiciele tej frakcji, którzy siedzą w siedzibie Prawości.

Gdyby popatrzył w dół odrobinę dłużej niż kilka sekund, pewnie by nas zobaczył przez metalową siatkę pod stopami.
Że co? Wizualizowałam sobie kryjówkę protagonistów jakoś bardziej profesjonalnie. Wyszkolone wojsko, wyszkolona policja ułożyła plan podsłuchiwania opierający się na... nadziei, że prowadzący stresujące negocjacje ludzie nie spojrzą na własne stopy na dłużej niż kilka sekund? Nawet średnio wiem, jak to skomentować. Wzruszam ramionami.

Tobias patrzy na zegarek, po czym wyciąga rękę, żeby pokazać mi godzinę. Punkt siódma.
(Nie jestem pewna, może zadawałam już to pytanie bez odpowiedzi, ale: która frakcja robi zegarki? Czy też profesjonalna, precyzyjna robota przypada w udziale bezfrakcyjnym?)

Przybywa Max. Tris przypomina nam, kim jest ta postać. Jack wyraża niezadowolenie, bo przecież miał rozmawiać z Jeanine. Max tłumaczy, że dzielą się obowiązkami w zależności od umiejętności, za decyzje militarne odpowiada więc on, a rozmowa ma ich dotyczyć. Tris bystro stwierdza, że jest coś nie tak w słowach używanych przez Maksa i w ich rytmie. Max oznajmia, że nie będzie negocjacji, bo negocjować mogą równi, a Jack równy mu nie jest. Jack prosi o sprecyzowanie.

Chcę przez to powiedzieć, że Prawość to jedyna zbędna frakcja. Nie zapewnia nam ani ochrony, ani żywności, ani innowacji technologicznych. Dlatego z naszego punktu widzenia nie jesteście potrzebni. Poza tym nie bardzo wkupiliście się w łaski waszych gości z Nieustraszoności – stwierdza Max. – Więc jesteście nie tylko zupełnie bezbronni, ale też zupełnie bezużyteczni. Radziłbym więc, żebyście robili dokładnie to, co mówię.
Mam tylko jeden zarzut: póki Prawi są z Nieustraszonymi, nie są zupełnie bezbronni. Reszta wypowiedzi Maksa jest jednak samą prawdą, bezużyteczność Prawych zauważyłam już w pierwszej części. No po co komu w spokojnym społeczeństwie aż 20% prawników? Przecież oni nie robią niczego pożytecznego, dyskutują, snują się, siedzą na dupach, konsumują wypracowaną przez Serdecznych żywność. Jeśli jednym z motywów Jeanine jest ekonomia (na co wskazywałby argument „bezfrakcyjni uszczuplają nasze zasoby, wybijemy ich, będzie dobrobyt”) powinna zaatakować/ zmusić do pracy Prawych.

Jack wyzywa Maksa od szumowin, Max mówi nie bądź taki drażliwy. Tris tym bardziej sądzi, że coś nie jest w porządku: żaden szanujący się członek Nieustraszoności nie użyłby określenie „drażliwy” ani nie zareagował tak spokojnie na obelgę, argumentuje. Zgadzam się zwłaszcza z tym drugim, oni mają w zwyczaju gwałtowne reakcje. Stwierdza, że Jack mówi jak Jeanine, która to nie pozostawiłaby tyle swobody wybuchowemu Nieustraszonemu. Czyli – Jeanine dyktuje sługusowi do ucha, co ma gadać.

Najłatwiej rozwiązać tę kwestię, wkładając Maksowi do ucha słuchawkę. A sygnał w takim urządzeniu ma najwyżej pół kilometra zasięgu.
Ciekawa sprawa, że Tris zapamiętała taki drobny szczegół, na co dzień z podobną technologią nie mając do czynienia. Czy uczyli ich tego na Wyższych Poziomach? Może tak. W każdym razie pozostaje jej tylko mieć nadzieję, że w międzyczasie Jeanine nie udoskonaliła technologii. Że nie może rozmawiać z Jackiem na zasadzie telefonu – czyli siedząc w swojej siedzibie.

Patrzę Tobiasowi w oczy i ostrożnie pokazuję palcem na swoje ucho. Potem wyciągam rękę do góry i wskazuję miejsce, gdzie według mojej oceny znajduje się Max.
Gdyby Max lub Jack spojrzeli w dół, zobaczyliby was, a wy nie wiecie, gdzie stoją oni, tylko oceniacie na czuja? Można by rzec: boicie się wykonać najmniejszy nawet ruch, to dlatego. Ale wtedy Tris nie odważyłaby się wyciągnąć do góry ręki (ruch może przykuć uwagę, gdy jeden z rozmówcow dostrzeże go kątem oka).

Tris nie jest pewna, czy Tobias pojął jej komunikat. Tymczasem Max stawia warunki. Chce uwolnienia Erica (widać gówniarz jest naprawdę ważny, skoro pojawia się w postulatach), możliwości pojmania wszystkich Niezgodnych z siedziby Prawości (Prawe budynki pewnie nie widziały wcześniej takiego bezprawia xD) oraz listy osób, którym nie wstrzyknięto serum. Co do ostatniego postulatu: tępy Jacku, wciąż podważasz możliwość zaaplikowania komuś serum, które zadziała z opóźnieniem, dopiero gdy twórca serum tego sobie zażyczy? Wiesz, na twoim miejscu zaczęłabym się teraz bać zainfektowanych uchodźców.
Max/Jeanine... jesteście pewni, że nie zamierzacie odstrzelić obstawy Jacka? Bo jeśli tego nie uczynicie, Jack, choćby bardzo ale to bardzo chciał, nie będzie mógł udostępnić ci listy z nazwiskami – bo osoby bez transmitera zostaną ostrzeżone, po czym sobie pójdą.

Po co? – pyta z goryczą Jack. – Czego szukacie? I po co wam ta lista? Co zamierzacie zrobić z tymi ludźmi?
No... Max powiedział wprost, czego szukają: chce przeszukać Prawość pod kątem Niezgodnych.

Max cierpliwie powtarza, czego szukają. Jednocześnie twierdzi, że los osób z listy nie jest sprawą Jacka; w efekcie Jack łapie go za kurtkę (Tris podniosła głowę, więc widzi). Max nakazuje Kangowi, żeby go puścił, gdyż w przeciwnym wypadku rozkaże strażnikom strzelać (pierwsze slyszymy, żeby Max nie przybył sam, ale to właściwie logiczne, że również on zabrał obstawę.)

Marszczę brwi. Jeśli to Jeanine mówi za pośrednictwem Maksa, to znaczy, że musi go widzieć bo inaczej nie wiedziałaby, że Jack się na niego rzuci. Wychylam się, żeby spojrzeć na zabudowania po drugiej stronie mostu. Rzeka zakręca z lewej strony, a na brzegu stoi przysadzisty szklany gmach. To musi być tam. Zaczynam się wycofywać do metalowych wsporników, w kierunku schodów prowadzących na Wacker Drive.
Max nie jest w symulacji, a przynajmniej nie doszlaś do takich wniosków – sądzisz, ze mówi to, co mu dyktują do ucha. Oznacza to, że na czyn Jacka mógł zareagować spontanicznie, Jeanine wcale nie musiała mu niczego mówić (co za tym idzie, wcale nie musi wszystkiego widzieć). Jasne, musiał zaistnieć jakiś ciąg myślowy, żebyś ruszyła się z miejsca (twoje kolejne nieodpowiedzialne zachowanie jest niezbędne dla następnej kłótni z chłopakiem, niezawodnego zapychacza), ale to trochę niedopracowane jest. Nie wspominając już o tym, że nie wiem, co właściwie Tris chce osiągnąć, jeśli dotrze do Jeanine. Nie ma broni, a jest duże prawdopodobieństwo, że mroczna ludobójczyni też ma obstawę.
PS. Tak, przez cały czas nikt z obstawy Maxa nie spojrzał w dół na kilkanaście sekund (sama Tris przyznała, że tyle by wystarczyło). To, że się przemieszcza – czyli ewidentny ruch – również nie przyciągnie niepożądanej uwagi.

Tobias bez namysłu rusza za mną, a Shauna klepie Lynn w ramię. Ale Lynn jest zajęta czym innym. Jeanine za bardzo zaprzątała mi myśli i nie zauważyłam, że Lynn wyciągnęła pistolet i wspięła się wyżej. Shauna otwiera usta i wybałusza oczy, bo Lynn wyskakuje naprzód, przytrzymuje się krawędzi mostu i sięga ręką głębiej. Naciska na spust.
Okej. To, że ani Jack, ani Max, ani obstawa Maxa nie dostrzegli przemieszczającej się Tris, to jeszcze nic. Nikt nie dostrzegł jeszcze wiekszego ruchu pod swoimi stopami, czyli akrobacji Lynn – a już na pewno nie w porę, żeby zapobiec finałowi (śmierć Maxa nie leży w interesie nawet Jacka; prawdopodobnym jest, że zakończy się strzelaniną oraz/alternatywnie odwetowym rajdem na Prawość).

Max wydaje głuchy okrzyk, łapie się za pierś i zatacza do tyłu. Gdy odsuwa dłoń od ciała, ta jest ciemna od krwi.
To po co wlaściwie Maksowi prywatni strażnicy (do znudzenia powtarzam: lokalne wojsko, lokalna policja)? Powinni być czujni, powinni wypatrywać niebezpieczeństw, nie powinni widzieć lojalistów i Jacka jako jedyne zagrożenie. Mieli OCHRONIĆ Maksa. WYPATRZYĆ potencjalne niebezpieczeństwo, by w porę na nie ZAREAGOWAĆ. Ułatwieniem ich zadania jest znajomość psychiki przeciwnika, znajomość jego sposobu działania: jedna frakcja, jeden manifest, jedno szkolenie i jedna mentalność. Powinni byli przewidzieć, że jakiś Nieustraszony może być gotów zaryzykować choćby i własnym życiem, rozglądać się. Gdyby politycy i celebryci mieli takich ochroniarzy... cóż, praktycznie nie mielibyśmy polityków i celebrytów.

Tris zeskakuje w błoto, ekipa szpiegowska zeskakuje za nią, błoto wciąga buty Tris, będzie ganiała w skarpetkach. Są wystrzały i jest chowanie się obok ściany, żeby nie oberwać.

Tobias przyciska się za mną do muru, tak mocno, że jego brodę mam tuż nad głową i czuję, jak jego tors przygniata mi ramiona. Osłania mnie.
Tobiasie, to nie jest tego warte. Nie ma sensu robić za żywą tarczę dla kogoś, kto przy najbliższej okazji w te pędy poleci narażać dalej swoje życie.

Mogę wrócić do siedziby Prawości i jej tymczasowego bezpieczeństwa. Lub mogę odnaleźć Jeanine, zwłaszcza że bardziej bezbronna już chyba nie będzie.
Po pierwsze: nie, na ten moment nie za bardzo możesz wrócić. Gdybyście próbowali biec, pewnie dostalibyście serię w plecy. Możesz co najwyżej poczekać, aż strzelanina się zakończy, w międzyczasie licząc, że z twojego żywa-tarcza misia nikt nie zrobi sita tylko dlatego, że znowu postanowiłaś głupio się zachować. Po drugie: już to mówiłam, ale powtórzę jeszcze raz. Skąd w ogóle pomysł, że Jeanine jest bezbronna? Bardziej logiczną opcją jest, że jest otoczona przez strzelców wyborowych i jeszcze ma kamizelkę kuloodporną (...dobra, ten ostatni wynalazek nie funkcjonuje w Minaghi).

Właściwie nie ma się nad czym zastanawiać.
Chodźcie! krzyczę.
Pędzę po schodach, a pozostali za mną.
(Tobias nie powinien za tobą pędzić, Tobias powinien cię po prostu obezwładnić, jak to się robi z niepoczytalnymi ludźmi, którzy narażają swoje życie. Nawet nie masz broni, do diabła).

Na niższym poziomie mostu jest strzelanina, przez wyższy poziom biegnie Tris z ekipą. Oczywiście, przynajmniej póki nie będzie to sprzyjające fabularnie, żadne z nich nie zostanie trafione. Kota nawet by w to uwierzyła – nielojalni mają za cel atakujących lojalnych – ale jednak nie wierzy, bo Lynn powinna być oczywistym celem, odkąd zastrzeliła Maksa. A Lynn jest jedną ze składowych ekipy Tris, biegnie za Tris (no gnają jak owce za pasterzem, a przynajmniej siostry ni cholery nie ogarniają przecież, po co).
Jeszcze w kwestii Lynn: nawet nie zamierzam komentować faktu, że wspięła się, zastrzeliła Maksa – i ostatecznie przeżyje, nawet nie będąc postrzeloną. To dziewczę nawet nie miało opcji ucieczki slalomem, musiało przemieszczać się, chwytając kolejnych wsporników. Idealny cel.

Pokrótce: Tris jest coraz bliżej budynku, za nią słychać strzały. Wtem z uliczki po prawej wybiega taka trójca: Peter, Jeanine, ktoś wysoki. Nie wiem, czemu Jeanine doprowadziła do sytuacji, w której w wypadku niebezpieczeństwa musi zasuwać na piechotę, polegając tylko na dwóch ochroniarzach, z których jeden to szesnastolatek, ale nigdy nie grzeszyła przesadną zdolnością planowania/ dostrzegania potencjalnych konsekwencji swoich decyzji.

Peter! – wrzeszczę.
Unosi pistolet, Tobias robi to samo. Stoimy kilka metrów od siebie, nieruchomo.
Czyli wcześniej ochroniarze Jeanine nawet nie mieli pistoletów w pogotowiu, po prostu biegli? Brawo, Tris, że zabrałaś Tobiasowi możliwość oddania pierwszego strzału, który mógłby znacznie osłabić stronę wroga – Jeanine ma IQ jakie ma, Kota ją krytykuje, ale jak na Minaghi wciąż pozostaje najinteligentniejszą ze wszystkich architektką ludobójstwa, żywa może wpadać na coraz bardziej mordercze pomysły. Po co Tris wrzaskiem niepotrzebnie ściągnęła na siebie uwagę?

Ponad ramieniem Petera widzę, że jasnowłosa kobieta – zapewne Jeanine – i wysoki zdrajca z Nieustraszoności skręcają za róg. Choć nie mam ani broni, ani planu działania, chcę za nimi biec i pewnie bym pobiegła, gdyby Tobias nie przytrzymał mnie za ramię.
Niezrównoważona, a nie Niezgodna, ot co. Wiem, ten tekst już kiedyś był, ale sam się nasuwa. Czy ktokolwiek może szczerze kibicować tej bohaterce? Jest po prostu głupia i nic więcej. Jednocześnie wydaje mi się, że ma plan działania: chce po prostu w jak najszybszym terminie wyciągnąć kopyta, zostawiając brata samego na świecie, marnując ofiarę rodziców. Kontynuowanie pogoni mogłoby skończyć się w jeden z trzech możliwych sposobów:
a) śmiercią Tris,
b) niedogonieniem tych złych,
c) pojmaniem przez złych, gdyby Jeanine szybko zorientowała się w sytuacji.

Tris wyzywa Petera od zdrajców. Wiedziałam, wiedziałam! – krzyczy. Zachowuje się trochę tak, jakby dopiero teraz dowiedziała się o wojennej przynależności Petera i w dodatku odczuwała z tego powodu szczerą gorycz, jak gdyby zdradził ktoś bliski. Cóż, chyba nie mogła oczekiwać lojalności, biorąc pod uwagę, w jakich okolicznościach Peter zadecydował o przyłączeniu się do niej.
Za Tris krzyczy jakaś kobieta: spoiler, to Shaunie skończył się Roth-pancerz. Peter informuje Tris, że albo ocali postrzeloną od śmierci, albo sama zginie, podejmując się pościgu. (Kota widzi jeszcze trzecią opcję: albo Tobias zdecyduje się palnąć zdrajcy w łeb).
Tris jest bliska wrzasku z wściekłości, ale oczywiście wie, co uczyni. Życzy Peterowi, żeby szlag go trafił, po czym wycofuje się wraz z Tobiasem do końca uliczki, a następnie odwracają się i w nogi.
Swoją drogą Lynn i Shauna zostały daleko w tyle, po rozwoju wydarzeń patrząc (fragment uliczki plus jeszcze trzeba do nich biec) – wolniej biegają, ot co. Nieszczęsna Shauna musiała zostać trafiona, bo inaczej razem z siostrą dobiegłyby z pomocą i raczej byłoby po Peterze/ w najlepszym wypadku musiałby się poddać – a to nie pasuje do dalszego rozwoju fabuły.


ROZDZIAŁ 22

Shauna leży twarzą do ziemi, na jej koszuli rozlewa się plama krwi. Lynn klęczy przy siostrze. Tylko patrzy. Nic nie robi.
To przeze mnie – mamrocze. – Nie powinnam do niego strzelać. Nie powinnam...
Cóż, sam fakt strzelania był dosyć kontrowersyjny, bo mógł doprowadzić do następnego odwetowego szturmu na Prawość w momencie, w którym większość z was jest podatna na symulację. Jeanine mogłaby potraktować to jako dogodny pretekst dla opinii publicznej – „ci bezużyteczni Prawi zwabili naszego pokojowo nastawionego wysłannika, niedoścignionego generała, w pułapkę, i tchórzliwie zastrzelili, w dodatku rękami zagrażających nowemu porządkowi uchodźców”. Jedną z motywacji Lynn mogła być oczywiście bardzo zrozumiała chęć zemsty za przymuszenie do eksterminacji Altruistów, z drugiej strony jednak – czy Max był wystarczająco utalentowany/charyzmatyczny/czynnie wpływający na bieg wydarzeń, żeby doprowadzenie do jego zgonu uznać za warte ryzyka wszelakiego?
W kontekście Shauny – niestety, w ludzkiej naturze leży obwinianie się za złe losy swoich bliskich, zwłaszcza gdy było się przyczyną prowadzącą do oczywistego skutku (strzelaniny) i prawdopodobnego następstwa (śmierć kogoś w strzelaninie).

Gapię się w krwawą łatę. Shauna dostała w plecy. Nie widzę, czy oddycha. Tobias przykłada jej dwa palce do szyi i kiwa głową.
Musimy spadać mówi. Lynn. Spójrz na mnie. Wezmę ją na ręce. Będzie ją bardzo bolało, ale nie ma innego wyjścia.
Lynn przytakuje. Tobias kuca przy Shaunie i łapie ją pod ramiona. Kiedy wstaje, ona jęczy. Podbiegam, żeby pomóc mu przerzucić bezwładne ciało przez ramię.
W normalnych warunkach czeka się na pogotowie. W tym świecie nie funkcjonują karetki (a już na pewno nie podczas mrocznej apokalipsy), a ulgę w cierpieniach niesie pielęgniarka Helena. Jak się dowiemy, do siedziby Prawości jest niedaleko, a teren jest już czysty – nie lepiej, żeby szybko biegający Tobias (ponoć jako jedyny z towarzystwa umiał dotrzymać tempa Tris) sprowadził na pomoc tę Helenę? Każdorazowe przenoszenie rannego jest niebezpieczne – w tym wypadku zwłaszcza, kurna, chwytem strażackim. Kula mogła utkwić w jednym z narządów, który w takiej pozycji jest dodatkowo naciskany. Nie znalazłam prawidłowego sposobu przenoszenia ludzi postrzelonych w plecy, ale ten na logikę jest złym pomysłem.
Tobias sprawdził, czy jest puls, ale nie sprawdził oddechu. Procedura przy postrzałach (no, ogólnie przy poważnych urazach) nakazuje sprawdzić obie te rzeczy, i nie tylko. Tego wojska i policji nie uczyli, jak postępować, gdy ktoś dostanie kulę?

Razem ruszamy do Hali Bezsercowej – Lynn z pistoletem przodem, ja na końcu. Poruszam się tyłem, żeby widzieć, czy nikt za nami nie idzie, ale jest pusto. Muszę jednak mieć pewność.
Właściwie co stało się ze strzelaniną? Jak się dowiemy, Jack został ewakuowany,nic mu nie dolega. Strona nielojalnych po raz wtóry stchórzyła i zdezerterowała? Strona nielojalnych została wybita co do nogi? Obie strony uznały, że powymieniają ogień kiedy indziej?

Ej! – woła ktoś. Uriah. Biegnie w naszym kierunku. Zeke musiał pomóc im wydostać Jacka... o rany. – Zatrzymuje się. – O rany, Shauna?
Nie ma czasu – mówi ostro Tobias. Leć do hali i sprowadź lekarza.
Ale Uriah stoi jak wmurowany.
Uriah! Rusz się! Krzyk rozdziera ciszę. Na ulicy nie ma nic, co mogłoby go stłumić.
Uriah odwraca się w końcu i rzuca biegiem przed siebie.
Skoro Tobias wie, że istnieje taka instytucja, jak wezwanie lekarza do pacjenta, to dlaczego postanowił zaryzykować i podnieść Shaunę? Na powyższym przykładzie po części widzimy, jak to powinno wyglądać. Po części, bo zdeterminowanym biegaczem powinien być Tobias lub Tris, a Shauna powinna leżeć, gdzie leżała. Rannych naprawdę nie powinno się ruszać bez ostatecznej potrzeby (to akurat każdy z nas wie chociażby ze szkolnych lekcji udzielania pierwszej pomocy). W ogóle, strach przed dodatkowym uszkodzeniem poszkodowanego jest chyba jedną z podstawowych, pierwotnych wręcz reakcji – a tutaj nie występuje, tutaj Tobias postąpił bezrefleksyjnie, dysponując jedną jedyną informacją: jest rana wlotowa na plecach.
Ależ oni wcale nie wiedzieli, że jest już po wszystkim, bali się pozostawać w miejscu, w którym lada chwila mógł strzelić do nich jakiś zdrajca! – może ktoś zaprotestować. Ano nieprawda. Po pierwsze, odgłosy walk musiały już ucichnąć i jest to dosyć wyraźna wskazówka. Po drugie, przemieszczając się, nie są wcale bezpieczniejsi – jeśli w błocku faktycznie zaczaili się jeszcze jacyś niegodziwcy, równie dobrze mogą otworzyć ogień do grupki skupionej na niesieniu rannego (chyba nie podejrzewamy ich o zasady moralne zabraniające tak podłych czynów?).

Od siedziby Prawych dzieli nas niecały kilometr, ale stękanie Tobiasa, urywany oddech Lynn i świadomość, że Shauna wykrwawia się na śmierć, wydłużają tę odległość w nieskończoność.
Owszem, wykrwawia się. Gorzej – do wewnątrz. A ten z tyłka wzięty chwyt strażacki tylko pogarsza sytuację. Może przesadzam, ale sądzę, ze zamieszczanie podobnych opisów w popularnej powieści dla nastolatków jest niebezpieczne. Jeśli ktoś obijał się w szkole, a kiedyś przyjdzie mu pomagać ofiarom wypadku samochodowego, może przypomnieć sobie, jak w podobnych okolicznościach postępował książkowy Tobias – bądź co bądź, z założenia żołnierz i policjant, gwiazda swojego nowicjatu, człowiek po szkoleniu, no przecież musi się znać na sytuacjach kryzysowych.

Tris targają silne negatywne emocje. Dotarli na miejsce. Lekarz już czeka. Nie ochrzania Tobiasa za bardzo profesjonalne przeniesienie rannej, bo i nie ma na to czasu.
Dobrze, skoro Shauna znajduje się już pod opieką medyczną, Tobias i Tris mogą odbyć kolejną kłótnię (Kota nie liczyła i przynajmniej dziś nie policzy, ale wydaje jej się, że średnia mogłaby wyjść imponująca).

Tobias staje przede mną czerwony z wysiłku. Chciałabym, żeby mnie znów przytulił, jak po ostatnim ataku, ale nie robi tego, a ja wiem, że nie powinnam go do tego zmuszać.
Jesteś zupełnie bezkrytyczna. Zachowywałaś się kretyńsko. Naraziłaś nie tylko swoje życie, ale także jego. Pociągnęłaś swoją grupę przez niebezpieczny teren, co zakończyło się postrzeleniem Shauny. Czemu niby miałby cię przytulać?

Nie będę udawał, że rozumiem, co się z tobą dzieje mówi. Ale jeśli jeszcze raz narazisz się bez sensu na niebezpieczeństwo...
Nie narażam się bez sensu na niebezpieczeństwo. Staram się tylko poświęcać, jak moi rodzice, jak...
Poświęcanie się ma sens, gdy można coś tym osiągnąć. Ty, chcąc BEZ PISTOLETU dopaść grupę uzbrojonych ludzi/ Jeanine z pojedynczym, acz uzbrojonym ochroniarzem, nie miałaś szans osiągnać nic. Nic poza własnym zgonem. Śmierć twojej matki sprawiła, że żyjesz dalej. Śmierć twojego ojca pozwoliła ci biec dalej, by zakończyć ludobójstwo (czyli, pośrednio uratowała wiele żyć). To podstawowa różnica.

Ale nie jesteś swoimi rodzicami. Jesteś szesnastoletnią dziewczyną...
Zaciskam zęby.
Jak śmiesz...
A co on takiego bezczelnego stwierdził? Przecież mówi samą prawdę. Tris nie jest swoimi rodzicami i ma szesnaście lat. Oczekuje, że będzie wychwalał jej samobójcze działanie?

.. .która nie rozumie, że wartość poświęcenia polega na konieczności, a nie na marnowaniu życia! Jeśli jeszcze raz zrobisz coś takiego, koniec z nami.
Tego się nie spodziewałam
No i brawo. Święty by w końcu nie wytrzymał i postawił ultimatum. Dodam jeszcze, że przy następnym podobnym działaniu Tris może być z nimi koniec nie jako z parą, ale jako z żywymi osobami – skoro Tobias odruchowo próbuje ją ratować, nawet kosztem własnego życia, a ta jak obłąkana naraża się na coraz większe niebezpieczeństwa.

Stawiasz mi ultimatum? – cedzę cicho, żeby nikt nas nie słyszał.
Stawiasz mi ultimatum, że zerwiesz ze mną, jeśli dalej będę leciała na wszelakie lufy? ; – /

Tobias kręci głową.
Nie, mówię ci, jak jest. Zaciska usta w wąską linię. Jeśli jeszcze raz bez powodu narazisz się na niebezpieczeństwo, staniesz się zwykłą, uzależnioną od adrenaliny Nieustraszoną, która szuka okazji, by znów znaleźć się na adrenalinowym haju, a ja nie zamierzam ci w tym pomagać. W jego głosie słychać gorycz. Kocham Nieustraszoną Tris, która podejmuje decyzje bez względu na lojalność wobec frakcji, która nie jest żadnym frakcyjnym archetypem. Ale Tris, która ze wszystkich sił próbuje samą siebie zniszczyć... Nie mogę jej kochać.
Wiecie co? Kupowałabym motyw Tris, która przy każdej możliwej okazji probuje popełnić samobójstwo rękoma ludzi z zewnątrz, bo nie potrafi znieść cierpienia związanego z widokiem ludobójstwa i śmierci rodziców. Taka autodestrukcja byłaby wiarygodna psychologicznie i budząca współczucie. Niestety, Roth nie poszła tą drogą. Gdyby Tris regularnie i realistycznie przypominała sobie co okropniejsze sceny z nocy ludobójstwa, na zasadzie traumy pourazowej i flash backów, budziłaby współczucie. Jednakże przy obecnym przedstawieniu zachowań głównej bohaterki muszę w dużym stopniu zgodzić się z jej chłopakiem. W dużym, a nie w całkowitym – bo ona od dawna zachowuje się jak frakcyjny archetyp, to nie jest kwestia ostatnich dni.

Chce mi się wrzeszczeć. Ale nie z wściekłości, tylko z obawy, że ma rację.
Tobie ostatnio coś często się chce wrzeszczeć, w dodatku w reakcji na całą paletę emocji, nie tylko na jedną konkretną. Nadużywanie sformułowania.
Tobias (...) stoi ze skrzyżowanymi ramionami i spuszczoną głową, aż w końcu nie jestem w stanie dłużej tego znieść, mam wrażenie, że zaraz zacznę wrzeszczeć.
Z wściekłości mam ochotę wrzeszczeć – tylko na kogo, skoro Shauna się zmyła.
Prawie wrzeszczę. Oboje wiemy, co zrobię.
Gdy wreszcie docieramy do drzwi, czuję, że zaraz zwymiotuję, zemdleję albo zacznę wrzeszczeć na całe gardło.

Tobias styka się ze mną czołem i zamyka oczy.
Wierzę, że ty to ciągle ty – mówi z ustami przy moich ustach. – Wróć do mnie.
Całuje mnie lekko, a ja jestem zbyt zszokowana, żeby zareagować.
Ech... kończenie trudnych tematów aktywnością okołoerotyczną na zgodę, gdy tak naprawdę problem nie został rozwiązany, nie świadczy o dojrzałym związku, wiecie?

Odchodzi do Shauny i staje na jednej z szalek przy wadze Prawości – na tej, która oznacza przegraną.
Głębokie. Pomijając już fakt, że waga nie oznacza wygranej/przegranej, tylko – że jednego towaru jest więcej, a drugiego mniej. Waga może nabrać wymiaru sukcesu lub porażki, czemu nie – ale elektroniczna, gdy ktoś chce schudnąć lub przytyć.
EDYCJA: Osoba Betująca widzi to jednak inaczej:  Zastanawiam się tyko nad tym komentarzem z wagą (s. 16) - bo w końcu Temida, jako symbol sprawiedliwości, trzyma wagę właśnie dlatego, że waży na niej argumenty obu stron i do jednych z nich się przychyla. Więc wybór tej niższej szali na wadze moim zdaniem jak najbardziej może oznaczać przegraną. Ale fakt, że taka bieda-symbolika jest słaba. Ograniczyłabym więc komentarz tutaj do samego: "Cóż, głębokie".
Cytuję ją, zamiast po prostu uciąć swoją wypowiedź, żeby przedstawić różne punkty widzenia na sprawę.

Przeskok. Tris gada z Tori.

Dowiedziałaś się czegoś ciekawego podczas spotkania Jacka? – pyta.
Kilka rzeczy. Wiesz, jak zwołać naradę Nieustraszości?
To, czego dowiedziała się Tris, jej ekipa i paru ochroniarzy Jacka, powinno być jak najszybciej rozpowszechnione, a nie bagatelizowane. Nielojalni chcą pojmać lojalnych bez transmitera. Po pierwsze, znaczy to, że mogą ponownie zaatakować i to nie wiadomo kiedy. Po drugie – ich skupienie uwagi na osobach nienaszprycowanych tym bardziej świadczy, że w organizmach naszprycowanych krąży już groźna, przyczajona substancja.
Nie, nie ogarniam i nigdy nie ogarnę, jak oni mogą tak po prostu olewać fakt, że zostali zaprogramowani. Nikt nie panikuje. Nikt nie kombinuje, czy nie dałoby się tego jakoś pozbyć. Nic.

Tori wyraża gotowość do załatwienia spotkania poprzez znajomości, które zdobyła jako tatuażystka. Następnie temat schodzi na szpiegowanie. Tori przyznaje, że głównie śledziła Jeanine: co robi, kiedy i gdzie. Pojawia się motyw superzabezpieczonego gabinetu:

Jeanine ma na najwyższym piętrze prywatne laboratorium. Z ochroną rozbudowaną do granic absurdu. Usiłowałam się tam dostać, ale właśnie wtedy domyślili się, kim jestem.
Zapamiętajmy, w jaki sposób Tori opisała laboratorium. Jak możemy się domyślić, przyjdzie moment, w którym Tris będzie je forsowała. Wtedy przekonamy się, jak żelazne zabezpieczenia strzegą pomieszczenia, w którym faktycznie znajduje się coś wybitnie cennego.

Usiłowałaś się tam dostać podchwytuję, a Tori odwraca wzrok. – Nie w celach wywiadowczych, jak przypuszczam.
Uznałam, że byłoby... wskazane, gdyby Jeanine Matthews w miarę szybko zakończyła żywot.
Wydaje mi się, że próba sforsowania megatajnego laboratorium, z ochroną rozbudowaną do granic absurdu, nie jest najlepszym pomysłem, jeśli celem jest po prostu dopadnięcie Jeanine. Celowałabym raczej w chociażby (nawet i samobójcze – bo życiowym celem Tori wydaje się zabicie Jeanine) zastrzelenie jej, gdy idzie korytarzem. Jeśli przemieszcza się z ochroniarzami... powiedzmy sobie szczerze, że w tym uniwersum nie stanowi to żadnego problemu. Ale to luźne przemyślenia, a nie twardy zarzut.

Tris rozpoznaje w oczach Tori żądzę mordu, a nie chęć wymierzenia sprawiedliwości czy pragnienie zemsty – i identyfikuje się z tą emocją. Przeskok:

Nieustraszeni zbierają się między rzędami piętrowych łóżek i drzwiami, zablokowanymi mocno związanymi prześcieradłami. To najlepsza blokada, jaką udało się im wymyślić. Ani przez chwilę nie wątpię, że Jack Kang przystanie na warunki Jeanine. Nie jesteśmy tu już bezpieczni.
To brzmi, jakby zabarykadowali się nie na całym piętrze, a w konkretnym pomieszczeniu, no nie? No to miejmy nadzieję, że jest bardzo duże – nawet połowa samobójczej frakcji to kilkuset ludzi. A co do barykadowania się przy użyciu prześcieradeł... no dobrze, tylko co dokładnie chcą osiągnąć? Gdyby po prostu nie chcieli, żeby ktoś z Prawości wszedł na ich naradę, rozumiałabym. W grę wchodzi jednak kwestia bezpieczeństwa – czyli, zakładają że bez tego nielojalni byliby w stanie zaskoczyć ich w tej sypialni? Właściwie, mogę przyjąć i takie wyjaśnienie, skoro pomimo bycia wojskiem pozwolili zaskoczyć się przy ataku szprycowym... i większość z nich została wtedy obezwładniona, mimo że dysponowali ostrą amunicją przeciw igłom. Racja, przy takim stopniu pierdołowatości trochę prześcieradeł wydaje się dobrym pomysłem.
... Gorzej tylko, jak Jeanine odpali transmitetery i zainfekowana większość znienacka pojmie niezainfekowaną mniejszość. Czy ktoś pamięta jeszcze, że w większości nosicie w sobie wirusa mordercy? Ten motyw w ogóle znika aż do momentu, w którym o transmiterach przypomni sobie Jeanine.

Tris informuje wszem i wobec o warunkach postawionych przez Maksa (jakimś cudem wieści nie rozeszły się jeszcze, mimo że w międzyczasie przekazać mogli je: Nieustraszeni ochroniarze Jacka, Lynn i Tobias).

Skoro Jack Kang zamierza dogadać się z Erudycją, trzeba stąd zwiewać – oznajmia Tori. – Ale gdzie możemy iść?
Daleko, daleko, bardzo daleko za płot. Kto wie, może to jedyna szansa , żeby uniknąć ponownego znalezienia się w symulacji? Nie wiemy, na jaką odległość działają sygnały, które tak niedawno uczyniły z was wszystkich morderców.
Dobra. Nieustraszeni już nie pamiętają o transmiterach. Przyjmijmy, że nie było tematu.
A co do bezpieczeństwa u Prawości lub jej braku: jako że Erudycja i tak miała głęboko w trąbie suwerenność innych frakcji i hulała zbrojnie, gdzie tylko miała ochotę... kwestia zgody Jacka na atak lub też braku tej zgody tak naprawdę ma niewielkie znaczenie. Chyba że przyjmiemy, że Prawi na masową skalę podejmą się obezwładniania uchodźców/ po prostu dodadzą im usypiacza do soku przy kolacji. Tak, to też należy brać pod uwagę – mieliśmy już okazję zaobserwować, ze mają skoliozę moralną i wcale nie zamierzają kierować się zasadami.

Myślę o krwi na koszuli Shauny i tęsknię za sadami Serdeczności, za szelestem liści na wietrze, za dotykiem kory. Nigdy nie sądziłam, że tak bardzo będzie mi brakować tego miejsca. Nigdy nie sądziłam, że zapadło mi w serce. Na moment zamykam oczy, a gdy znów je otwieram, wracam do rzeczywistości. Serdeczność zostaje tylko snem.
Cóż... są substancje, które moga uzależniać psychicznie już od jednorazowego zażycia – a przynajmniej wgryźć się w mózg sugestywnym obrazem błogostanu. Może iniekcje u Serdecznych mają właśnie taki wpływ? Bo inaczej nie mogę zrozumieć jakiegokolwiek sentymentu za frakcją, która potraktowała Tris w taki sposób.

Do domu. – Tobias wreszcie podnosi głowę. Wszyscy słuchają. Musimy odzyskać, co do nas należy. Możemy zniszczyć kamery w naszej siedzibie, żeby Erudycja nas nie widziała, ale powinniśmy wrócić do domu.
Sam pomysł jest niezgorszy (jeśli zapomnimy o tym, że większość towarzystwa ma w sobie przyczajoną symulację). Ciekawostkowo dodam jednak, że czytając po raz pierwszy pomyślałam „a co, jeśli Erudycja zaminowała teren?”. Ale to już po prostu kwestia toku rozumowania.

Ktoś woła, że się zgadza. Ktoś inny przytakuje. W ten sposób podejmuje się decyzje w Nieustraszoności: kiwaniem głową i wrzaskami. W takich chwilach przestajemy być odrębnymi jednostkami. Stajemy się jednym umysłem.
(Nie, że w tej konkretnej okoliczności, ale tak ogólnie: a tłumy, jak wiadomo, z natury emocjonalne, impulsywne i dosyć bezmyślne są).

Tatuażysta Bud przypomina o kwestii Erica: zostawić go Prawym czy zabić? Cóż, wiedzą już, jakich mają specjalistów w dziedzinie prawa – pozostawienie Erica równa się temu, że odzyska wolność niezależnie od swoich zbrodni.

Eric należy do Nieustraszoności – mówi Lauren, przekręcając koniuszkami palców kolczyk w wardze. – A to oznacza, że my decydujemy o tym, co się z nim stanie. Nie Prawość.
Tym razem krzyk sam wyrywa się z mojej piersi i łączy z chórem pozostałych.
Zgodnie z prawem Nieustraszoności, tylko przywódcy frakcji mogą dokonać egzekucji. Cała piątka naszych byłych liderów to zdrajcy – stwierdza Tori. – Uważam więc, że najwyższy czas powołać nowych. Prawo nakazuje wybrać więcej niż jedną osobę, a liczba przywódców musi być nieparzysta
Mówiłam kiedyś, że prawnicy z Prawości są zbędni, bo frakcje mają własne systemy prawne, czyż nie? Sprawa Erica oraz sprawa wyborów liderów są tego najlepszym dowodem. Nieustraszeni mają własny kodeks, który mówi im, w jaki sposób wybrać przywódców i jak karać zbrodniarzy. Prawość nie jest im do niczego potrzebna. Stawiam, że podobne kodeksy mają pozostałe frakcje – no nie za bardzo widzę żeby Erudycja, mająca się (mniej lub bardziej słusznie) za najmądrzejszą frakcję, ganiała do Prawości z pytaniem, jak potraktować lokalnego złodzieja. A co Serdeczni robią z osobami naruszającymi ich porządek – to mieliśmy okazję zobaczyć.

Ludzie mają głośno zgłaszać kandydatury. Gdy będzie trzeba – nastąpi głosowanie. Od razu pada propozycja wybrania Tori... dobrze, jest powszechnie znana i lubiana, ale czy ma jakieś kompetencje? Nie kojarzę sytuacji, w której miałaby okazję wykazać się zdolnościami przywódczymi. Jako szpieg położyła sprawę, doprowadziła do demaskacji siebie i drugiego szpiega. Potrafi tylko robić tatuaże. Jeśli oni wybierają przywódców na tej zasadzie – w ogóle nie patrząc na umiejętności niezbędne do sprawowania tak odpowiedzialnej funkcji – po dwakroć nie dziwię się, że nie mają szacunku innych frakcji.

Dobra – mówi Tori. Kto jeszcze? Marlenę robi trąbkę z dłoni i wrzeszczy:
Tris!
Serce mi wali. Ale ku mojemu zaskoczeniu, nikt nie zgłasza sprzeciwu i nikt się nie śmieje. Kilka osób kiwa natomiast głowami tak samo jak w chwili, gdy ktoś wymienił Tori.
Skoro gremium kierownicze ogłosiło raz nabór wśród szesnastolatków, tym bardziej nie dziwi nominowanie szesnastolatki, która faktycznie zrobiła coś więcej niż tylko przejście przez nowicjat. Problem w tym, że jestem tym bardziej skołowana w kwestii stosunku frakcji do Tris. Do tej pory podkreślane było raczej, jak się odsuwają, jak żywią wobec niej podejrzenia, jak się wręcz boją. Mogę przyjąć, że mieliśmy po prostu do czynienia z przewrażliwieniem ze strony głównej bohaterki. Młodzi ludzie (powiedziała stara Kota) nieraz mylnie odczytują sygnały otoczenia/ wybiórczo je dostrzegają i są drażliwi na swoim punkcie. Brak sprzeciwu wobec kandydatury Tris jest wyraźnym dowodem, że ludzie jednak nie są nastawieni do Niezgodnych tak negatywnie, jak było to przedstawiane.
Czyli na razie w puli osób, które mają poprowadzić frakcję w szczególnie niebezpiecznych czasach, jest ogarnięta obsesją zemsty tatuażystka i szesnastolatka, która publicznie przyznała, że była gotowa poświęcić cały świat dla swojego (od niedawna znanego) chłopaka.

Christina zachowuje kamienną twarz. Tris myśli, jak to inni muszą widzieć w niej człowieka mądrego i silnego (... siła jak siła, ale proszę, nie rozwódźmy się nad jej mądrością – chociaż tak, skoro wszyscy ignorują posiadanie w organizmach bomb z opóźnionym zapłonem, a ona jako jedna z nielicznych w ogóle domyśliła się, że coś jest na rzeczy – owszem, może jednak mądra jest, w lokalnej skali ujmując). [Widzą] kogoś, kim nie mogę być. Kogoś, kim mogę być – snuje swoje przemyślenia.
Do puli dodajemy jakiegoś gościa o imieniu Harrison – jedynego kandydata, który nie należy do grona znajomych Tris (widziała go raz).
Tori zgłasza Tobiasa... co jest dziwne, bo właściwie się nie znali, czyli nie ma rozeznania w jego (jak jesteśmy przekonani) licznych cnotach, dzięki którym winien zostać przywódcą. Reakcja to kilka wściekłych pomruków (... tak, dla niektórych motywacja prowadząca do zmiany frakcji wciąż jest niezmywalną winą), brak jednak wyzwisk od tchórzy od czasu stołówkowego ataku. Moja argumentacja zdaje się potwierdzać – po tym, jak Prawi zrobili sobie z niego przedstawienie, Tobias nie miał innego wyjścia, jak tylko publiczna jatka.

Ciekawe, jak by zareagowali, gdyby wiedzieli, że zaatakował ojca z pełnym rozmysłem.
Sugerujesz, że oni uznają jedynie dresiarskie łomoty kierowane zrywem emocji? Wydaje mi się, że wojsko i policja powinno traktować przemoc raczej jako narzędzie, a nie coś serwowanego na oślep, bo ktoś się akurat wściekł.
Inna sprawa, że wciąż nie uznaję teorii pełnego rozmysłu, a teorie impulsu. To, że Tobias nie był wściekły, nie znaczy, że nie podjął decyzji w sekundę, kierowany poczuciem upokorzenia.

Teraz będzie mógł zrobić dokładnie to, co zamierza. Chyba że mu w tym przeszkodzę.
Potrzebujemy tylko trzech liderów – przypomina Tori. – Musimy głosować.
Tak. Mamy kilkanaście osób, a padły nominacje zaledwie czterech, w tym trzy są Tris znane. Żadnych weteranów pacyfikacji bezfrakcyjnych z czasów ich powstania (to wciąż młodzi ludzie). Żadnych... nie wiem, siłaczy koło trzydziestki, dysponujących w dodatku charyzmą. Żadnej asystentki zdradzieckich przywódców, która pozostała po właściwej stronie, uprzednio przez parę lat poprzez obserwację zbierając wiedzę w dziedzinie metod sprawowania władzy. Nie ma nawet nikogo, z kim Tris nigdy nie miałaby żadnej interakcji (Harrison to ten, który powiedział „odsuń się, mała”, gdy chciała bronić Tori).
Co do pierwszego zdania z powyżej zacytowanego fragmentu: czy mam rozumieć że uważasz, iż teraz, gdy ludzie mają do wyboru cztery osoby... odrzuciliby właśnie Tobiasa? Nie tatuażystkę, która umie tylko tatuować i kłaść misje szpiegowskie? Nie losowego gościa? Wreszcie – nie ciebie, ponoć alienowaną przez Niezgodność ciebie, która zastrzeliła Willa (skoro masz takie wyrzuty sumienia, to wypominam), najmłodszą z kandydatek, przekładającą pierwszy związek nad życie tysięcy? Masz niezłe poczucie własnej wartości. Chyba że masz na myśli, iż mogłabyś zniechęcić ludzi do głosowania na Tobiasa poprzez ujawnienie jego (twoim zdaniem) prawdziwych motywów ataku. Jeśli tak – sam fakt podobnych myśli świadczy źle o twojej lojalności wobec ukochanego misia, dla którego gotowa byłaś poświęcić wszystko, ale niech już będzie.

Nigdy nie wzięliby mnie pod uwagę, gdybym nie przerwała symulacji ataku. A może nie wzięliby mnie pod uwagę, gdybym nie dźgnęła Erica nożem. Albo gdybym nie podsłuchiwała pod mostem. Im bardziej lekkomyślnie się zachowuję, tym większą popularnością cieszę się wśród Nieustraszonych.
To raczej oczywiste, że nie byłabyś brana pod uwagę, gdyby nie przerwanie ludobójstwa (pomjając już fakt, że technicznie nie mogłoby dojść do zebrania i głosowania, nie miałabyś na koncie tej skali zasług). A co do powiązań lekkomyślność → popularność... cóż, żadne odkrycie. Od pierwszego dnia nowicjatu widzieliśmy, jakie cechy są tam promowane.

Tobias patrzy na mnie. Nie mogę być popularna wśród Nieustraszonych, bo Tobias ma rację nie jestem Nieustraszona. Jestem Niezgodna. Jestem tym, kim chcę być. A nie mogę chcieć być przywódcą. Muszę pozostać niezależna.
Rozumowanie miałoby sens, gdyby nie dziwny zwrot „nie mogę chcieć być”... ale pomijając czepianie się sposobu wyrażania myśli: jest jeszcze jedna luka. Tobias też jest Niezgodny. Wystąpił z szeregu razem z innymi Niezgodnymi. I nie działają na niego symulacje.

Tris rezygnuje z nominacji. Stwierdza, że dzięki temu Tobias bez kłótni zostaje przywódcą (to dobijające, że do takiego awansu w pozycji społecznej wystarczył jeden publiczny łomot – a do totalnej degradacji wymuszone zeznania).

Gdzieś w środku dzisiejszej analizy minęliśmy środek tomu drugiego.