środa, 14 listopada 2018

Rozdziały 48, 49, 50 i 51

Teri Narmolaya, dzisiejsza analiza nie jest ostatnią. Ogólnie więcej analizować nie będę, z finałem tego tomu kończę działalność, jednakże dziękuję za miłe słowa :)
Trzy pierwsze rozdziały zbetowane, ostatni nie.
Edycja: wszystko jest zbetowane.
 
ROZDZIAŁ 48 TOBIAS POV

Kwatera bezfrakcyjnych – choć dla mnie bez względu na wszystko ten budynek na zawsze pozostanie kwaterą Erudycji – stoi milcząca w śniegu. Tylko po zapalonych światłach widać, że w środku są ludzie.
O, kolejni, którzy nie monitorują terenu i w każdej chwili mogą zostać zaskoczeni. Wystawianie się na ataki to chyba standardowa procedura wojenna w całym Minaghi, nieważne czy mowa o Nieustraszonych, czy o bezfrakcyjnych. Jedna jedyna Jeanine wyłamała się raz z trendu, robiąc kordon z zombie dookoła swojej siedziby.

Zatrzymuję się przed wejściem i wydaję pomruk niechęci.
Co? – dopytuje się Peter.
Nienawidzę tego miejsca.
Wiemy, biedny Tobiasie. Już na początku tego tomu przypomniałeś nam, że odczuwałeś ból i nie miałeś butów. Za to gdybym czytała te książki pobieżnie i bez refleksji, dawno bym już zapomniała, że zostałeś zmuszony do wydania sojuszników, którzy przez to zginęli. Pamięć ludzka jest ulotna, a ty nigdy nam o tym nie przypominasz.

Tobias, mimo odmiennej opinii Petera (Zdradziłeś ją i wyjechałeś z miasta wbrew jej wyraźnemu zakazowi. Wysłała za tobą pogoń. Zbrojną.) decyduje się, jako syn Evelyn, wejść głównym wejściem.

Możesz tu zostać, jeśli chcesz.
Tam gdzie serum, tam i ja – stwierdza. – Ale jeśli zaczną do ciebie strzelać, zabiorę ci je i ucieknę. – Niczego innego się po tobie nie spodziewałem.
Dziwny z niego człowiek.
Ten akt wrednej szczerości był rozbrajający.

Wchodzę do lobby, w którym ktoś ponownie zawiesił portret Jeanine Matthews, ale zamazał jej oczy czerwoną farbą i napisał na dole „Frakcyjna szmata”.
Dosyć niski sposób okazywania dezaprobaty wobec tej pani, ale jak najbardziej pasuje do klimatów rewolucji, przewrotów władzy i tym podobnych wydarzeń. Swoją drogą ciekawe, co zrobili z jej ciałem. Spalili, pochowali w tajnym miejscu, porzucili na rozwłóczenie?

Zbliża się do nas kilka osób z opaskami bezfrakcyjnych. Mierzą do nas z pistoletów.
Więc są lepsi od nielojalistów, którzy w środku nocy pozwolili Tris, w dodatku ubranej nieprzepisowo, łazić po holu bez zwracania na nią uwagi. Ale i tak muszę skarcić ich za pozwalanie, żeby ktoś niepożądany w ogóle wszedł do ich siedziby.

Niektórych rozpoznaję, bo widziałem ich przy ogniskach przed magazynami bezfrakcyjnych lub poznałem jako przywódca Nieustraszoności u boku Evelyn. Pozostali są jednak zupełnie obcy, co przypomina mi, że populacja bezfrakcyjnych jest dużo większa, niż sądziliśmy.
Tobiasa najwyraźniej dziwi, że bezfrakcyjnych jest tak dużo, iż nie da się ogarnąć z twarzy wszystkich po kilku dniach kontaktu. To znaczy, że mimo ich ogromnej liczby rozproszyli się po mieście tak bardzo, że każda frakcja myślała, że mamy ich zaledwie garstkę? Takie przekonanie panowało pomimo faktu, że od szeregu pokoleń bezfrakcyjni byli zasilani nie tylko „odpadami” z frakcji, ale także poprzez rozród? Dziwne to.

Tobias ma problemy z dostaniem się do matki. Bezfrakcyjni nie chcą go tak po prostu przepuścić, masz ci los. Przy okazji odnotowuje, że w siedzibie jest jego była sąsiadka z Altruizmu (Grace), że ma broń w ręku. Rozdrażniony przedłużającą się sprawą Peter sugeruje, żeby bezfrakcyjni po prostu spytali Evelyn, czy chce widzieć gości – geniusz! Grace idzie i wraca po chwili, by zaprowadzić przybyszów do swojej przełożonej. Tobias, Peter i Grace przechodzą przez grupę bezfrakcyjnych jak nitka przez igłę.

Co ty robisz z bronią, Grace? – pytam. – Nie znałem nigdy żadnego Altruisty, który sięgnąłby po spluwę.
Zwyczaje frakcji przestały obowiązywać – odpowiada. – Teraz sama muszę się bronić. Muszę kierować się instynktem samozachowawczym.
To jest jeden z powodów, dla których Agencja nigdy przenigdy nie powinna była dopuszczać do rozwałki Altruizmu. Jeżeli postawimy ludzi w tak ekstremalnych okolicznościach, to ocaleńcy (zakładając, że Agencja nie chciała pełnego zniszczenia niepokornej frakcji, lecz tylko uszczuplenia wraz z śmiercią przywódców) nauczą się instynktu samozachowawczego i porzucą ideały. Przeszli przez zbyt dużą traumę, żeby nadal chcieć pokornie popylać w workach na kartofle i nastawiać drugi policzek.

To dobrze – stwierdzam i naprawdę tak myślę. Altruizm był równie zdegenerowany jak inne frakcje, ale w mniej oczywisty, bardziej zawoalowany sposób, bo wszystko odbywało się pod przykrywką bezinteresowności. Jednak wymaganie od ludzi, by znikali, by zawsze wtapiali się w tło, nie jest wcale lepsze niż zachęcanie ich do stosowania przemocy.
Rzadko to się zdarza, ale zgadzam się z Tobiasem. Wielokrotnie omawiałam już, jaką patologią są idee frakcji; wyrażałam już przeświadczenie, że naukowcy wymyślali frakcje pod wpływem narkotyków, dziwiłam się też, że rząd przybił taki projekt i go finansuje.
Wiecie co? Cała idea frakcji miałaby chyba więcej sensu, gdyby ostatecznie okazało się, że Minaghi było zamkniętym światem serialu oglądanego przez masy dla rozrywki jak Truman show. Niemoralna tragikomedia, będąca kolejnym etapem przekraczania granic w tym, co dozwolone w serialach telewizyjnych. Wiecie, obecnie nie ma już nic zdrożnego w wykrzykiwaniu do nastolatek „więcej seksu!” ledwo wejdą przed jury (Top model) czy dawaniu ponadstukilowym ludziom zadania wbiegnięcia na wysokie schody na czas, żeby widz mógł sobie poobserwować, jak desperat wysila się i walczy z obciążeniem (Fat killers). Bardzo teoretycznie można przyjąć, że za siedemset lat przejdzie i coś takiego. Pewnie, to byłaby zrzynka i z wspomnianego Truman show, i z Igrzysk śmierci, ale przynajmniej bezsens i patologia frakcji byłyby uzasadnione.

Grace prowadzi chłopaków do sali konferencyjnej, oświetlanej jeno światłem księżyca, z Evelyn melancholijnie zapatrzoną za okno, wyglądającą na zmęczoną. Evelyn wygania Grace, Tobias wygania Petera:

Mógłbyś zaczekać na korytarzu? – proszę Petera, który ku mojemu zaskoczeniu nie sprzeciwia się. Bez słowa wychodzi z sali i zamyka za sobą drzwi.
Też się dziwię, bo jest duże ryzyko, że Tobias poda matce całość serum. Przyjmuję jednak, że Peter wie, iż w jego obecności rozmowa/podawanie serum się nie odbędzie. Jeżeli Tobias wystawi Petera, dając matce pełną fiolkę, Peter zawsze będzie mógł liczyć, że Calebowi/Tris jednak nie uda się misja/ że po udanej misji zdobędzie trochę amnezjatora z Serdeczności lub znajdzie jakieś resztki w Agencji.

Ludzie zza płotu nie mieli nam nic do przekazania. – Podchodzę bliżej. – Chcą odebrać pamięć wszystkim mieszkańcom miasta. Uważają, że nie jesteśmy w stanie posłuchać głosu rozsądku, że nie da się przemówić do lepszej części naszej natury. Uznali, że łatwiej wymazać nam pamięć niż z nami dyskutować.
Chyba w wyjaśnieniu, że nie wolno wyłazić za płot, ponieważ tam czają się potwory, nie było w stu procentach kłamstwem.

Może mają rację, odpowiada melancholijna Evelyn. Tobias snuje przemyślenia o tym, że upływ czasu odcisnął na niej piętno, a tak w ogóle to radosna wersja matki z jego dzieciństwa prawdopodobnie nigdy nie istniała. Następnie stawia fiolkę na stole. Przyszedłem dać ci to do wypicia, informuje, a ja wciąż zastanawiam się nad metodą, której chciał w tym celu użyć. Następnie Evelyn w odpowiedzi na pytanie Tobiasa przyznaje, że jest gotowa użyć serum śmierci.

Frakcje to zło. Nie można dopuścić, aby zostały przewrócone. Z dwojga złego wolę już, żebyśmy wszyscy zginęli. – Zaciska palce na krawędzi stołu, aż bieleją jej kłykcie.
Evelyn jest tak zdesperowana, tak pokaleczona przez Altruizm, napatrzyła się na taką niesprawiedliwość społeczną, że woli własną śmierć niż powrót frakcji. Zapamiętajmy.

Tobias przedstawia matce swój punkt widzenia: frakcje były złe ze względu na dożywotni charakter członkostwa przy jednoczesnych pozorach wyboru, jednak Evelyn nie jest lepsza, bo również stosuje ultimatum. Evelyn chce wiedzieć, dlaczego syn zdradził ją, zamiast jej to powiedzieć.

Bo się ciebie boję! – wyrywa mi się i od razu żałuję tych słów, ale jednocześnie cieszę się z tego: cieszę się, że zanim poprosiłem, aby porzuciła swoją tożsamość, byłem z nią przynajmniej szczery. – Ko...kojarzysz mi się z nim!
Podkreślony fragment brzmi, jakby Tobias planował poprosić mamusię o wypicie płynu, żeby wymazała się dla dobra miasta, czyż nie? Tak. Chyba mamy już odpowiedź na pytanie, jak Tobias wyobrażał sobie zaaplikowanie jednemu z rodziców serum. Nie dziwię się, że nie wybrał Marcusa, ale załamuję ręce nad jego naiwnością.

Jak śmiesz! – Zaciska pięści i niemal wypluwa to zdanie. – Jak śmiesz!
Nie obchodzi mnie, czy chcesz tego słuchać, czy nie. – Wstaję od stołu. – On tyranizował nasz dom, a ty tyranizujesz miasto i nie widzisz nawet, że niczym się to nie różni!
Syn-ludobójca poucza matkę-ludobójczynię i dyktatorkę. Nie powiem, żeby w YA często występowały podobne motywy. Co do analogii pomiędzy postępowaniem obojga rodziców, mimo że rozumiem tok rozumowania Tobiasa, muszę jednak zauważyć zasadniczą różnicę: Evelyn nie jest hipokrytką, która – będąc tyranem – umie jednocześnie zadbać o swój PR. Marcus był perfidny, ona w swoich twardych rządach jest tylko toporna.

Czyli dlatego to przyniosłeś. – Bierze fiolkę i unosi ją, żeby na nią spojrzeć. – Bo uważasz, że tylko w ten sposób da się naprawić sytuację.
Ja... – Zamierzam powiedzieć, że to najprostszy sposób, najlepszy, może jedyny, bym mógł jej zaufać.
Jeśli wymażę jej pamięć, stworzę dla siebie nową matkę, ale...
Ale ona jest kimś więcej niż moją matką. Jest niezależną osobą i nie stanowi mojej własności.
Nie mam prawa decydować, kim powinna się stać, tylko dlatego, że trudno mi zaakceptować to, kim jest teraz.
Tak, Tobiasie. To dojrzałe z twojej strony, że postrzegasz swoją matkę jako odrębny, mający prawo do podejmowania własnych decyzji byt. Tyle że ty i tak nie masz już władzy zadecydowania o tym, kim powinna się stać. Straciłeś ją w momencie, w którym postawiłeś fiolkę na stole. Nawet jeżeli w głowie kłębił ci się plan zresetowania Evelyn siłą, straciłeś element zaskoczenia. Wiem, że jesteś supertwardy Cztery, ale gdyby matka stawiała zaciekły opór, w pojedynkę i tak miałbyś problem z wmuszeniem jej serum. Chyba że wciąż żywisz złudzenie, iż na twoje życzenie matka popełniłaby złagodzoną wersję samobójstwa – ona, kobieta, która tak wiele przetrwała, by ostatecznie znaleźć się u steru Minaghi. Jeżeli tak... cóż, nawet nie wiem, jak to skomentować. Nie wiem, skąd przyszło ci to do głowy.

Nie – mówię wreszcie. – Nie. Przyszedłem dać ci wybór. – Ogarnia mnie nagłe przerażenie, drętwieją mi ręce, serce zaczyna bić szybciej... – Zastanawiałem się, czy nie iść dziś do Marcusa, ale tego nie zrobiłem. – Przełykam z trudem ślinę. – Przyszedłem do ciebie, bo...
... bo Marcus zabiłby mnie śmiechem, gdybym zasugerował mu wypicie tego serum, a tak poza tym jest silniejszy fizycznie niż ty i pewnie nawet nie zostałbym z nim w sprzyjających warunkach sam na sam, żeby cokolwiek kombinować.

Nie. Tobias przyszedł do matki dlatego, że w ich przypadku, w przeciwieństwie do relacji z Marcusem, istnieje możliwość pojednania. Następnie przedstawia ofertę, którą sam uznaje za kiepską: odpuszczenie sobie krucjaty i odzyskanie syna lub walka bez niego już zawsze.

[Boję się] że uzna mnie za stawiające absurdalne żądania dziecko, którym w zasadzie jestem. Jestem dzieckiem. Mam pół metra wzrostu i proszę, żeby mi powiedziała, że mnie bardzo kocha.
A ten cytat sam w sobie jest ładny, w oderwaniu od faktu, jakim człowiekiem jest Tobias (całość fabuły) i że pierwotnie planował grzecznie poprosić matkę o dokonanie formy samobójstwa.

Oczy Evelyn, ciemne jak wilgotna ziemia, wpatrują się we mnie długo.
Nagle przechyla się nad stołem i gwałtownie przyciąga mnie do siebie. Jej zaskakująco silne ręce zaciskają się wokół mnie jak klatka.
Niech wezmą sobie to miasto i wszystko, co się w nim znajduje – mówi z twarzą przyciśniętą do moich włosów.
Nie jestem w stanie się poruszyć, nie jestem w stanie się odezwać. Wybrała mnie. Wybrała mnie.
Wzruszające, czyż nie? Ładny motyw. Niestety, wielu fanów trylogii go nie kupiło. Zwyczajnie nie wierzyli, że kobieta, która opuściła syna i wytrzymała dziesięcioletnią rozłąkę, skutecznie pnąc się w hierarchii żyjącego w trudnych warunkach społeczeństwa, by ostatecznie po wszystkich wyrzeczeniach sięgnąć po władzę, tak po prostu oddałaby dorobek życia. Ja sama rozkładam nad tą sceną ręce.
Z jednej strony trapią mnie te same wątpliwości co fanów, z drugiej jednak muszę przyznać, że Evelyn znamy powierzchownie. Równie dobrze każdego dnia mogła bardzo cierpieć z powodu rozłąki z synem, ale strach przed mężem i społecznością Altruizmu był silniejszy. Z Cztery wiemy, że ujawniła się synowi dopiero po zmianie przez niego frakcji (... konkretnie rzecz biorąc, jakoś wślizgnęła się niezauważona – ona albo ktoś z jej pracowników – na monitorowany teren wojska i policji, by zostawić karteczkę w pokoju Tobiasa, jakimś cudem wiedząc, gdzie ten pokój się znajduje). Nie wiemy jednak, czy dwa lata gniewu syna, dwa lata odrzucenia z jego strony z wyraźnym zarzutem „porzuciłaś mnie!” nie bolały jej tak bardzo, jak Caleba bolało oburzenie Tris. Wydaje mi się, że znamy Evelyn zbyt słabo, żeby dokonać jednoznacznej oceny. Ponadto nie możemy zaprzeczyć, że to względnie zgrabny wytrych fabularny. Tobias nie musi brnąć dalej w takie kontrowersyjności jak wymazywanie rodzica. Jednocześnie możemy zakończyć motyw wojny – bo tak, wszyscy bezfrakcyjni zamierzają pozostać posłuszni Evelyn.
Dodam jeszcze, że ja na miejscu Roth po prostu napisałabym, że Tobias poinformował Minaghijczyków o istnieniu Agencji, na dowód pokazując Amara. A jeżeli ktoś wciąż by nie wierzył – bo to są sprawy, w które uwierzyć trudno – mógłby zabrać się wraz z czwórką przybyłych do Agencji, żeby przekonać się naocznie. Myślę, że po czymś takim ani bezfrakcyjnym, ani frakcyjnym nie byłyby już w głowie wojny. Toż to mieszkańcy miasta, którzy wysłuchali przemowy Davida, zwątpili w ideę frakcji. Tak samo byłoby z innymi Minaghijczykami.


ROZDZIAŁ 49

Tris zaraz zmierzy się z kolejnym serum i ta walka zajmie nam półtorej strony.

Serum śmierci ma dymny, korzenny zapach, a moje płuca odrzucają je zaraz przy pierwszym wdechu.
Ciekawostka: tłumacz zmienił zapach serum, żeby nie było nazbyt ogólnie. W oryginale serum miało zapach dymu i przypraw. Przypraw jest bardzo wiele i każda ma odrębny zapach. Zapach korzenny jest już konkretniejszy.

Zaczynam kaszleć, krztusić się i robi mi się ciemno przed oczami.
Kolana uginają się pode mną. Czuję się tak, jakbym zamiast krwi miała melasę, a zamiast kości ołów. Niewidzialna nić ciągnie mnie w stronę snu, ale ja muszę pozostać świadoma. Nie wolno mi chcieć zasnąć. Wyobrażam sobie tę chęć, to pragnienie, rozpalające mnie od środka jak płomień.
Nić ciągnie mocniej, a ja podsycam swój wewnętrzny płomień imionami. Tobias. Caleb. Christina. Matthew. Cara. Zeke. Uriah.
To brzmi, jakby serum śmierci pokonywało się na tej samej zasadzie, co inne sera, czyli przy użyciu siły woli. Szkoda, że inne trucizny nie działają na tej zasadzie. Kogoś zatruwa czad – nić ciągnie mnie w stronę snu, ale nie wolno mi chcieć zasnąć, muszę pozostać świadoma w imię imion babci i rybek akwariowych! Ktoś najadł się muchomorów – coś ciągnie mnie w stronę potwornego bólu brzucha i halucynacji, ale nie wolno mi zwijać się z bólu i widzieć schizowego klauna, w imię imion mojej ukochanej i teściów!
Właściwie czemu Agencji broni serum, a nie jakaś tradycyjna trucizna – nawet jedna z tych, którymi ludzie na przestrzeni dziejów byli już zagazowywani? Biorąc pod uwagę, jak wiele w historii Agencji jest przypadków ludzi odpornych na różnorakie sera – przykładowo, chociaż to rzadkość, bywają ludzie odporni na serum Prawości – nie ryzykowałabym z zabezpieczeniem czegoś aż tak newralgicznego czymś, co chociażby i w grubej teorii może zostać pokonane przez jakiś wybryk natury. Można powiedzieć, że Agencja absolutnie nie przewidywała czegoś takiego... tyle że jak już wspomniałam, mechanizm pokonywania serum śmierci jest analogiczny jak w przypadku pozostałych trucizn tego typu. Tymczasem gdyby zainstalować jakiś gaz bojowy starej daty, to nie byłoby na niego mocnych.

Ale nie jestem w stanie wytrzymać ciężaru serum. Moje ciało upada na bok, a zraniona ręka przyciska się do zimnej podłogi. Odpływam...
Kapitan Toksyna: 1.*
Trój-Niezgodna: 0
[* Jeżeli ktoś pamięta, w jednym z odcinków Planetarian ci źli stworzyli sobie przeciwieństwo Kapitana Planety o tejże właśnie nazwie].


Tak przyjemnie byłoby odejść, odzywa się głos w mojej głowie. Przekonać się, dokąd dojdę...
Ale ten ogień, ogień.
Chęć życia.
To jeszcze nie koniec, jeszcze nie.
Czuję się tak, jakbym musiała przedzierać się przez własny umysł. Trudno mi sobie przypomnieć, dlaczego tu przyszłam i dlaczego chcę się wyswobodzić spod tego cudownego ciężaru.
Widzicie? To jest serum jak każde inne. Serum strachu „przekonywało” głowę do alternatywnej rzeczywistości. To serum zdaje się nasuwać myśli o tym, jak fajnie byłoby kopnąć w kalendarz. Serum Prawości sprawiało, że ludzie byli ogłupiali (na tyle, że – jak nam mówiła Christina – nie od razu pamiętali, co mówili) i zatracali się w szczerości. To serum też powoduje otumanienie. Serum Serdeczności wywoływało rodzaj błogostanu. To serum daje cudowny ciężar. Wszędzie remedium jest niezatracenie się, pamiętanie, kim się jest, w jakiej roli się występuje.

Ale nagle odnajduję to, wspomnienie twarzy mojej mamy, jej nogi i ręce ułożone pod dziwnym kątem na chodniku, krwawiące ciało taty.
Nieprawda, że Natalie miała ręce i nogi ułożone pod dziwnym kątem. Leżała na boku zwinięta jak szmaciana lalka.

Ale oni nie żyją, mówi głos. Mogłabyś do nich dołączyć.
Oddali za mnie życie, odpowiadam. A ja mam zadanie do wykonania, muszę się odwdzięczyć. Nie mogę dopuścić, żeby inni też wszystko stracili. Muszę ocalić miasto i ludzi, których moja matka i ojciec tak kochali. Jeśli dołączę do rodziców, chcę mieć ku temu dobry powód, a nie taki – nie bezsensowne omdlenie na progu.
-> Ja pierniczę. Z tym serum da się po prostu dyskutować i – jak zaraz zobaczymy – wygrać na argumenty. Siła woli, trzymanie się swoich planów, logiczna argumentacja. Serum jak każde inne, ot co. O tyle bardziej zaawansowane, że kusi niczym szatan. 
-> (Co do rodziców oddających życie za Tris. Zepsujemy trochę podniosłość wspomnienia, jeżeli wypomnimy, iż matka nie musiałaby tak się poświęcać, gdyby obie panie nie marnowały czasu na zbędne rozmowy w niebezpiecznej okolicy). 

Ogień, ogień. Płonie we mnie, najpierw jak ognisko, a potem jak ogarniająca wszystko pożoga. Moje ciało dostarcza mu paliwa. Czuję, jak rozprzestrzenia się we mnie i pochłania przygniatający mnie ciężar.
Mam skojarzenie z ognistą wampiryczną transformacją Belli Swan i to w moich oczach zabija całą doniosłość sceny, w której siła woli szesnastolatki okazuje się silniejsza niż umiejętności naukowców. (Ale gdyby nie skojarzenie tłalajtowe, i tak pozostawałabym sceptyczna, bo takich wyjątkowych bohaterek w YA mieliśmy na pęczki, nawet jeżeli owa wyjątkowość przejawiała się na inne sposoby).

Nic nie może mnie teraz zabić; jestem silna, niezwyciężona, wieczna.
He, he, he. Nie, nie jesteś. A zabić można cię całkiem prozaicznie.

Tris wstaje i jest mniej więcej gotowa do dalszej akcji:

Zgięta wpół popycham ramieniem podwójne drzwi, które skrzypią przy rozrywaniu założonej plomby.
Jeżeli za drzwiami kryje się coś aż tak niebezpiecznego, to na miejscu Agencji zamontowałabym kolejny potężny zamek, a nie, że tylko plomba.

Wciągam w płuca czyste powietrze i się prostuję. Jestem w środku, jestem w środku.
Ale nie sama.
Ani kroku dalej – mówi David, mierząc do mnie z pistoletu. – Witaj, Tris.
Łuhu!
... Tyle że obecność Davida w tym miejscu jest nieco dziwna. Co zaraz omówimy.


ROZDZIAŁ 50

Jak zaszczepiłaś się przeciwko serum śmierci? – pyta. Nadal porusza się na wózku, ale żeby strzelać, nie trzeba przecież chodzić.
Tak, ale poruszanie się na wózku zamiast na własnych nogach ewidentnie zmniejsza sprawność bojową. Tym bardziej jeżeli tak niedawno odniosło się poważne obrażenia, a po drugiej stronie stoi khem, wyszkolony żołnierz (deklaratywnie Tris uczono nawet, co robić w przypadku ataku dwóch osób naraz). Czyli w tym momencie Tris powinna zacząć zastanawiać się, w jaki sposób spacyfikować tego niepełnosprawnego dziadka, bo deklaratywnie ma tę wiedzę. Nie uwierzę, że na szkoleniu nie uczono ich, co robić w przypadku uzbrojonego przeciwnika, gdy samemu ma się gołe ręce.

Mrugam, wciąż oszołomiona.
Nie zaszczepiłam się – odpowiadam.
Nie gadaj bzdur. Bez szczepionki nie da się przeżyć po rozpyleniu serum śmierci, a w całym ośrodku tylko ja ją posiadam.
Gapię się na niego; nie wiem, co powiedzieć. Nie zaszczepiłam się. To niemożliwe, żebym stała teraz przed nim, ale stoję. Nic więcej nie da się dodać.
Tris jest tak wyjątkowa, że zrobiła coś, czego David absolutnie nie przewidział. Tris jest specjalnym płatkiem śniegu. David uważa za bzdurę opcję, że ktoś nieszczepiony przeżył działanie serum, nawet jeżeli tą osobą jest tak obiecujący efekt eksperymentów jak protagonistka. Muszę to sparafrazować, żeby unaocznić kuriozalność decyzji Davida o przyjechaniu do tegoż pokoju, by oczekiwać na intruzów. Jedziemy dalej:

Co ty tutaj robisz? – mamroczę. Odnoszę wrażenie, że moje usta są tak wielkie, że utrudniają mi mówienie. Nadal czuję na skórze oleisty ciężar, jakby śmierć przywarła do mnie, mimo że ją pokonałam.
Gdzieś z tyłu głowy majaczy myśl, że zostawiłam pistolet na korytarzu, pewna, że po dotarciu tutaj nie będzie mi już potrzebny.
W fandomie oburzano się, że Tris wpadła w poważne problemy z powodu własnego przeoczenia: jak mogła nie wziąć pistoletu podczas tak ważnej misji? Muszę przyznać, że to uchybienie faktycznie nie pasuje do żołnierza po szkoleniu i to z tak wysoką lokatą, ale ja tam nie zamierzałabym się jej czepiać, gdyby nie pewien szczegół. Wybuch otumanił Tris i wytrącił jej z ręki pistolet. Ledwo stanęła na nogi, zjawili się strażnicy. Została postrzelona, musiała uciekać w trybie pilnym. Wyszło wiarygodnie... a raczej wyszłoby, gdyby protagonistka sama nie przedstawiała nam scenariusza, w którym zostawiła pistolet z przyczyn durnych, a nie z powodu wyższej konieczności :/ To psucie czegoś, co nie było złe fabularnie.

Wiedziałem, że coś się święci – odpowiada. – Cały tydzień włóczyłaś się z genetycznie uszkodzonymi, Tris. Naprawdę myślałaś, że nie zauważę? – Kręci głową. – A potem przyłapaliśmy twoją koleżankę Carę. Majstrowała coś przy światłach, ale sama sprytnie się znokautowała, żeby nie móc nam niczego powiedzieć. Więc na wszelki wypadek tu przyjechałem. Z przykrością muszę stwierdzić, że twój widok nie jest dla mnie zaskoczeniem.
Wybrałeś się sam? – pytam. – Niezbyt rozsądnie, nie sądzisz?
Eee... Włóczenie się Tris z UG nie było niczym podejrzanym. UG to Minaghijczycy, w tym jej chłopak i najlepsza przyjaciółka. Miała w trybie pilnym szukać sobie tylko CG kumpli?
Tris ma rację. David zachował się, delikatnie rzecz ujmując, niezbyt rozsądnie.
Podsumujmy. David podejrzewał, że Minaghijczycy, w tym Tris, będą próbowali mu przeszkodzić w realizacji planu amnezji. Jego podejrzenia potwierdziły się, gdy Cara zamroczyła wszystkim serum Serdeczności i desperacko przywaliła samej sobie w głowę, żeby być niezdolną do przyjęcia serum Prawości i wyśpiewania wszystkiego. Co zrobił z zaistniałą sytuacją? Postanowił w pojedynkę przyjechać na wózku inwalidzkim do miejsca będącego najbardziej prawdopodobnym celem ataku Minaghijczyków.
Przyjmijmy, że w Agencji panują rządy prawa (musimy zignorować sprawę dziewczyny Matthew, no ale trudno) i że David nie mógł tak bez dowodów aresztować Tris i Caleba, by ten drugi wyśpiewał plany pod wpływem chemii. Owszem, ta teoria jest naiwna, ale jest jedyną, która daje nam odpowiedź na pytanie, dlaczego David nie ułatwił sobie w ten sposób pracy, zamiast, wciąż będąc osłabionym, tarabanić się na wózku, którego nawigacja wciąż stanowi dla niego pewien problem (Tris dwa razy pomagała mu dostać się w konkretne miejsce). David chciał zebrać dowody. Tyle że wcale nie musiał tego robić. Nie musiał i nie powinien, bo – nawet jeżeli wierzył w moc serum śmierci – i tak narażał się na niebezpieczeństwo.
Po pierwsze, nie miał pewności, czy męczennik będzie jeden. Równie dobrze mogłoby ich być paru, wszyscy w potrójnych kombinezonach, żeby zyskać chociażby kilka sekund więcej (a nawet pojedynczy napastnik żyjący te kilka sekund ponad miarę mógłby ukatrupić Davida), wszyscy uzbrojeni. Nawet nie musieliby to być sami Minaghijczy. Mogliby nawiązać kontakt z wywrotowcami, a tam desperatów nie brakuje. Po wysadzeniu drzwi męczennik numer jeden pobiegłby otworzyć drzwi numer dwa. Wtedy męczennik drugi nie musiałby tracić tej sekundy czy dwóch na kontakt z najbardziej stężonym serum, a to zaczęłoby się rozwiewać, mieszać z powietrzem, zwłaszcza gdyby wybuch uszkodził dach i ściany, gdyby powybijał szyby. Męczennik drugi gnałby już bezpośrednio do urządzenia rozpylającego amnezjatora, oczywiście wstrzymując oddech. Wszyscy męczennicy mieliby pistolety – tak, David powinien spodziewać się spotkania z ludźmi uzbrojonymi i sprawniejszymi niż on – i cóż, odruchowo by go podziurawili. Nawet gdyby on również podziurawił napastnika, nie zmieniałoby to faktu, że by zginął. Zginął i niewiele zdziałał. Jest tylko osłabionym starcem na wózku inwalidzkim w obliczu siły determinacji, młodości i pomysłowości. Tymczasem można odnieść wrażenie, że David przybył w przekonaniu, że jego rolą będzie co najwyżej dobicie pojedynczego delikwenta, który i tak będzie dogorywał na progu (lub nawet za próg nie dotrze), pewnie niezabezpieczony kombinezonem lub zabezpieczony, ale bez pomysłowości typu „załóżmy aż trzy”. Czyli David jest tu nie tyle dla ochrony ośrodka (był przekonany, że jego serum zabije intruza i bez jego pomocy), co dla natychmiastowego zaspokojenia ciekawości, kto zjawi się na progu. Jaki poważny przywódca naukowców tak kretyńsko się naraża?
Po drugie – właśnie, motyw wysadzenia drzwi. Równie dobrze wybuch mógłby być tak potężny, że pomimo tych drugich drzwi na plombę ogłuszający go, odrzucający do tyłu i wywracający wózek inwalidzki, cokolwiek. Przecież oczywistym było, że jeżeli rebelianci będą chcieli dorwać się do laboratorium, podłożą potężne ładunki wybuchowe.
Po trzecie, pomijając już kwestię bezpieczeństwa Davida, po cholerę dopuszczać do sytuacji, w której zostaną zniszczone potężne drzwi (toto potem trzeba naprawić), a na okolicę wypełznie bardzo niebezpieczne serum, które może zabić zwabionych odgłosem wybuchu stróżów Agencji? Po co pozwalać wywrotowcowi zajść aż tak daleko? Marnowanie drzwi i marnowanie serum śmierci. W dodatku przez czas potrzebny do odbudowy laboratorium nie byłoby chronione aż tak dobrze; pewnie trzeba byłoby przenieść amnezjatora i inne skrywane za drzwiami sera w inne miejsce. Zbędne zawracanie sobie głowy. Naprawianie szkód, których równie dobrze można było uniknąć. Dlaczego David po prostu nie rozkazał otoczenia terenu strażnikami (najlepiej w kamizelkach kuloodpornych.. które, cholera, ci strażnicy powinni w taki dzień jak dzisiejszy mieć profilaktycznie, zwłaszcza po jatce sprzed paru dni), którzy pojmą każdego delikwenta zbliżającego się do newralgicznych terenów? I, do diabła, dlaczego nawet nie ostrzegł tych dwóch strażników sprzed drzwi, że – jak to ujął – coś się święci? Gdyby byli ostrzeżeni, pewnie nie daliby się tak po prostu zastrzelić, byliby czujni! (No... chyba. Wiemy, jak w tym uniwersum są profesjonalni wszelacy strażnicy).
Podsumowanie: bezsens zachowania Davida, który w ogóle pozwolił komuś dostać się w strefę działania serum, zamiast pojmać go i przesłuchać, znacznie osłabia wymowę finału tego rozdziału.
A to jeszcze nie koniec, David będzie brnął w nielogiczne zachowania.

Lekko mruży swoje jasne oczy.
No cóż, zaszczepiłem się przeciwko serum i dysponuję bronią, ty natomiast nie masz jak ze mną walczyć. Nie uda ci się wykraść czterech pojemników z wirusem w sytuacji, gdy trzymam cię na muszce. Obawiam się, że zjawiłaś się tu zupełnie na darmo i na dodatek zapłacisz za to życiem. Serum śmierci cię nie zabiło, ale ja zrobię to na pewno. Rozumiesz: oficjalnie nie uznajemy kary śmierci, ale nie mogę pozwolić ci żyć.
David nie blefuje. David, który całe życie pracował nad eksperymentami, który jest wysoko postawionym naukowcem, zdaje się być klonem Jeanine. Chce zabić kogoś, kto jest bardzo cenny. Chce wykończyć najlepszy z dotychczasowych efektów swojej pracy zawodowej, swojej misji życiowej. Chce unicestwić fenomen, zamiast przebadać go wzdłuż i wszerz, by dowiedzieć się, co dokładnie czyni ją odporną na serum śmierci. Nawet jeżeli jakimś cudem David nie ma naukowego zacięcia, powinien uczynić tak chociażby dla bezpieczeństwa Agencji. Jeżeli niezawodne serum jednak ma lukę w działaniu, przez którą prześlizgnęła się Tris, to może się kiedyś powtórzyć. A jeżeli się powtórzy, tym razem w laboratorium może nie być już Davida i wywrotowcom może się udać. Tris powinna posłużyć im do udoskonalenia serum śmierci, tak samo jak Jeanine testowała na Tris coraz to lepsze (przynajmniej deklaratywnie) sera symulacji.
Myślałam, że Agencja uznaje karę śmierci, ale tylko wobec CG na specyficznej zasadzie dyskryminacji. Tak sugerowała odpowiedź Angeli na pytanie Tobiasa, czy Nita będzie uśmiercona:
W naszym odczuciu kara śmierci dla genetycznie uszkodzonych nie ma sensu. Ostatecznie nie możemy stawiać takich samych wymogów ludziom z uszkodzonymi genami jak tym z czystymi.
Skoro David uparł się, że zabije Tris, zamiast tylko przestrzelić jej obie nogi i natychmiast wezwać pomoc, żeby cenny królik doświadczany się nie wykrwawił, a potem jeszcze ją zresetować, to po jaką cholerę zaraz wda się z nią w rozmowę? Gadanina będzie już nie tylko bezcelowa, ale także niebezpieczna. Tris jest „przeszkolona”, impulsywna, brutalna, on z kolei jest ranny i z ograniczoną mobilnością. Po co czeka, aż Tris go zaatakuje?

David jest przekonany, że przyszłam wykraść broń, która ma posłużyć do zresetowania eksperymentów, a nie zastosować ją w ośrodku. A co innego mógłby myśleć?
David nie wie, z kim współpracuje Tris. Powinien domniemywać, że ma jakieś powiązania z ludźmi dobrze poinformowanymi, skoro wiedziała, jaki ładunek wybuchowy jest potrzebny do wysadzenia drzwi (gdyby działała na własną rękę, prawdopodobnie użyłaby ładunku nazbyt słabego, jako że drzwi są ponadprzeciętnie mocne). Oznacza to, że równie dobrze może wiedzieć o prostym mechanizmie resetowania całego ośrodka, David powinien brać to pod uwagę. Zwłaszcza że takiej chudej dziewuszce (zresztą jak i komukolwiek) zdecydowanie łatwiej jest zapobiec resetowi poprzez reset prewencyjny niż ganiać z czterema pojemnikami i narażać się na pojmanie.

Staram się panować nad swoją twarzą, ale wiem, że nadal jest zwiotczała. Rozglądam się po sali w poszukiwaniu urządzenia do rozpylenia wirusa z serum pamięci. Byłam przy tym, jak Matthew opisywał je drobiazgowo Calebowi: czarna skrzynka ze srebrną klawiaturą, oznaczona kawałkiem niebieskiej taśmy z wypisanym numerem modelu. To jedna z niewielu rzeczy, które leżą na blacie ciągnącym się wzdłuż ściany po lewej, zaledwie kilka metrów od miejsca, gdzie stoję.
Hm... Jako że mamy do czynienia z wirusem, rozpylanie serum na terenie Agencji nie odbywa się na zasadzie jakichś sprytnych dysz zainstalowanych w wielu punktach (tak jak w filmie gazowano Minaghi), tylko w momencie, w którym Tris wpisze właściwy kod, te cztery zbiorniki uwolnią gaz. Jeżeli tak, bez sensu jest założenie, że Tris uda się porazić w ten sposób całą Agencję. Lotnisko O'Hare jest spore. Chyba że gaz jest tak zjadliwy, że w sekundę wypełnia całą dostępną powierzchnię, nie ulatując za okna, nie dając czasu na zrozumienie, że cokolwiek jest nie tak. Gaz natknie się na, dajmy na to, dwóch strażników – i zostaną zainfekowani. Ci strażnicy zainfekują kolegów... ale przy takiej mnogości pracowników Agencji wydaje mi się niemożliwym załatwienie ich wszystkich w ten sposób. Ktoś, chociażby na monitoringu, zauważy w końcu, że ludzie zaczynają zachowywać się dziwnie; zrozumie, co zaszło; podniesie alarm, ludzie się zaszczepią albo przynajmniej uciekną daleko od zakażających.
Muszę też wykazać się dobrą wolą, żeby przyjąć, iż w ten sposób da się zresetować otwartą przestrzeń Minaghi – bo rozumiem, że w omawianym scenariuszu czarnej skrzynki odpalającej cztery zbiorniki, Agencja zamierza zrzucić to szczurom laboratoryjnym na głowy w czterech newralgicznych punktach miasta i odpalić uwalnianie gazu. Przecież to się rozwieje... chyba że jest aż tak bardzo stężone, że cała otwarta przestrzeń nie ocali ludzi?
Okej, skoro toto ma cechy wirusa, zarazi się każdy, kto nadzieje się na zainfekowanego (ale serum w płynie tak nie działa, bo Tobias nie zarazi się od Petera). Ale skoro to wirus, nie byłoby możliwe zresetowanie tylko bezfrakcyjnych, gdy się zbuntowali. Bezfrakcyjni zetknęliby się z Altruistami, Altruiści ze swoją rodziną, w tym ludźmi rozmawiającymi z reprezentantami innych frakcji... no i by poszło. Z tego, co wiemy, nie ma niczego pośredniego, żadnego aerozolowego serum, które nie zakaża. Albo się napijesz i nie zarażasz, albo nadziejesz się na wirusa i zarażasz.
Hm. Ten wirus jest też wykorzystywany, gdy atakują peryferyjni. Czy aby na ten moment większość peryferyjnych, jeżeli nie wszyscy, nie powinna już być wymazana na zasadzie łańcuchowej? Włóczącym się, zresetowanym biedakom udaje się natknąć na pobratymca, ten również zostaje wyczyszczony i zaczyna szukać go żona... sami rozumiecie.
Matthew, szeregowiec, który nawet nie był bezpośrednim podwładnym Davida, widział najtajniejszą skrzynkę i jeszcze zna kod. Okej.

Ale jeśli tylko się ruszę, David mnie zabije. Muszę zaczekać na odpowiedni moment i działać naprawdę szybko.
Ty się lepiej zastanów, jak przejąć broń od tego dziadka na wózku. Jesteś po szkoleniu wojskowym, do diabła! Rzucić się tak, żeby zejść z linii strzału,cokolwiek.
Ech, czego ja niby oczekuję od Tris. To bohaterka, która próbowała powstrzymać Tori przed zastrzeleniem Jeanine, łomocząc po boku uzbrojoną panią.

Wiem, co zrobiłeś. – Zaczynam się cofać, licząc, że odwrócę jego uwagę oskarżeniami. – Wiem, że to ty wymyśliłeś symulację ataku. Wiem, że jesteś odpowiedzialny za śmierć moich rodziców, za śmierć matki. Wszystko wiem.
Ledwo weszłaś do pokoju, musiałaś stanąć z powodu Davida. Po lewej stronie, parę metrów od siebie, masz serum. Cofając się, oddalasz się od serum, brawo. No i prowokujesz Davida. Serum śmierci prawdopodobnie już się rozwiało, a cholera wie, jakich sojuszników masz w pobliżu. Hyc za drzwi, zygzakiem, wezwać na pomoc wywrotowców czy tam brata. David nie będzie chciał do tego dopuścić.

Nie ja ponoszę odpowiedzialność za jej śmierć! – wścieka się David, zbyt głośno i zbyt gwałtownie wyrzucając z siebie słowa. – Uprzedziłem ją bezpośrednio przed atakiem, żeby zdążyła ukryć się gdzieś z bliskimi. Nie zginęłaby, gdyby siedziała spokojnie. Ale była głupia i nie rozumiała konieczności dokonywania poświęceń w imię wyższego dobra. To ją zabiło!
Pytanie: w jaki sposób David uprzedził Natalie bezpośrednio przed atakiem, skoro nie miał z nią stałego połączenia? Czy przy poprzedniej wiadomości służbowej dopisał „PS. Przybądź do ratusza o 22 dnia YX”, a gdy posłuchała wezwania, znalazła wiadomość o planowanych mordach? Chyba musimy przyjąć tę opcję, bo niby jaką inną mamy.
Hm, Natalie nie próbowała ostrzec całego Altruizmu. Ciężko ją za to winić. Wiedziała, jak potężna jest Agencja; że jeżeli będzie próbowała pokrzyżować im plany, mogą ostatecznie puścić serum śmierci na wszystkich czy coś. Jeden pionek nie jest w stanie powstrzymać uzbrojonych w chemię naukowców.
Inna sprawa, że wciąż nie wiemy, skąd Natalie wiedziała, że Tris została pojmana, że Jeanine zamierza ją zabić, gdzie zamierza ją zabić.

Marszczę brwi i patrzę na niego. Coś mi tu nie pasuje. Jego reakcja... jego zaszklony wzrok... to, co mamrotał, gdy Nita wstrzyknęła mu serum strachu...
Kochałeś ją? – pytam. – Przez te wszystkie lata, gdy słała do ciebie listy... dlatego nie chciałeś, żeby zostawała w mieście... dlatego powiedziałeś jej po ślubie z moim ojcem, że nie możesz już więcej odbierać od niej wiadomości...
Siedzi nieruchomo jak posąg, jak zaklęty w kamień.
Kochałem – przyznaje. – Ale to już przeszłość.
Skoro siedzi tak nieruchomo, skoro jest w melancholijnym nastroju i wspomina swoją niedoszłą miłość, to atakuj go, do diabła! Jeżeli po prostu rzucisz się na skrzynkę, prawdopodobnie nie zdążysz wpisać kodu, a już będziesz skręcać się na podłodze, półprzytomna z bólu.
Wiem, że nie tylko ja mam skojarzenia z Severusem Snape'em. Tyle że u Rowling jego wieloletnia miłość przynajmniej przydała się do czegoś pożytecznego.
A dlaczego w ogóle David przyznaje się Tris do swojej niespełnionej miłości? Bo wszystko mu jedno, skoro dziewczyna i tak zaraz będzie martwa? Jeżeli tak, to po cholerę w ogóle przełamywać się, żeby odsłaniać przed nią swoje największe sekrety? David nie ma żadnego interesu w przedłużaniu sytuacji. Tylko, jak już wspominałam, naraża się na niebezpieczeństwo. Powinien zastrzelić Tris i to zakończyć. Zwłaszcza teraz, gdy dowiedział się, że dysponuje ona niewygodnymi informacjami.

To z tego powodu obdarzył mnie zaufaniem, to z tego powodu otworzył przede mną tyle możliwości. Bo mam w sobie kawałek niej, jej włosy i głos. Bo przez całe życie ją gonił i nigdy nie mógł dogonić.
Taa. To tak bardzo wzruszające... tyle że nie. Naukowiec nie powinien kierować się sentymentem, wprowadzając podejrzanego politycznie niemalże dzieciaka do rady. Pewnie przymknęłabym na to oko, bo ludzie są tylko ludźmi... ale w tym uniwersum niemal wszystkim zdarzają się epizody totalnie sprzecznego ze zdrowym rozsądkiem działania.

Na zewnątrz rozlegają się kroki. Nadchodzą żołnierze. Dobrze – przydadzą się. Zostaną wystawieni na działanie przenoszonego drogą powietrzną serum i zarażą nim resztę ośrodka. Mam nadzieję, że zaczekają, aż powietrze oczyści się z serum śmierci.
Aha. Ci w Agencji to więcej niż po prostu strażnicy. To strażnicy-żołnierze. I mimo bycia żołnierzami pozwolili załatwić się znienacka (także osobie, która już podniosła ręce).

Mama nie była głupia – mówię. – Rozumiała po prostu coś, czego ty nie rozumiesz. Że jeśli oddajesz nie swoje, a cudze życie, to nie jest to poświecenie, tylko zło. – Cofam się jeszcze o krok.
I jednocześnie oddalam się od newralgicznej skrzynki. Chyba że nie, chyba że przysuwam się do niej krok po kroku, a ten debil tego nie zauważa.
(No właśnie. Poświęcanie innych to zło, Tris. Złem była gotowość do poświęcenia całego miasta dla już nawet nie swojego chłopaka, a zombie które po nim pozostało).

Mama nauczyła mnie, co to znaczy naprawdę się poświęcić. Że należy to robić z miłości, a nie z powodu niczym nieuzasadnionej niechęci względem genów innego człowieka. Że należy to robić tylko w razie ostateczności, po wyczerpaniu wszelkich innych sposobów. Że należy to robić dla ludzi, którzy potrzebują twojej siły, bo nie starcza im własnej. Dlatego właśnie nie mogę ci pozwolić, żebyś „poświęcił” życie i wspomnienia wszystkich tych ludzi. Dlatego właśnie muszę się ciebie pozbyć raz na zawsze. – Kręcę głową. – Nie przyszłam niczego ukraść, Davidzie.
Na mini przemowę wzruszam tylko ramionami. Bohaterka zaraz wykona wzniosłą misję wymazywania całej Agencji, więc ma dojrzałe przemyślenia, czy coś. Muszę za to skrytykować finał owej przemowy. To prawie tak, jak w przypadku Tris prowadzonej przez Erica, gdy ostrzegła go, że zaraz zaatakuje (atak szprycowy). Po cholerę Tris informuje Davida, co zamierza uczynić, zamiast po prostu skoczyć i spróbować go obezwładnić, bo...

Obracam się na pięcie i rzucam w stronę urządzenia. Słychać wystrzał. Czuję, że ciało przeszywa mi ból. Nie wiem nawet, gdzie zostałam trafiona.
... bo w ten sposób ma niewielką szansę na powodzenie misji. Odnoszę wrażenie, że Tris zdecydowała się na powyższe zamiast na próbę obezwładnienia Davida, bo koniecznie jest jej pisane męczeństwo.

W uszach dźwięczy mi głos Caleba, który na prośbę Matthew powtarza kod. Drżącą ręką wklepuję na klawiaturze kolejne cyfry.
Znów rozlega się strzał.
Czuję jeszcze większy ból, robi mi się czarno przed oczami, ale ponownie słyszę głos brata: „Zielony przycisk”.
Ból jest potworny.
Ale jakim cudem, skoro mam tak odrętwiałe ciało?
Zaczynam się przewracać, ale uderzam jeszcze dłonią w klawiaturę. Zielony przycisk się podświetla.
A wiecie, kiedy postać z tego uniwersum umiera od postrzału nieco dłużej niż parę sekund? Wtedy, gdy jest to potrzebne fabularnie. Tris jeszcze nie zakończyła procesu swojej śmierci, co czyni ją rekordzistką w czasie zgonu. Ponadto żadna inna ofiara kul nie zdążyła uczynić przed zgonem niższego sensownego; pewnie dlatego, że Tris czy Tobias strzelają bardzo celnie i mają jakieś specyficzne kule, nie to co David.
Gdyby David był trochę mądrzejszy, strzeliłby Tris w rękę, w którą wprowadzała kod, a zaraz później – w zgięcia obu kolan. Nie byłoby siły, żeby odruchowo nie przerwała pisania kodu i nie padła na ziemię. A potem, dla pewności, mógłby zasypać ją gradem kul ile tylko magazynek pozwala. Nie wspominając już o jednym, ale porządnym strzale w głowę. Gdyby nie imperatyw autorski, Tris zapłaciłaby za swoją brawurę cenę jeszcze wyższą: nie tylko by umarła, ale również nie dałaby rady wykonać misji. Nie wtedy, gdy była wystawiona na kule. Tymczasem David postawił chyba na obręb tułowia.

Rozlega się krótki sygnał dźwiękowy, potem jakiś szum. Osuwam się na podłogę. Na szyi i pod policzkiem czuję coś ciepłego. Krew. Ma dziwny kolor. Jest ciemna.
Dziwny kolor? Widziałaś już krew ludzi, którzy oberwali paskudnie. Byłaś świadkiem dwóch ludobójstw, sama produkowałaś trupy, zwracałaś uwagę na kolor krwi Erica.

Kątem oka widzę Davida, opadł bezwładnie na wózku inwalidzkim.
Zza niego wychodzi moja mama.
Taak. Przybył duch, by zabrać Tris w zaświaty. Gdybym umiała wczuć się w fabułę, gdybym lubiła Tris, pewnie byłabym wzruszona.
Zasadniczo to jest problem zarówno z obecną sceną, jak i z żałobą Tobiasa: nie działa na mnie, bo od dawna miotam przekleństwa na Pierwszą Parę. Z drugiej strony, jakoś tak nie wypada komentować cynicznie.

Pokrótce, mama wygląda jak w chwili zgonu, minus krwawienie.

Wiem, że mama nie żyje, ale czy widzę ją dlatego, że mam przywidzenia na skutek utraty krwi, czy może dlatego, że jestem zamroczona serum śmierci, a może mama w jakiś sposób tu jest.
Z powodu tej halucynacji czytelnicy nie byli pewni, czy Tris ostatecznie z opóźnieniem została wykończona przez serum, czy to jednak były kule. Jeżeli mogę przyznać się do osobistych preferencji, wolałabym, żeby Tris zmogło serum – jeżeli już musiała dać radę wykonać misję, to niech będzie, że po wykonaniu misji, że super-Niezgodność trochę opóźniła jego działanie. Żeby w ogóle nie zastała w pomieszczeniu Davida. Byłoby mniej przekombinowane, a i ducha nie mogłabym oskarżyć o kiczowatość.

To już? – pytam, ale nie jestem pewna, czy wypowiadam te słowa na głos, czy tylko w myślach, a mama je słyszy.
Tak – odpowiada z oczami lśniącymi od łez. – Doskonale się spisałaś, dziecinko.
Nie wypada poinformować córki, że tą odpowiedzialnością zbiorową tylko odsunęła w czasie amnezjowanie Minaghi; że rząd po prostu zmieni obsadę Agencji. Nie w takim momencie.
(Cóż... gdyby to miało być realistyczne, byłoby tak, jak piszę. Ale dobrze wiemy, że fabuła musi skończyć się skutecznym poświęceniem Tris. Nie może okazać się, że w perspektywie czasu oddała swoje życie nadaremno).

A co z resztą? – Wstrząsa mną szloch, gdy wyobrażam sobie twarz Tobiasa, jego ciemne, nieruchome spojrzenie, jego silną, ciepłą dłoń, gdy po raz pierwszy stanęliśmy naprzeciwko siebie. – Co z Tobiasem, z Calebem, z moimi przyjaciółmi?
Będą się troszczyć o siebie nawzajem – mówi. – Jak zwykle.
Taak, a zwłaszcza o Caleba, o którego wszyscy zwyczajowo tak bardzo się troszczą. Tobias wcale a wcale nie będzie pytał zrozpaczonego brata swojej dziewczyny, dlaczego nie pozwoliła mu po prostu umrzeć. Wszyscy będą skłonni pocieszyć go w żałobie, znajdzie ramię, na którym będzie się mógł wypłakać. Z troską i zrozumieniem to może spotkać się Tobias, ale nie Caleb. Caleb będzie cierpiał gorzej jeszcze niż po śmierci rodziców. W przypadku rodziców owszem, nikogo nie obchodziła jego żałoba, ale przynajmniej nikt go nie winił i nie potępiał.
No ale rozumiem, ten duch służy do podnoszenia morale (w teorii z serum śmierci: do zachęcania Tris do zrezygnowania z walki o życie), nie do mówienia prawdy.

Uśmiecham się i zamykam oczy. Znów czuję pociągnięcie w stronę śmierci, ale teraz nie ciągnie mnie żadna złowroga siła. Tym razem to dłoń mojej mamy, która potem bierze mnie w ramiona. A ja z radością poddaję się jej objęciom.
Jakkolwiek ten opis nie miałby być wzruszający, to Tris jakoś dziwnie szybko umiera. Ale doceńmy, że zajęło jej to o parę sekund dłużej niż pozostałym bohaterom i przyjmijmy, że to cecha charakterystyczna mieszkańców uniwersum Roth.
A właśnie. Chciałam w formie ciekawostki dodać, że Roth wyraziła swoją opinię o finale. Przypomniała, że Tris miała zginąć w zbiorniku wody, lecz została ocalona. Następnie bawiła się ideą samopoświęcenia, chcąc zginąć z ręki Tobiasza (taaa, szafowała nie tylko swoim życiem, ale losami całego miasta) – co warte odnotowania i aprobaty, autorka przyznaje, że to nie było w porządku. Następnie Tris znowu przeżywa, ponieważ motywy stojące za wydaniem się Erudycji znowu były niefajne (ech, gdyby to tak działało w prawdziwym życiu... gdyby ci, którzy mają niewłaściwy motyw śmierci, przeżywali...). Za to poświęcenie trzeciotomowe, którego właśnie byliśmy świadkami... to kwintesencja poświęcenia słusznego. Tris wreszcie zrozumiała, o co biega w Altruizmie, i wyjaśniła nam to w przemówieniu do Davida. W tym momencie Roth była dumna z jej dorosłości. Tris przeszła bardzo intensywną transformację (a i owszem, stosunek wobec brata zmieniła na całkiem przeciwny, i to w parę sekund).
Nie zamierzam polemizować z autorką, poprzestaję na krytykowaniu książki (chociaż analiza tego rozdziału wskazuje na mój głęboki sceptycyzm wobec teorii Roth).

Czy zostanie mi przebaczone to, co robiłam, żeby tu dotrzeć?
Bardzo bym tego chciała.
Zostanie.
Wierzę w to.
Masz na myśli: czy zostaną ci wybaczeni ci żołnierze? Możliwe. Na twoim miejscu obawiałabym się jednak, że w zaświatach czeka na ciebie Al; zombie chcące zrozumieć, jak mogłaś tak lekką ręką je powystrzelać i mieć to za nic; eksterminowani Erudyci, chcący wiedzieć, dlaczego nie próbowałaś powstrzymać swojego chłopaka przed ich wymordowaniem.
Gdy Tris była bliska śmierci, regularnie zastanawiała się, czy zostanie jej wybaczone. Że też już po pierwszym razie nie nauczyła się, że strach przed sądem Stwórcy byłby pewnie znacznie mniejszy, gdyby starała się być dobrym człowiekiem.
A teraz czas na chwilowe odrzucenie profesjonalizmu. Kota też człowiek, Kota od czasu sprawy z Albertem szczerze nie cierpiała głównej bohaterki, która później coraz głębiej popadała w socjopatię (zombie, gotowość na poświęcenie całego Minaghi dla Tobiasa, tarło po śmierci rodziców, bicie kogo popadnie, traktowanie brata) – i której finalnego poświęcenia nie kupuje, bo nie uznaje za wiarygodne nagłego przełącznika z trybu „chcica ważniejsza niż umierający brat” w tryb „chcę umrzeć za brata”. Ponadto Kota jest przekonana, że misja Tris, realistycznie rzecz ujmując, zdałaby się psu na budę.


Osoby, które nie gustują w tej nucie, mogą po prostu zapoznać się z tekstem.

ROZDZIAŁ 51

Poświęcę Tris tyle czasu, ile ona poświęciła zgonowi Ala i innych swoich znajomych (niedobitki Altruizmu wybite w Serdeczności, Marlene, Fernando, Lynn, Tori) – czyli tyle, ile potrzeba, żeby zarejestrować sam fakt. Jej wzorem gładko przejdę do dalszej fabuły. Jasne, że zaraz pojawi rozwlekły wątek żałoby, jednak na razie jeszcze go nie ma.
Nie będę pisała już, że to punkt widzenia Tobiasa. Na obecnym etapie z przyczyn oczywistych rezygnuję z tego podziału. Autorka nie zrezygnowała, mimo iż wiemy już, że asekuracja w postaci podwójnego punktu widzenia zdała egzamin i teraz to Tobias poprowadzi nas przez pozostałe 34 strony. Przyznam szczerze, że wedle mojej oceny nie będzie się już działo nic ciekawego, ale nie wypada pozostawić analizy niedomkniętej.

Matka i syn patrzą przez okno na śnieg, matka ociera łzy.

Wróciło mi czucie w rękach. Patrząc na przyprószony bielą świat, czuję się tak, jakby wszystko zaczynało się od nowa i jakby tym razem miało być lepiej.
Nic z tego.

Dowiadujemy się, że w Minaghi funkcjonuje radio. Evelyn umówi się z nim przez nie na negocjacje.
Tobias mówi, że najpierw musi wywiązać się z pewnej obietnicy i informuje nas, że w uśmiechu matki nie widzi spodziewanego napięcia.

Dopadają mnie nagłe wyrzuty sumienia. Nie przyszedłem prosić jej, by dla mnie złożyła broń, by zrezygnowała ze wszystkich swoich dążeń tylko po to, aby mnie odzyskać. Ale z drugiej strony w ogóle nie zamierzałem pozostawiać jej wyboru.
Taak, wiemy. Zamierzałeś poprosić ją, żeby wypiła to świństwo w imię dobra wspólnego. Na pewno by wypiła.

Tobias rozważa, jak to w przypadku dwóch złych rozwiązań należy dążyć do tego ratującego ukochanych ludzi, że serum zniszczyłoby mamę. Następnie idzie do oczekującego Petera, który niewykasowanie Evelyn tłumaczy niewystarczającymi jajami u Tobiasa. Nie chodzi o jaja, odpowiada Tobias, ale rezygnuje z tłumaczeń; za to chce wiedzieć, czy Peter podtrzymuje swój zamiar resetu. Uzyskawszy twierdzącą odpowiedź, sugeruje mu alternatywę, czyli podjęcie wysiłku na rzecz poprawy swojego charakteru. Peter twierdzi, że niby można, ale oboje wiedzą, że to na nic. Tobias w myślach wyraża zrozumienie dla jego decyzji, ponieważ proces zmian jest długi, trudny i nie ma pewnego wyniku:

Peter boi się, że nie da rady zdobyć się na taki wysiłek, że zmarnuje te dni i stanie się jeszcze gorszy niż teraz. Znam to uczucie – rozumiem, jak to jest bać się samego siebie.
Taa. Niby wiesz jak to jest ale nie masz żadnych refleksji, gdy dobijasz nieszkodliwego już rannego strzałem w głowę, gdy w implikacji swojej bezmyślności wydajesz sojuszników na śmierć, gdy dowodzisz w rzezi cywilów, gdy pastwisz się nad więźniem i bijesz go, bo ucieka przed śmiercią/ gdy ma już związane ręce. Zastanawia mnie, co musiałbyś zrobić, żebyśmy mieli okazję zobaczyć twoje przerażenie z powodu własnych działań, odrazę do samego siebie. Poprzeczka jest zawieszona bardzo wysoko.

Sadzam go więc na jednej z kanap i pytam, co o nim samym mam mu przekazać, gdy jego wspomnienia rozwieją się jak dym. Tylko kręci głową. Nic. Nic nie chce zachować w pamięci.
Drżącą ręką podnosi fiolkę i odkręca zakrętkę. Płyn chlupocze w środku i omal się nie wylewa. Peter podsuwa sobie pojemnik pod nos i wącha.
Ile wypić? – pyta, a ja odnoszę wrażenie, że szczęka przy tym zębami.
Peter to zaawansowany chuligan, który po okaleczeniu rywala, próbie zabicia Tris, strzeżeniu morderczej symulacji i czasowej współpracy z Erudycją stwierdził, że ma dosyć samego siebie, chce stracić tożsamość, bo jest zły i chce nie wiedzieć o sobie absolutnie niczego. Właśnie jesteśmy świadkami skali jego desperacji. To bardzo smutne, że nie chce nawet kontaktu ze swoją matką.
Tobias to ludobójca z pobocznymi sympatycznymi czynami na sumieniu i nie ma podobnych przemyśleń, nie brzydzi się własnego zła.
Peter to bohater raczej negatywny. Tobias to główny bohater pozytywny.
I pomyśleć, że w fandomie znalazł się komentarz, że Tobias powinien zabić Petera za tchórzostwo. Peter, w przeciwieństwie do Tobiasa, przynajmniej jest zdolny do wyrzutów sumienia.

To chyba bez znaczenia.
Okej. Dobra... no to chlup. – Wykonuje taki gest, jakby wznosił toast.
Nie. To jest trucizna o silnym działaniu (jak rozpylisz ją z samolotów, porazi ludzi mimo porządnego zmieszania się z powietrzem). W mojej opinii nierealnym jest, żeby pół kropli działało tak jak fiolka, a fiolka – jak wiadro. Chemia tak nie działa. Prywatnie podejrzewam, że kopiasta dawka może zniszczyć mózg.

Przykłada fiolkę do ust, a ja mówię wtedy:
Odwagi.
O, to jak do zabijanego Erica. Nie dziwię się, wszakże ten reset jest formą śmierci.

Peter połyka zawartość. I znika. I mamy przeskok sceny:

Powietrze na zewnątrz smakuje jak lód. (...) Śnieg przestał padać, ale zdążyło go nasypać na tyle dużo, że skrzypi pod nogami.
Ej! Peter! – wołam, a mój oddech zamienia się w parę.
(We wrześniu, cholera. Wiem, że już to wytykałam, ale ciężko mi nad tym przejść do porządku dziennego).

Peter stoi totalnie oszołomiony przy drzwiach do kwatery Erudycji. Na dźwięk swojego imienia – które od czasu, jak wypił serum, powtórzyłem mu co najmniej dziesięć razy – unosi brwi i wskazuje na siebie palcem. Matthew mówił, że po przyjęciu serum pamięci ludzie są przez jakiś czas zdezorientowani, ale aż do teraz nie zdawałem sobie sprawy, że „zdezorientowany” oznacza w tym przypadku „głupi”.
Wzdycham.
Tak, o ciebie chodzi! Mówię ci to po raz jedenasty! Chodźże wreszcie.
To wskazywałoby na nazbyt dużą dawkę przyjętego przez Petera paskudztwa. Nic dziwnego, że ludzie po aplikacji serum są zdezorientowani, jakże inaczej miałoby być, skoro nagle urywa im się cała fabuła. Matthew powiedział jednak, że w pierwszym okresie mózg jest plastyczny. Peter powinien chłonąć wiedzę i przyswoić swoje imię już za pierwszym razem. Gdyby serum faktycznie oczadziało ludzi i czyniło ich niezdolnymi do zapamiętania jednego prostego słowa, niby jak miałoby się odbywać przywracanie im wiedzy o ich całym dorobku naukowym w okresie poresetowym? Za parę dni Peter wciąż nie będzie bystrzakiem (Christina okaże niepewność, czy chłopak wie, gdzie jest sypialnia; ciekawski Peter będzie, przynajmniej w moich oczach, sprawiał wrażenie dziecka, którym trzeba pokierować).

Tobias informuje nas, że wierzy wielkim i niewinnym oczom Petera, że nie widzi w nim już człowieka, który dopuścił się tak wielu złych rzeczy.

Idziemy do parku Millennium, gdzie księżyc odbija się w belkach gigantycznej konstrukcji, a potem schodzimy po schodach
[Tobiasa stresuje spotkanie z ojcem i zastanawia się, czy matkę też]
Na dole schodów znajduje się pawilon z dwoma szklanymi bryłami po bokach, przynajmniej trzykrotnie większymi ode mnie. Umówiliśmy się tutaj z Marcusem i Johanną – chcieliśmy podejść do sprawy realnie, ale uczciwie, więc wszyscy są uzbrojeni.
Ze strony Wiernych to nie jest podejście realne, z waszej strony potencjalnie jest nieuczciwe. Millenium znajduje się tuż obok siedziby Erudycji; gdy Tris odwiedziła Caleba, to właśnie tam się znaleźli zaraz po opuszczeniu kwatery Erudytów. Evelyn nie umówiła się na spotkanie na neutralnym terenie, tylko obok swojej głównej bazy. W miejscu, które potencjalnie może być naszpikowane jej poukrywanym wojskiem. W miejscu, w drodze do którego stałe, rozlokowane w okolicy posterunki mogły odstrzelić im głowy.
Johanna i Marcus zgodzili się przyjść tylko we dwójkę, mimo że Evelyn jakieś góra trzy tygodnie wcześniej dała dowód, że nie można jej ufać: podstępnie przejęła władzę, wystawiając sojuszników.

Przywódcy Wiernych już czekają na miejscu. Johanna nie ma w rękach pistoletu, ale Marcus owszem i mierzy prosto w Evelyn. Na wszelki wypadek też do niego celuję z broni, którą dała mi Evelyn.
W tym wypadku reakcja Marcusa nie jest dowodem na jego złolowatość, tylko logicznie wiąże się z tym, co wytknęłam przy poprzednim fragmencie. Gościu nie jest na swoim gruncie i z uzasadnionych przyczyn czuje się baaardzo niepewnie.
Pamiętamy, czemu Tobias musiał dostać broń od matki? Ponieważ sprowokował Petera, broń wpadła do śniegu i nie mieli czasu/ było za ciemno, żeby jej szukać. Zgubne skutki zarozumialstwa.

Przyglądam się płaszczyznom jego czaszki, widocznym spod krótko ściętych włosów, i nierównej linii zakrzywionego nosa.
O, Tobiasowi zebrało się na analizowanie facjaty ojca. Osobliwe, ja nigdy nie skupiałam się na detalach wyglądu moich rodziców, zwróciłabym na nie uwagę, tylko gdyby coś było nie tak. Ale to może dlatego, że mnie nie bili. A tak w ogóle: Marcusie, załóż czapkę, bo się przeziębisz i tyle z tego będzie.

Tobias! – woła Johanna. Ma czerwony płaszcz Serdeczności, przyprószony płatkami śniegu. – Co ty tu robisz?
Staram się nie dopuścić do tego, żebyście wszyscy się pozabijali – odpowiadam. – Dziwię się, że nosisz broń.
Wskazuję głową wypukłość w kieszeni jej płaszcza. Bez trudu można rozpoznać zarysy pistoletu.
A ja dziwię się, że nosi ją w kieszeni. Nie zdąży nawet sięgnąć po spluwę, zanim zdejmą ją ukryci bezfrakcyjni snajperzy. W zaistniałych okolicznościach powinna być spięta i, skoro już przekonała się do idei używania broni, powinna trzymać ją w ręce dla poczucia bezpieczeństwa.

Pokój wymaga czasem drastycznych środków – stwierdza. – Sądzę, że zasadniczo się z tym zgadzasz.
Taak. Wiemy, że byłabyś gotowa do środków drastyczniejszych niż noszenie pistoletu w kieszeni. Gdyby to od ciebie zależało, trzymałabyś całe miasto w permanentnym naćpaniu.

Marcus przypomina, że tematem wieczoru jest traktat pokojowy. Tobias wciąż opisuje jego wygląd i stwierdza, że ostatnie tygodnie wpłynęły na ojca niekorzystnie. Zauważa, że mają takie same oczy (klasyk literackiego podobieństwa między rodzicem i dzieckiem), wspomina krajobraz strachu z transformacją siebie w Marcusa.

Martwię się jeszcze trochę tym, że stanę się taki jak on, nawet teraz, gdy mogę się z nim skonfrontować u boku matki, o czym marzyłem jako dziecko.
Ale chyba już się nie boję.
Nie boisz się, że staniesz się taki jak ojciec, czy nie boisz się ojca?
Dobra, nieważne. Tak naprawdę zacytowałam powyższe, żeby wytknąć Tobiasowi, że mimo swojego młodego wieku przyczynił się do znacznie większej ilości cierpienia niż jego ojciec. Bezfrakcyjni polegli w schronach mieli rodziny. Niedobitkowie Erudycji mieli rodziny. I wiele żyć zostało przerwanych; wielu ludzi mogłoby w przyszłości być szczęśliwymi lub też ich właśnie trwające szczęście zostało przerwane. Zło to nie tylko katowanie bliskich, zło to także wydawanie innych na śmierć lub ludobójstwo.

Zgadza się – odpowiada Evelyn. – Chciałabym zaproponować warunki, na które obie strony muszą się zgodzić. Myślę, że uznacie je za sprawiedliwe. Jeśli na nie przystaniecie, ustąpię i przekażę wam całą zgromadzoną przez siebie broń. Nie dostaniecie tylko tej, którą moi ludzie wykorzystują do obrony własnej. Poza tym na zawsze wyjadę z miasta.
Czy Evelyn naprawdę ma aż taki autorytet, że ci wszyscy do niedawna głodujący i pogardzani bezfrakcyjni oddadzą broń i zdadzą się na łaskę i niełaskę dotychczasowych ciemiężców*, jeżeli tylko wyda taki rozkaz? No to ma armię znacznie bardziej karną niż Nieustraszeni. Lojalną na skalę, która mi wręcz imponuje.

Marcus wybucha śmiechem. Nie potrafię się zorientować, czy to wyraz kpiny, czy niedowierzania. Oba odczucia do niego pasują, bo jest człowiekiem aroganckim i do głębi podejrzliwym.
Gdyby był do głębi podejrzliwy, to by nie przyszedł wystawić się byłej żonie jak na widelcu. Nie przyszedłby na tereny bezfrakcyjnych, gdy oficjalnie jest banitą.

Daj jej skończyć – mówi Johanna cicho, chowając dłonie w rękawach.
W zamian za to – ciągnie Evelyn – nie zaatakujecie miasta i nie spróbujecie przejąć nad nim kontroli. Tym, którzy będą chcieli, pozwolicie wyjechać i szukać szczęścia gdzie indziej. Tym, którzy zdecydują się zostać, pozwolicie wybrać nowych przywódców i nowy system społeczny w drodze głosowania. I co najważniejsze, ty, Marcusie, dostaniesz zakaz piastowania jakiegokolwiek stanowiska przywódczego.
* Stwierdziłam, że bezfrakcyjni mają zdać się na łaskę i niełaskę Wiernych – i to właśnie miałam na myśli. Jeżeli jedna strona ma broń, a druga jest jej pozbawiona, wszystko sprowadza się do dobrej woli zwycięzców. Niby w jaki sposób bezfrakcyjni mają wyegzekwować nieprzejęcie kontroli nad miastem? Pięściami, cegłami i sztachetami? Zwłaszcza że teraz część frakcyjnych na pewno jest żądna odwetu: komuś bezfrakcyjna gówniarzeria pobiła dziadka, bo z powodu wieku miał problemy ze zrozumieniem nowych zasad i ubrał się frakcyjnie; ktoś był przyjacielem męczennika od mis; ktoś uważa, że jego siostrę niesłusznie skazano na śmierć. Nie wspominając już o zbiorowej nienawiści zdradzonych Nieustraszonych (przypomnijmy sobie ich brutalny, impulsywny etos frakcyjny) – mogą na własną rękę zacząć szukać przewrotnych towarzyszy broni, którzy odebrali im pistolety, oraz o emocjach erudyckich ocaleńców.
Wiecie co? To, że Evelyn wybrała syna zamiast wojny, da się jeszcze wyjaśnić. To, że bezfrakcyjni podkulą ogony i tak po prostu oddadzą pistolety... tego nie kupuję. Nie potrafię usprawiedliwić tego nawet autorytetem Evelyn. Bezfrakcyjni nawet nie byli szkoleni, żeby postępować jak wojsko. Ich siła tkwiła w różnorodności, nie w bezmyślnym wykonywaniu rozkazów. Jak już kiedyś zauważyłam, w tym świecie broń odbiera się jedynie pokonanym i więźniom. Oznacza to, że bezfrakcyjni nie oddadzą broni, bo to kapitulacja i proszenie się o niewolę.

To jedyny czysto egoistyczny warunek porozumienia. Evelyn powiedziała, że za nic nie pogodzi się z myślą, że Marcus miałby mydlić oczy kolejnym ludziom. A ja się z nią nie spierałem.
[Właściwie egoizmem jest zrzucenie z tronu swoich podwładnych, którzy jej zaufali; zdradzenie ich idei i zdanie ich na dobrą wolę Wiernych, bo chce się odzyskać dobre relacje z synem. To decyzja matki, nie przywódczyni.]

Tobias informuje nas o odsłoniętej bliźnie Johanny, dzięki której kobieta zdaje się silniejsza. Wykluczone, dowodzę tymi ludźmi – oponuje Marcus i ignoruje upominającą go Johannę.

Nie masz prawa mówić mi, czy będę przywódcą, czy nie, tylko dlatego, że czujesz się urażona, Evelyn!
Urażona. Piękne niedopowiedzenie w sytuacji tego małżeństwa.

Wybacz, Marcusie – mówi głośniej Johanna – ale to, co oferuje Evelyn, jest zbyt piękne, by mogło być prawdziwe: bez walki dostajemy wszystko, czego chcemy! Jak możesz to odrzucać?
Bo jestem prawowitym przywódcą! – woła Marcus. – Jestem przywódcą Wiernych i...
Nie jesteś – stwierdza spokojnie Johanna. – Ja dowodzę Wiernymi. I zgodzisz się na warunki traktatu, bo inaczej powiem wszystkim, że gdybyś tylko schował swoją dumę do kieszeni, mógłbyś zakończyć ten konflikt bez rozlewu krwi, ale że się nie zgodziłeś.
Z twarzy Marcusa opada maska spokoju i odsłania nikczemnika.
Marcus zachował zimną krew podczas ludobójstwa i podczas akcji odzyskiwania danych u Erudycji. Pozostawał spokojny, gdy arogancka szesnastka atakowała go nie tylko słownie, ale nawet fizycznie. Nie zareagował gwałtownie, gdy do tej szesnastki przyłączyła się z kpinami jej chamska przyjaciółeczka z Prawości. Panował nad sobą podczas sądu urządzanego mu przez byłą żonę. Nie ujawnił emocji, gdy jego przyjaciółka Johanna zrywała tę przyjaźń, bo dowiedziała się o tym, jak traktował rodzinę. Ale teraz, gdy w perspektywie jest oderwanie od władzy, już nad sobą nie panuje. Może Evelyn trafiła w jego czuły punkt, może Marcus faktycznie widzi siebie przede wszystkim jako przywódcę i warunek Evelyn godzi w jego podstawy tożsamości. Mimo to uważam za dziwne, że wieloletni polityk, którego jedną z wiodących cech było opanowanie, nagle tak się zachowuje. To nie jest twardy zarzut, tylko prywatna opinia.
Hm, że niby Marcus to nie przywódca Wiernych? Dowodził wraz z Johanną, gdy zdobywano broń. Johanna zaakceptowała go, bo potrafił pociągnąć za sobą tłumy i przekonał niezdecydowanych do walki. Przyjęła taką oto propozycję: Pozwól mi razem z tobą dowodzić Wiernymi. Byłem przywódcą Altruizmu. Rządziłem praktycznie całym miastem. Ludzie za mną pójdą.
Informacja o jego braku roli przywódczej przeczy temu, co wiedzieliśmy dotychczas.

Ale nawet on nie ma żadnych argumentów. Pokonało go doskonałe opanowanie i idealnie wyważona groźba Johanny. Kręci głową, ale już się nie odzywa.
Albo siedzi cicho, bo zrozumiał, że po odebraniu broni bezfrakcyjnym i tak nikt nie będzie mógł wyegzekwować jego braku roli przywódczej. Wierni, jedyna uzbrojona grupa, może wybrać sobie na przywódcę, kogo im się będzie podobało.

Pokrótce, Johanna i Evelyn przypieczętowują umowę uściskiem dłoni.

Rano powinniśmy wszystkich zebrać i przedstawić nowy plan – sugeruje Johanna. – Zagwarantujesz bezpieczeństwo?
Postaram się – zobowiązuje się Evelyn.
Gdyby to była rzeczywistość, a nie uproszczona fikcja, nawet Evelyn nie byłaby w stanie zagwarantować bezpieczeństwa po tym, jak jej bezfrakcyjni dowiedzieliby się, że mają po prostu się poddać.

Patrzę na zegarek. Od rozstania z Amarem i Christiną w pobliżu budynku Hancocka minęła godzina, co oznacza, że Amar najprawdopodobniej domyślił się już, że wirus z serum nie został rozpylony.
Hm. Tobias odwiedził mamę, przedstawił jej swoją propozycję, mama odrzuciła swoje życiowe marzenia w imię naprawy relacji rodzinnych... a syn, z tego co wiemy, nawet jej nie zaszczepił. Przecież nie miał dodatkowej szczepionki. I nawet nie obawiał się, czy zaraz nie straci świeżo odzyskanego rodzica, nie zerkał nerwowo na zegarek, nie kibicował w myślach Minaghijczykom. To brzmi, jakby nie zależało mu na mamusi, tylko na samym zażegnaniu konfliktu bezfrakcyjni/Wierni (w wersji, w której nie zostałby on przerwany przez serum).
Wieem, tu nie chodzi o pokazanie Tobiasa jako człowieka przedmiotowo traktującego matkę, zwłaszcza po ładnym tekście o byciu półmetrowym, proszącym o miłość dzieckiem. To przeoczenie autorki.

A może się nie domyślił? Tak czy inaczej trzeba zrobić to, po co tu przyjechałem.
Eee... Niemożliwym jest, żeby się nie domyślił. Gdyby wirus został rozpylony, całe jego otoczenie znienacka zapomniałoby o absolutnie wszystkim. To jest nie do przeoczenia.

Muszę iść – informuję Evelyn. – Mam jeszcze coś do załatwienia. Ale spotkajmy się jutro po południu na granicy miasta. Przyjadę po ciebie.
Dobry pomysł – zgadza się.
Tobiasie, ty nie będziesz jutro miał czasu na spotkanie się z mamusią. Wraz z kilkorgiem znajomych będziecie musieli ogarniać ogromny budynek pełen ludzi wymagających opieki, bo niepamiętających absolutnie niczego. Zresetowana Agencja będzie potrzebowała czegoś znacznie więcej niż krótkiej lekcji ideologii.

Przypuszczam, że już nie wrócisz? – pyta mnie Johanna. – Postanowiłeś żyć za miastem?
Tak. Powodzenia. Ludzie spoza miasta będą próbowali je zlikwidować. Przygotujcie się na to.
Johanna się uśmiecha.
Jestem pewna, że uda nam się coś wynegocjować.
Nie. Gdyby fabuła miała pójść w wiarygodną i tragiczną jak na dystopię przystało stronę, Minaghijczycy zostaliby na nowo zniewoleni, tym razem przez następców zresetowanych pracowników Agencji. Ten eksperyment jest zbyt cenny, żeby miał zostać utracony tylko dlatego, że jacyś terroryści wymazali najcenniejszych naukowców.
Chyba że Tobias ma na myśli peryferyjnych? Jeżeli tak – owszem, oni również są zagrożeniem. Mogą chcieć przejąć lokale mieszkalne (wszakże sami mieszkają w szałasach) i żywność.

Marcus brzydko gapi się na żegnającego się z Johanną Tobiasa. Żegnaj, mówi więc do ojca Tobias, i naprawdę tak myśli.
Przeskok.

Hana, matka Zekego, siedzi w salonie w głębokim fotelu. Jej maleńkie stopy nie dosięgają do podłogi.
Może napiszmy wprost, że ta pani jest karłem: brzmiałoby mniej dziwacznie. Nigdy nie widziałam fotela tak głębokiego, żeby maleńkie stopy dorosłego człowieka nie dosięgały do podłogi. Ciężki mi to sobie zwizualizować.

Amar i Christina odnaleźli [Pedradów] nie wśród innych rewolucjonistów w budynku Hancocka, ale w ich mieszkaniu w Pire nad kwaterą Nieustraszoności.
Pedradowie nie mają instynktu samozachowawczego lub też Evelyn, ze względu na posiadanie nazbyt małej liczby żołnierzy w stosunku do potrzeb, dała sobie już spokój z pilnowaniem, żeby wszyscy zamieszkiwali dookoła byłej siedziby Erudycji.
Eee... Jest mroźna zima. Hancock to ruina. Jest tak wiele terytoriów, które rewolucjoniści mogliby przejąć (właśnie jaskinia Nieustraszonych, tak na przykład). Dlaczego Wierni zamiast tego zdecydowali się narażać na zapalenie płuc w świecie, w którym rozwalono główny szpital, a receptury na leki zostały wykasowane?

Trafiłem do nich tylko dlatego, że Christina wpadła na pomysł, by zostawić przy zepsutym samochodzie liścik z informacją o miejscu ich pobytu.
Lepiej byłoby, żeby Amar pozostawił wiadomość do przekazania jakiemuś strażnikowi i tak pełniącemu wartę przy wejściu do budynku Hancocka. Byłoby szybciej. Szansa, że Tobias wpadnie na pomysł powrotu do samochodu, moim zdaniem nie była duża.

Peter czeka w nowym wozie, który Evelyn zorganizowała nam na drogę powrotną do Agencji.
Nie uważam, jakoby zostawianie Petera samego było dobrym pomysłem. Gotowy jest zapomnieć, że ma czekać (skoro nie umie zapamiętać nawet własnego imienia) i wyruszyć byle gdzie. Chyba że Peter jest z Christiną i Amarem – ale to niedopowiedziane.

Tobias pokrótce tłumaczy rodzinie Uriaha, co się stało.

Zapadł w śpiączkę – ciągnę. – I...
I nie ma szans, żeby odzyskał przytomność – dopowiada spiętym głosem Hana. – To właśnie przyjechałeś nam powiedzieć, prawda?
Tak. I żebyście sami mogli zadecydować.
Zadecydować? – powtarza Zeke. – Czy go odłączyć, czy nie? To masz na myśli?
Zeke musiał mieć do czynienia z medycyną i erudyckim podejściem do leczenia, inaczej nie za bardzo mógłby kumać, co to śpiączka i co to odłączanie kogoś w takim stanie. Wątpię, żeby w miniszpitaliku Nieustraszonych w ogóle funkcjonowało coś takiego jak działania pomostowe czy też uporczywa terapia. Gdy siostra Rity spadła z dachu, nikt nawet nie kłopotał się sprawdzeniem, czy nie jest aby żywa, po prostu uznano ją za trupa na podstawie wysokości, z jakiej spadła. Gdy nowicjusze na skutek ciosów mdleli na wiele godzin (Tris dwukrotnie, każdorazowo przez Petera), po prostu kładło się ich na łóżku i czekało, co dalej, bez chociażby monitorowania czynności życiowych.

Upomniany przez matkę Zeke zapada się na poduchach. Opis czynności jest adekwatny do rozgrywającej się właśnie tragedii, taa. Pani Pedrad wykazuje się typowym dla Nieustraszonych podejściem: oczywiście odłączą Uriaha, on by tak wolał. Tylko muszą go najpierw zobaczyć (cóż, nadzieja umiera ostatnia).

Tobias wyznaje swój współudział i bonusową winę w postaci niewywiązania się z obietnicy – nie upilnował Uriaha (wspominałam już, że upilnowanie takiego niemal dorosłego chłopaka graniczyło z cudem, zwłaszcza gdy na głowie miało się własne problemy, no ale dramatyzm być musi). Zeke siedzi nieruchomo, gapiąc się na kwiecisty wazon.

Potrzebujemy trochę czasu na zastanowienie – odzywa się Hana. Odchrząkuje, ale głos i tak jej drży.
Bardzo chciałbym móc wam go dać. Ale zaraz wracamy do ośrodka i musicie jechać z nami.
No dobrze – zgadza się Hana. – Zaczekaj na dworze. Zejdziemy za pięć minut.
Nie, Pedradowie wcale nie muszą decydować się natychmiast. Tobias jutro około południa znowu będzie w Minaghi (trasa Minaghi–Agencja magicznie skróciła się tak bardzo, że jest to możliwe) i to wtedy mógłby zabrać ich ze sobą, jeżeli teraz nie są jeszcze gotowi – to już niedługo, obecnie mamy raczej późną porę (w streszczonym fragmencie Zeke tarł pięściami twarz, coby się obudzić).
No, chyba że chodzi o to, iż wtedy Amar domyśliłby się, że coś jest nie tak... Ale on i bez tego niedługo zobaczy, co stało się z Agencją.
A jeżeli założyć, że nie chodzi o zachowanie pozorów dla Amara, to towarzystwo równie dobrze może wyruszyć w drogę powrotną za godzinę lub dwie. W Agencji na 99% nie ma już nikogo, kto mógłby upomnieć się o obecność Amara na posterunku (zresztą Amar już pewnie pogodził się z przypałem, skoro mają wracać autem zastępczym... pewnie ten samochód z Agencji ma jakieś niestandardowe opony, że nie dało się po prostu dać mu zapasowych z Minaghi).
Po cholerę poganiasz tę pogrążoną w żałobie rodzinę, Tobiasie? Bo spieszno ci do ukochanej? Bo jesteś zmęczony i chcesz uwalić się w wyro? Sam zadeklarowałeś, że masz wyrzuty sumienia. Dałbyś im tyle czasu ile potrzebują, no.

Wracamy do ośrodka powoli i w ciemnościach.
Jeżeli wracacie powoli to nie ma siły, będziecie tam za dłużej niż 12 godzin. A nie, że jeszcze tej samej nocy.

Zastanawiam się, czy Tris obserwuje śnieg zasypujący chodniki i zbierający się przy samolotach.
Nie. :)
(Cholera, nie nadaję się do względnie profesjonalnej analizy zakończenia trylogii).

Zastanawiam się, czy świat, w którym żyje, jest już lepszy od tego, który za sobą zostawiłem, czy ludzie nie pamiętają już, co to znaczy mieć czyste geny.
Pamięta o tym rząd I RZĄDOWE WOJSKO. Wyegzekwują powrót do tej ideologii. A Minaghi czeka bardziej szczelne odgrodzenie od reszty świata i kontynuacja eksperymentu, po wcześniejszym resecie (Agencja-bis nie chce przecież, żeby szczury laboratoryjne pamiętały o nagraniu).

W lusterku wstecznym widzę, że przykłada dłonie do twarzy i się uśmiecha. Wiem, jak się czuje: bezpiecznie. Wszyscy jesteśmy bezpieczni.
Nie, NIE JESTEŚCIE BEZPIECZNI. Rząd pozostał u władzy. I ma wojsko.
(Mogę powtarzać to do woli a żaden rząd i żadne wojsko się nie pojawią. Zniknęli).

Zaszczepiłaś swoją rodzinę? – pytam.
Tak. Byli razem z Wiernymi w budynku Hancocka – opowiada. – Ale termin resetu już minął. Wygląda na to, że Tris i Caleb odnieśli sukces.
Wedle informacji, którymi obecnie dysponuje Christina, sukcesem Tris jest skłonienie brata do samobójstwa. Nie dziwię się, że odruchowo wymieniła ją jako pierwszą: toż to architekt, który wykreował osobę gotową na śmierć.

Nieustraszony Tobias jednak trochę panikuje, bo Amar zamiast patrzeć na drogę rozmawia z Pedradami, nazbyt często odwracając się w ich stronę. Następnie opisuje nam zimę (taak, pominięcie jesieni jest już oficjalne) – konkretnie, jakich powiązanych z tą porą roku widoków nie lubi.

Może w tym roku dam się przekonać do zimy.
Nie dasz się przekonać do zimy :)

Mijamy ogrodzenia i zatrzymujemy się przed głównym wejściem, którego już nie pilnują strażnicy.
Całkiem prawdopodobne, że w szoku poresetowym wyruszyli gdzieś przed siebie, by ostatecznie dotrzeć na peryferia i zarazić peryferyjnych. Cara nie poczuwa się do odpowiedzialności za opiekę nad zresetowanymi, Caleb prawdopodobnie również jest w zbyt głębokiej żałobie (wiemy, że siostra była dla niego wszystkim), a nawet jeżeli G/J i Matthew wykazali się odpowiedzialnością, to we dwójkę nie zdołają ogarnąć ogromu wyczyszczonych ludzi.

Wysiadamy, a Zeke podaje mamie rękę, żeby pomóc jej przebrnąć przez śnieg. Po wejściu do środka mam już pewność, że Calebowi się udało, bo wszędzie wokół jest pusto. To może oznaczać tylko jedno: pracownicy Agencji zostali zresetowani, a ich wspomnienia zmieniły się na zawsze.
Gdzie są wszyscy? – dziwi się Amar.
Przechodzimy przez kontrolę bezpieczeństwa i nikt nas nie zatrzymuje.
Amarze, ty się ciesz, że nikogo nie ma i nie musisz odpowiadać za auto, które nagle transferowało w inne (ej... Amar z bandą wymykali cię cichaczem, ale zamierzali oficjalnie przywieźć Pedradów... dlaczego Amarowi nic nie zgrzytało w tej misji?).
No właśnie. Gdzie są wszyscy? Zresetowanymi ludźmi nikt się nie opiekuje. Powinni bezradnie obijać się po siedzibie i po jej okolicach. Chyba że mam z dużą dawką dobrej woli przyjąć, iż Matthew, G/J oraz obowiązkowy Caleb zamknęli ich wszystkich w jakichś pomieszczeniach, żeby nie zrobili sobie krzywdy?

Po drugiej stronie zauważam Carę. Z boku twarzy ma paskudne sińce, a na głowie bandaż, ale nie to mnie niepokoi. Martwi mnie smutek na jej twarzy.
Nie dziwię się, że jest jej smutno. Ponoć jeżeli uratujesz komuś życie to zależy ci na jego późniejszych losach (aczkolwiek nie miałam okazji sprawdzić empirycznie), nawet jeżeli to osoba pokroju Tris.

Co się stało?
Kręci głową.
Gdzie Tris?
Opłakuje swojego brata, nie chce nikogo widzieć i nie ma ochoty na amory. Dotarło do niej, co mu zrobiła, i ten fakt ją niszczy”. Też nie byłoby fajnie. Też psułoby Tobiasowi idyllę.

Tobias dowiaduje się prawdy (także tego, że tytan-Tris przeżyła to słynne serum).

Zwykle wiem, kiedy ktoś kłamie, i to musi być kłamstwo, bo Tris żyje. Stoi w atrium z błyszczącymi oczami i zarumienionymi policzkami, a jej silne, choć drobne ciało lśni w słońcu.
A co to, wampir typu Cullenowego? Dobrze, że nie. To już koniec męczenia się z tą bohaterką, nie odrodzi się w tak absurdalnej wersji.
Prywata: gdy Kota była wczesną nastką, te wszystkie drobne bohaterki budziły w niej kompleksy. Kota nie jest gruba, ale do jakiejkolwiek wagi by nie zeszła, i tak nie byłaby – zgodnie z standardami powieści młodzieżowych – drobna, tylko miałaby szerokie bary. Taką ma budowę.

Tris żyje, nie zostawiłaby mnie samego, nie poszłaby zamiast Caleba do laboratorium.
Masz rację, Tobiasie. Obmierzła kanoniczna Tris by tego nie zrobiła. Jej decyzja jest bardzo zdumiewająca, biorąc pod uwagę, że przez prawie dwa tomy miała brata gdzieś i potrafiła tylko bezzasadnie przypisywać mu zakłamanie, z kolei przez większość tomu trzeciego posuwała się coraz dalej ze swoją zemstą.
Wiem, że nie o to chodzi, że to ma łamać czytelnikowi serce, ale ja tam komentuję po swojemu.

Christina również próbuje wypierać rzeczywistość. Gdy oczy Cary wypełniają się łzami, Tobias przyjmuje do wiadomości prawdę.

No jasne, że Tris poszła zamiast Caleba do laboratorium.
No jasne, że tak.
Nie, to nie jest jasne. To jest cudaczne i zrobione znienacka po to, żeby była dramatyczna ofiara. Żeby Roth ustami Tris mogła wyłożyć nam swoje poglądy na właściwe okoliczności do złożenia ofiary.

Tobiasowi przytłumiło słuch (o, w ramach emocji także Tris miewała słuchowe sensacje: gdy uwięziony miś walczył z nielojalistami, jej absolutnie odłączyło fonię). Christina krzyczy, zwija się dramatycznie, nie może udźwignąć swojego bólu, Cara ją obejmuje. Tobias ma również jakieś sensacje ze zmysłem wzroku. No i nie rusza się, bo ma wrażenie, że wtedy to wszystko okaże się nieprawdą.

Najbliższe rozdziały to czas ogólnej rozpaczy po wspaniałej Tris – i, niestety, to w ogóle mnie nie rusza. Ruszałoby, gdyby było napisane z perspektywy Caleba (który pojawi się na chwilę w następnej części i to będzie jedyny moment, który mnie zasmuca). Tobiasa nie lubię tak bardzo (pozytywny bohater – bezrefleksyjny ludobójca jest nie do przełknięcia), że ciężko mi się w niego wczuć. No i nigdy nie uważałam, żeby parę protagonistów łączyło wzruszające, potężne uczucie.
I widzicie? Evelyn miała rację, prognozując związek syna jako tymczasowy. W fandomie ten fakt budził złość.

Za tydzień – kończymy tom trzeci!