środa, 21 listopada 2018

Rozdziały 52 - 56 i epilog



Z dedykacją wszystkim Czytelnikom. 
Czas na trzy ultrakrótkie rozdziały, które mają wyrażać rozpacz Tobiasa. Lepsze to niż pójście na łatwiznę w wykonaniu Stephenie Meyer (pamiętacie jeszcze parę pustych kartek, bo Bellę zostawiono?).

ROZDZIAŁ 52

Gdy jej ciało wpadło po raz pierwszy do siatki, zarejestrowałem tylko szarą plamę.
No to z niezłą prędkością leciała. W tomie pierwszym wspominałam już, że dziwię się, iż żaden z nowicjuszy nie złamał sobie czegoś/ nie uszkodził się w inny sposób: niefortunne ustawienie podczas lotu plus prędkość i już mamy odpad z frakcji.

Pomogłem jej wyjść; dłoń miała drobną, ciepłą. Stanęła przede mną: niska, szczupła i zupełnie zwyczajna.
(Z wyglądu może i tak, ale z charakteru... oj, nie, nie była zwyczajna).

Niczym się nie wyróżniała – poza tym, że skoczyła pierwsza. Sztywniaczka skoczyła pierwsza.
Nawet ja nie skoczyłem pierwszy.
Nawet? Chłopie z lękiem wysokości, czy dzięki posiadaniu jedynie czterech strachów poczułeś się aż tak wyjątkowy? Żałoba żałobą, ale to zarozumiałe.

Ponadto Tris miała piękne oczy. Całościowo rozdział ma osiem linijek.


ROZDZIAŁ 53

Mamy łącznie sześć linijek. Tobias widywał już wcześniej Tris.

Patrzyłem na nią, ale jej nie widziałem; póki nie skoczyła, nikt nie widział jej naprawdę.
Głębokie.
(Krytykowałam Tris za pośmiertne nienawidzenie Alberta, więc nie będę już więcej wytykać, jak pokazała się w nowicjacie. Dajmy spokój Beatrice Prior, jej historia dobiegła końca).

Przypuszczam, że ogień, który płonie tak jasno, nie może płonąć wiecznie.
Tris to nie Katniss, dziewczyna z motywem ognia. Nie róbmy mało subtelnej zrzynki.


ROZDZIAŁ 54

Szalejemy z długością. 19 linijek.

Muszę zobaczyć jej ciało... w którymś momencie – mówi Tobias, gdy po upływie jakiegoś czasu idzie z Christiną w stronę kostnicy, a Cara opowiada, co dokładnie się stało.
Wiem że mamy do czynienia z żałobą, ale Cara, Christina i Tobias naprawdę zostawili ogarnięcie setek ludzi (jeśli mówimy o czterech eksperymentach liczących tysiące ludzi, i do każdego eksperymentu trzeba sporządzać opis, co tam się właśnie dzieje – to to musi iść w setki) na barkach G/J, Amara, Matthew i biednego Caleba. Christina i Tobias byli faktycznie związani z denatką, ale wydaje mi się, że praktyczna Cara powinna zająć się tym, co ważne.
Nie możemy winić Tobiasa, bo jest w tak wytłumionym stanie, że ma luki w pamięci.
No i widzi zwłoki. Tris jest zimna. Do Tobiasa tym bardziej dociera, że dziewczyna nie wstanie, że nie żyje, więc osuwa się na kolana i chyba płacze. Wszystko w nim błaga o jeszcze jeden pocałunek, jeszcze jedno słowo, jeszcze jedno spojrzenie, jeszcze jedno.
Noż z tym naprawdę nie da się robić nic innego jak streszczać. Nie przywykłam.


ROZDZIAŁ 55

Wracamy do względnie normalnej długości rozdziałów. Koniec z liczeniem dni. Istotne jest, że z Tris mieliśmy do czynienia przez dwa miesiące. To jeszcze nam się przyda.

Później nadchodzą dni, kiedy to nie bezruch, ale właśnie ruch pomaga mi jakoś przetrwać. Zamiast spać, chodzę po ośrodku. Obserwuję, jakby z bardzo daleka, jak wszyscy dochodzą do siebie po infekcji serum pamięci, która zmieniła ich na zawsze. Zdezorientowani ludzie dzieleni są na grupy i poznają prawdę: człowiek jest z natury bardzo skomplikowany, mamy różne geny, co nie znaczy, że jedne są wadliwe, a drugie zdrowe. Poznają też kłamstwo: stracili pamięć na skutek trudnego do wyjaśnienia wypadku, ale tuż przed nim mieli zamiar przekonać rząd do równego traktowania UG.
Wciąż zastanawia mnie, co robili ci zresetowani pracownicy Agencji, zanim kilkoro niezresetowanych ludzi łaskawie się nimi zajęło. Wiemy, że z jakiegoś dziwnego powodu zaraz po wyczyszczeniu pamięci postanowili zniknąć z oczu bohaterów, zamiast kręcić się bezradnie po terenie. Co, stali gdzieś (czy tam siedzieli) w równym szeregu, zanim Matthew i banda nie zajęli się reedukacją? Czy zresetowani stają się czasowo aż tak bierni?
Nie, ci zresetowani naukowcy NIE PRZEKONAJĄ RZĄDU DO RÓWNEGO TRAKTOWANIA UG. Po pierwsze, ta linia polityczna jest do czegoś rządowi potrzebna, inaczej by nie funkcjonowała – i nawet gdyby wiedzieli, że jest wadliwa, pewnie nie porzuciliby jej. Po drugie, jeżeli naukowcy poinformują przełożonych: „był jakiś dziwny wypadek, ale ci ludzie *tu rząd sprawdza tożsamość „tych ludzi” i dowiaduje się, że to Minaghijczycy* twierdzą, że porzuciliśmy teorię UG” skończą na reedukacji-bis w jakimś ośrodku wypoczynkowym. Z perspektywy rządu są ofiarami podłych UG + paru CG zdrajców, a nie autorytetem. Po trzecie, jeżeli naukowcy zechcą udawać, że nie było wypadku, to i tak się wyda – gdy wymażą ci wszystkie wspomnienia i odtworzą tylko ich fragment niezbędny do potraktowania cię przedmiotowo (naukowcy jako narzędzie do przekonania rządu), ewidentnie nie będziesz zachowywał się jak dawny ty. A już na pewno nie będziesz nadawał się do prowadzenia dyskusji z rządem.
Mówiłam już o tym. Motyw Tris zmieniającej calutki świat, gdy w rzeczywistości jej ofiara byłaby nadaremna, jest irytujący. Jest szyty bardzo grubymi nićmi.

Wśród ludzi się duszę, ale gdy zostaję sam, samotność mnie dobija. Strasznie się boję, ale nie wiem nawet czego, skoro już wszystko straciłem.
Może boisz się tego, co nieuniknione: że wojsko w końcu wtargnie do budynku, by aresztować ciebie i twoich wspólników, a pracowników Agencji (ofiary waszego zamachu terrorystycznego, z rządowego punktu widzenia patrząc) ze współczuciem wywiezie w miejsce, w którym udzieli im pomocy. Przykładowo, spróbuje odtworzyć ich wspomnienia z dziedzin innych niż tylko naukowa (bo wątpię, żebyście zajmowali się przypominaniem im, jak funkcjonować w świecie – teraz pracownicy Agencji to bezradna grupa dorosłych przedszkolaków – albo jakie więzi rodzinne ich łączą. „Thomasie, ta pani jest twoją córką, ma na imię Jane i przygotowywałeś ją do pracy w laboratorium. A to twoja żona”).

Trzęsą mi się ręce, gdy zatrzymuję się przed pomieszczeniem kontrolnym, żeby zobaczyć, co słychać w mieście.
Bardzo boję się, że miasto zajmuje już armia.

Johanna organizuje transport dla tych, którzy chcą wyjechać. Przyjadą tu poznać prawdę. Nie wiem, co będzie z tymi, którzy zostaną w Chicago, i chyba w ogóle mnie to nie obchodzi.
Zaraz przyjdzie armia, zagoni wyjeżdżających z miasta do Minaghi, otoczy wszystko kordonem, zagazuje ich amnezjatorem, no i wreszcie wybuduje porządny, prawdziwy mur. Taki ceglany, podwójny, z drutem i płynącym przez niego prądem, z wieżami strażniczymi. I wmówi ofiarom, że to dla ich dobra. Eksperyment będzie kontynuowany.
(Nie, nie umiem odpuścić sobie tych uwag).

Wkładam ręce do kieszeni i przez kilka minut wpatruję się w ekrany. Potem wychodzę, starając się zrównać krok z biciem serca lub nie nadeptywać na linie między kafelkami.
Nie możesz zrównać kroku z biciem serca. Serce człowieka zasuwa nazbyt szybko. Było to wspominane już na etapie Erica stukającego stopą szybciej niż bije serce Tris.

W pobliżu wejścia do Agencji jest kilkoro ludzi, w tym Nita na wózku inwalidzkim. Reggie symbolicznie wypuszcza całą zbiornikową wodę (pamiętamy, Tris rozważała to jako rozwiązanie problemu genetycznego) – cóż, na swój sposób faktycznie rozwiązali jednym cięciem kwestię CG/UG, jeżeli zapomnieć o rządzie i reszcie zewnętrznego świata.

Tobias?
Wzdrygam się lekko. To Caleb. Odwracam się w przeciwną stroną i rozglądam za drogą ucieczki.
Zaczekaj. Proszę – woła.
I oto nadchodzi fragment, w którym faktycznie mogę kogoś żałować – i autentycznie żałowałam, czytając powieść po raz pierwszy. Nawet w najgorszej literaturze to się zdarza.
Bardzo kochający swoją siostrę Caleb jest jej wierny nawet po śmierci. Nawiązuje kontakt z bardzo niechętnym mu brutalem, który ma na rękach krew Erudycji i który raz urządził mu już pozorowaną egzekucję połączoną z biciem. Istnieje spore ryzyko, że Tobias nie tylko dobije go słownie (a Caleb i tak jest już w koszmarnym stanie, to logiczne), ale również pobije.

Nie chcę na niego patrzeć, nie chcę oceniać, jak bardzo rozpacza po jej stracie. I nie chcę myśleć o tym, że oddała życie za tego żałosnego tchórza, który w ogóle sobie na to nie zasłużył.
Ciężko się to czyta. Teoretycznie chyba powinnam odpuścić Tobiasowi, przecież ma głęboką żałobę, ale praktycznie – zawsze był niesympatyczny, to nie zgon Tris uczynił go nieprzyjaznym. Chciałam więc zauważyć, że ten ludobójca nie jest odpowiednią instytucją do sądzenia, kto zasłużył na życie, a kto nie. A tchórzliwe to jest bicie związanych więźniów lub mordowanie cywilów dla prewencji, bo przecież mogą stać po stronie wroga.
Hm, jak bardzo rozpacza Caleb? Biorąc pod uwagę, że spędził z Tris całe życie, była ostatnim członkiem jego rodziny, a pod kątem emocjonalnym był od niej zależny w chory wręcz sposób, i jeszcze Tris zginęła tak jakby w jego zastępstwie... to sytuacja Caleba jest znacznie bardziej przerażająca, znacznie bardziej godna współczucia niż sytuacja znającego Tris przez niespełna dwa miesiące, a chodzącego z nią jeszcze krócej Tobiasa. Aczkolwiek target raczej by się ze mną nie zgodził, bo przecież żałoba brata po siostrze nie jest tak atrakcyjna czytelniczo jak żałoba jej pierwszej miłości.

Mimo to patrzę na niego, szukając na jego twarzy jej śladów. Choć wiem, że umarła, jestem jej nadal spragniony. Włosy Caleba są brudne i potargane, zielone oczy przekrwione, a usta skrzywione.
Wygląda zupełnie inaczej niż ona.
No powiedzcie, czy to nie jest bardzo smutne? Nie, nie fakt, że załamany i nieestetyczny Caleb nie nadaje się do robienia za ducha Tris przed jej nienawidzącym go chłopakiem. Mam na myśli jego stan. Ten chłopak został doszczętnie zniszczony. Śmierć dwóch frakcji, śmierć rodziców, finalnie śmierć siostry, pozostanie bez jakiegokolwiek wsparcia emocjonalnego (Tobias ma chociaż Christinę i Carę, Caleba pewnie otwarcie nienawidzą i mają pretensje, że żyje), wszystko w przeciągu miesiąca z hakiem, w wieku siedemnastu lat.
Myślicie, że nasz protagonista jeszcze mu dołoży?

Nie chcę ci przeszkadzać – ciągnie. – Ale muszę ci coś powiedzieć. Chciała... żeby ci to przekazać, zanim...
No, mówże – ponaglam go.
Prosiła, że jeśli nie przeżyje, to żebym ci powiedział... – Caleb tłumi szloch i bierze się w garść, walcząc ze łzami. – Że nie chciała cię zostawiać.
Powinienem coś czuć, słysząc te słowa, prawda? Ale nic nie czuję. Oddalam się jeszcze bardziej.
Tak? – pytam szorstko. – To dlaczego to zrobiła? Dlaczego nie pozwoliła ci umrzeć?
No jasne, że mu dołoży. Skoro nie ulitował się nad płaczącymi i uciekającymi cywilami, tym bardziej nie będzie litował się nad Calebem (który, prawdopodobnie wiedząc, że spotka się z brutalną reakcją, i tak przybył spełnić ostatnią prośbę siostry). Nie zna czegoś takiego, jak przyzwoitość. Calebowi mało jest cierpienia, mało potężnych wyrzutów sumienia (przygniatały go tak, że jeszcze za żywota Tris był bliski publicznego płaczu) – trzeba jeszcze utwierdzać go w przekonaniu, że powinien był umrzeć! Gdyby Caleb faktycznie nie wytrzymał i poszedł po sznur, skoro nie zasługuje na nic lepszego, Tobias ni cholery nie miałby wyrzutów sumienia. Znamy go.
Wyjaśniłabym te cytaty żałobą i nie oburzała się tak na Tobiasa, gdyby wcześniej pokazał się nam z pozytywnej strony. Niestety, nie zrobił tego. Kopanie leżącego jak najbardziej pasuje do całokształtu postaci.

Myślisz, że sam nie zadaję sobie tego pytania? – odpowiada Caleb. – Kochała mnie. Tak bardzo, że celowała do mnie z pistoletu, żeby móc umrzeć zamiast mnie. Nie mam pojęcia dlaczego, ale tak po prostu jest.
Cóż... dotychczas Caleb rozpaczliwie łudził się, że siostra go kocha/ że mogą nawiązać relacje, gdy tylko będzie wystarczająco się starał (Zbuntowana)/ że może chociaż zasłuży na jej wybaczenie, gdy popełni samobójstwo. Teraz przynajmniej ma jakikolwiek faktyczny dowód, że naprawdę był kochany... ale w obecnych okolicznościach to działa tylko na jego niekorzyść.

Odchodzi, nie czekając na odpowiedź, i pewnie dobrze, bo nie potrafię wymyślić nic, co w pełni wyrażałoby moją wściekłość.
Bardzo dobrze, że Caleb sobie poszedł, zamiast w najgorszym momencie swojego życia pozwalać, żebyś dalej co najmniej obrzucał go obelgami. Albo i mu przywalił, bo to właśnie raz już mu zrobiłeś, gdy wezbrała w tobie nazbyt wielka wściekłość.
Czy ja nadinterpretuję, czy też, parafrazując, wychodzi na to... że Tobias cieszy się, że Caleb odchodzi, bo i tak nie potrafiły zjechać go z wystarczającą mocą?

Tobiasowi chce się płakać i tłumaczy nam słowa Tris: powiedziała, co powiedziała, żeby wiedział, że nie zostawiła go z premedytacją, tak jak idąc do Erudycji.

Wpycham dłonie w oczy, jakbym mógł wcisnąć łzy z powrotem do głowy. Nie wolno ci płakać, upominam sam siebie. Jeśli choć w niewielkim stopniu dam upust swoim emocjom, wypłyną ze mnie wszystkie naraz i już nigdy ich nie opanuję.
Ano.
She won't turn around
The shadows are long and she fears if she cries that first tear,
the tears will not stop raining down
[Superchic (k) – Stand in the raing]
: - (
He czy tam she, no trudno.

Za jakiś czas przybywa Cara z przedszkolakiem Peterem. Informuje go, że rzeźba stanowiła symbol zmiany, lecz zostanie rozebrana.

O? zaciekawia się Peter. A dlaczego?
Eee... później ci wyjaśnię, okej? Pamiętasz, jak wrócić do sypialni?
Tak.
No to... posiedź tam chwilę. Kogoś na pewno zastaniesz w środku.
No Peter stał się ciekawskim, wymagającym opieki, pokierowania nim, pokazania świata dzieckiem. Tak to widzę. Skoro on tak ma, to pewnie wszyscy pracownicy Agencji również. I ci pracownicy Agencji mają teraz dyskutować z rządem, przekonywać go do swoich kontrowersyjnych racji. Gdyby nie sceny z Peterem, motyw byłby mniej rażący, bo na dobrą sprawę nie wiedzielibyśmy, jak funkcjonują wymazani.

Jak już wspominałam, Tobias, w przeciwieństwie do (pewnie ostracyzmowanego bardziej niż do tej pory) Caleba znajduje wsparcie. Cara siedzi z nim i milczy aż do przybiegnięcia apatycznej Christiny, wzywającej ich na odłączanie Uriaha. Pedradowie w ostatnich dniach przesiadywali z nim, nie znaleźli żadnych oznak życia – no i podjęli decyzję. (Moim zdaniem dla nich reset Agencji to prawdziwe szczęście w nieszczęściu, bo inaczej raczej nikt nie dawałby im prawa do decydowania o Uriahu – decyzja już zapadła – tylko co najwyżej pozwoliliby się pożegnać).
Tobias informuje nas, że od paru dni nie spał, ale jakoś funkcjonuje, tylko wszystko go boli. W milczeniu docierają na miejsce. Zeke i Hana trzymają Uriaha za ręce.

Widzę Evelyn – Amar odebrał ją kilka dni temu z miasta w moim zastępstwie. Próbuje położyć mi rękę na ramieniu, ale odsuwam się, bo nie chcę, żeby mnie pocieszała.
Hm. Evelyn oddała całe swoje życiowe ambicje, efekt dwunastu lat głodowania, żeby tylko odzyskać syna. Sądzę, że na krótko po takim poświęceniu w imię rodziny nie powinna być przez tego syna odrzucana. Zwłaszcza że pewnie jest tutaj tylko dla niego. Wszakże nie znała Pedradów.

Przy kardiomonitorze widzę lekarza. Podaje komuś dokumentację, ale nie Hanie czy Zekemu, tylko Davidowi. Ten siedzi na wózku inwalidzkim, przygarbiony i oszołomiony jak wszyscy, którzy stracili pamięć.
Oszołomiony. Ewidentnie będący ofiarą ataku amnezjatora. Pozbawiony pamięci. Nienadający się do tłumaczenia rządowi, że winien zmienić swoją politykę. Pozostali też się nie nadają. Wszyscy są oszołomieni.
Tak na boku zauważam, że tego lekarza prawdopodobnie trzeba było uprzednio poinstruować, co dokładnie ma robić i gdzie ma nacisnąć guzik. Minaghijczycy czy tam nieliczni wywrotowcy spoza Minaghi musieli go wyszkolić do tego zadania.

Co on tu robi? – Czuję się tak, jakby wszystkie moje mięśnie, kości i połączenia nerwowe zajęły się ogniem.
Oficjalnie nadal jest dyrektorem Agencji, przynajmniej do czasu znalezienia zastępstwa – tłumaczy Cara za moimi plecami.
Minęło już kilka dni. Jeżeli rząd jeszcze nie znalazł zastępstwa – jeżeli po prostu w trybie błyskawicznym zastępstwa nie wysłał – znaczy to, że po prostu jeszcze nie dowiedział się o sprawie. Może ma zaledwie sporadyczny kontakt z Agencją, chociaż to naciągane (Agencja raczej musi składać meldunki ze swoich poczynań, jest instytucją rządową). Rząd ani na chwilę nie pozostawiłby na kierowniczym stanowisku kogoś, kto stracił zdolność do jego pełnienia.
... Prawda? Nie może być tak, że rząd już wie i zostawia ten wesoły, sponsorowany przez siebie bajzel samemu sobie, czyż nie?

Tobias, on nic nie pamięta. Człowiek, którego znałeś, już nie istnieje. Równie dobrze mógłby być martwy. On nie pamięta, że zabił...
Cytuję to dla potwierdzenia mojego poglądu, że reset za pomocą serum to załagodzona wersja zgonu. Bohaterska Tris zginęła, na zasadach odpowiedzialności zbiorowej czyszcząc także UG pracowników laboratoryjnych – miła starsza, pochodząca z eksperymentów pani już nie będzie pamiętała swojej wnuczki. Wiem, że Tris chciała (...czasowo...) ocalić Minaghi przed resetem + miała faktycznie powody do zemsty, ale lubię wypunktowywać ciemne strony akcji podejmowanych przez bohaterów.

Tobias drze się zamknij się! Chce zaatakować Davida, ale powstrzymuje go nadzwyczaj silna Evelyn. Scena ma więcej wyrazu niż miałaby w przypadku postawionej w podobnej sytuacji, dążącej do konfrontacji Tris, bo Tobias tylko raz z własnej inicjatywy używał pięści w sytuacji innej niż raczej konieczne (wyładowywanie wściekłości na Calebie).

Dlaczego go nie zamknęli? – Wzrok mam tak zamazany, że nic nie widzę.
Bo wciąż pracuje dla rządu – tłumaczy Cara. – To, że uznali całą sytuację za nieszczęśliwy wypadek, nie oznacza, że wszystkich zwolnili. A rząd nie zamknie go w więzieniu tylko dlatego, że okoliczności zmusiły go do zabicia rebeliantki.
Rebeliantki? – powtarzam. – To tym teraz jest? – Była – poprawia łagodnie Cara. – I nie, oczywiście, że nie, ale tak widzi to rząd.
... I nie mogę już dłużej się łudzić.
Rząd WIE. Rząd wie, ale nie przybył. Nie sprawdza, czy podejrzany wypadek (trudny do wyjaśnienia, taaa) na pewno był tylko wypadkiem. Nie interesuje go, że poza trojgiem bardzo młodych, niedoświadczonych pracowników w Agencji nie ma nikogo funkcjonującego normalnie (Minaghijczycy się nie liczą... a jeżeli wie o Minaghijczykach, a nie przybywa, to tym głupsze), że eksperymenty nie mogą być kontynuowane, że cały sektor pracy na rzecz czystych genów ma bardzo poważny kryzys, chwieje się ku upadkowi. Pozostawił wszystko na głowach Matthew, Amara i G/J (aż dwie osoby pochodzące z eksperymentu, czyli niegodne zaufania!), którzy – z punktu widzenia Agencji patrząc – ewidentnie wciskają ofiarom „wypadku” jakieś ideologiczne bzdury, zamiast dążyć do przywrócenia porządku. Nie zdjął dorosłych, bezradnych przedszkolaków ze służby. Biernie pozwala, żeby Agencję przejęli zamachowcy i żeby to oni w niej rządzili, na nowo wychowując naukowców. Nie interesuje ich, że wszystkie zainwestowane w eksperyment pieniądze są marnowane.
Nawet nie próbujcie sugerować, że wyczyszczeni naukowcy mogą być dla nich jakimkolwiek autorytetem w kwestii CG/UG – oni ewidentnie stracili zdolność do wykonywania obowiązków!
Jaki ten finał jest kretyński. Jaka ta książka jest durna. Czytałam wiele powieści, a o żadnej innej nie mogłabym produkować takich elaboratów. Żadna inna z tych mi znanych nie dałaby mi tylu argumentów.

Pokrótce: no i odłączamy Uriaha, ostatniego, który padnie na wizji.

Później z nim też się przyjaźniłem, choć nie na tyle długo, bym zdążył zrozumieć jego poczucie humoru, nie na tyle długo...
(Moim zdaniem nie znaliście się na tyle długo i nie spędziliście ze sobą wystarczająco dużo czasu, żeby w ogóle można mówić o przyjaźni. Ale rozumiem, że nad umierającym przyjaźń brzmi mocniej niż kolegowanie się).

Maszyna zostaje wyłączona, Uriah przestaje oddychać, Zeke płacze.

Odsuwam się od okna. Idę, a potem biegnę przez ośrodek, obojętny na wszystko, ślepy, pusty.
To brzmi jak opis doznawanych w danym momencie silnych emocji, ale przedstawiany po czasie, gdy człowiek umie zdystansować się na tyle, żeby nazwać swój ówczesny świat. A nie, że w czasie teraźniejszym.


ROZDZIAŁ 56

Następnego dnia pożyczam sobie należący do ośrodka samochód.
Raczej kradniesz. Gdy już zrealizujesz swój plan, nawet nie będziesz wiedział, skąd go wziąłeś i że powinieneś odstawić go na miejsce. Ale spoko, właściciele samochodu nie pamiętają nawet imion własnych rodzin, a co dopiero, że mają coś, co do nich należy.

Ludzie dochodzą jeszcze do siebie po utracie pamięci, więc nikt nie próbuje mnie zatrzymywać.
Ludzie, którzy jeszcze nie doszli do siebie po resecie, nie powinni być pozostawiani przez rząd samym sobie także dlatego, że nie są zdolni do zapobieżenia rozkradaniu Agencji – a wiemy, że na peryferiach mieszka masa potencjalnych złodziei. Reggie musi mieć naprawdę potężny autorytet (lub informacje utajono przed peryferyjnymi), że ci biedacy jeszcze nie przybyli skorzystać z lodówek i wynieść, co się tylko da.
Ponadto, jak dla mnie po takim resecie nie da się dojść do siebie. Pozostaje mi tylko zacytować filmową Jeanine zachwycającą się Tobiasem, który z powodu symulacji jest agresywny wobec Tris:
Niesamowite prawda? Wszystko, co stanowi o charakterze człowieka: myśli, uczucia wspomnienia chemicznie wymazane. Nie ma go.
Naukowcy (i względnie niewinni pracownicy UG, ci z eksperymentów) nie odzyskają wspomnień. Wątpię, żeby wywrotowcy, Matthew i pogrążeni w żałobie po nieodżałowanej Tris chociażby próbowali uczynić ich ludźmi mniej więcej takimi jak przed resetem (minus teoria CG/UG), przypominając im, jaki mieli charakter, z kim się przyjaźnili itp. Pewnie reedukacja ograniczyła się do tego, co niezbędne (także poprzez zbyt wielką masę zresetowanych przypadających na zaledwie garstkę osób niezresetowanych).
Instytucją, która powinna przyjść z pomocą Agencji i spróbować przywrócić im poprzednie życie tak bardzo, jak to tylko możliwe, jest rząd.

Jadę torami w kierunku miasta.
Ale że po torach? Czy jedynie równolegle do torów, tylko to jest pokracznie napisane?
Dobra, to szczegół.

Tobias niewiele rejestruje, ale na odruchu kieruje się do miejsca docelowego. Do swojego rodzinnego domu. Nie będę wypominać, że wszystko nie brzmi jak trasa około dwunastogodzinna, już roztrząsałam ten fenomen, a w obecnych okolicznościach lakoniczny opis można zwalić na odrętwienie Tobiasa.
Tobias jest już na miejscu i opisuje nam, jak żałoba go otumania, jak jest między jawą a snem. Ma całodobowo przytłumiony słuch. Jest niczym człowiek odpływający gdzieś w dal. Ma wygaszone wszelkie doznania.
Tobias ścina sobie włosy elektryczną maszynką (biorąc pod uwagę, że elektryczność w porzuconym wesołym miasteczku wciąż działała, a ześwirowana na punkcie zasobów Jeanine nie odcięła prądu opuszczonej kwaterze Nieustraszoności, nie dziwię się, że prąd jest dostarczany porzuconemu Altruizmowi).

Wyciągam z kieszeni fiolkę z serum pamięci. Wiem, że wymaże większość mojego życia, ale wykasuje tylko wspomnienia, a nie umiejętności. Nadal będę potrafił pisać, mówić, składać komputer, bo te dane są przechowywane w innych częściach mojego mózgu. Ale poza tym nie będę nic pamiętał.
To ciekawa sprawa jest. Składanie komputera podpada pod umiejętności wyuczone, ale tak jakby powiązane z zawodem – na tej samej zasadzie, na której naukowcy pamiętają, jak przygotowywać serum itp. Z wypowiedzi Matthew pośrednio wynika, że to nie podpada już pod pamięć utajoną, że umiejętności zawodowe muszą być przywracane:
Oczywiście traci się w ten sposób niektóre ważne wspomnienia, to nieuniknione – ciągnie Matthew. – Mając jednak rejestr odkryć naukowych czy dokonań danej osoby, możemy przywrócić jej wiedzę o nich w okresie przejściowym po wymazaniu pamięci.
Więc jak to w końcu jest? Czy coś przeoczyłam? Jako przykład pamięci utajonej podawano nam jazdę na rowerze i to rozumiem, ale składanie komputera wydaje mi się bardziej skomplikowane; nie intuicyjne, lecz oparte na szeregu świadomych wspomnień, co gdzie powinno być wpasowane – wspomnień połączonych z wiedzą, na jakiej zasadzie taki złożony komputer ma działać.

Eksperyment został zakończony. Johanna wynegocjowała z rządem – z przełożonymi Davida – żeby dawni członkowie frakcji mogli zostać w mieście, pod warunkiem że będą samowystarczalni, że zgodzą się na zwierzchnictwo rządu i że pozwolą na osiedlanie się ludzi z zewnątrz, uznając Chicago za zwykłe miasto, takie jak Milwaukee.
Szczur laboratoryjny, w dodatku UG, negocjował z twórcami eksperymentu o warunkach jego zakończenia. Zakończenia przed czasem, z inicjatywy oddolnej. Mógł narzucać pewne rozwiązania, mimo że rząd dysponuje opcją przejęcia Agencji i spacyfikowania Minaghi amnezjatorem. Rząd nie reaguje na niedolę naukowców, którym wybitnie podejrzany „trudny do wyjaśnienia wypadek” zresetował pamięć. Rząd nie wkroczył, żeby otoczyć opieką swoich skrzywdzonych przez zamachowców ludzi i spacyfikować ewidentnie oddolną próbę zamachu na teorię UG/CG.
Nie wiem, jak to komentować.

Agencja, odpowiedzialna wcześniej za eksperyment, będzie teraz pilnować ładu w mieście.
Chicago będzie jedynym obszarem miejskim w kraju zarządzanym przez ludzi, którzy nie wierzą w defekt genetyczny. W pewnym sensie stanie się rajem.
Jeszcze lepiej.
Rząd wciąż wierzy w teorię CG/UG, ale zamierza pozwolić na istnienie zbuntowanego obszaru. Obszaru podważającego bazowe założenia polityki. Nie zamierza niczego z tym zrobić. Nie reaguje na to, że ich wykwalifikowanemu personelowi ktoś wyprał mózgi i teraz bredzą.
Pozwolił, żeby szczury laboratoryjne z defektem genetycznym rozbiegły się. Żeby panoszyły się w Agencji, miały na swojej łasce i niełasce CG naukowców i nie poniosły żadnej kary za poczynione straty. Pozwolił, żeby wszystkie dotychczas władowane w eksperyment pieniądze zostały zmarnowane – przecież wciąż nie spełniono ich założeń odizolowanych miast. Godzi się z tym, że walka z wyniszczającym ludzkość defektem genetycznym została zaprzestana.
Ponadto... jak to Chicago będzie jedynym takim obszarem, skoro równolegle do Minaghi istniały jeszcze trzy inne eksperymenty i one też zostały oswobodzone, skoro eksperyment nie będzie kontynuowany?

Matthew powiedział mi, że liczy na to, iż do miasta zaczną napływać mieszkańcy peryferii, że je zaludnią i że będzie im się tam żyło lepiej niż na peryferiach.
To trochę jak z problematyką bezdomnych. Nie wystarczy dać im dom, żeby zaczęli sielsko żyć i przystosowali się do nowych warunków. Jeżeli ciężkie życie skrzywiło peryferyjnych tak, że są agresywni, a morderstwa są na porządku dziennym, prawdopodobnie zrobią piekło ze spokojnego miasteczka, a pozostający w Minaghi rdzenni mieszkańcy zatęsknią za starym systemem.

Ja natomiast chcę tylko zacząć wszystko od nowa. Zamienić się w Tobiasa Johnsona, syna Evelyn Johnson. Tobias Johnson wiódł być może nudne i jałowe życie, ale był przynajmniej zdrowym człowiekiem, a nie jego nędzną namiastką, którą czuję się teraz, zbyt wyniszczoną cierpieniem, by zrobić z siebie jakikolwiek użytek.
Może i bym ci współczuła, gdyby twoje czyny nie przyniosły wielu niewinnych ofiar, które prawdopodobnie również stały się nędznymi namiastkami zdrowych ludzi, zbyt wyniszczonych cierpieniem, by być użytecznymi. Jak myślisz, co czuli bezfrakcyjni, którzy dowiedzieli się, że ich przebywająca w innych schronach (tych wystawionych przez ciebie) rodzina została wystrzelana? A jakie cierpienie rozrywało niedobitki Erudytów, którym zniszczyłeś świat? W wyciętym fragmencie informowałeś, że jesteś blady jak trup. Ilu ludzi było bladych jak trupy, bo nie mogli spać, zrozpaczeni i pogrążeni w stresie pourazowym, gdy twoje wojsko zabiło ich bliskich?
Posmakuj chleba, który sam innym podawałeś. Ciężko jest żałować tak złych ludzi jak ty.
Ciekawostka: Roth najwyraźniej nigdy nie zauważyła, że Tobias ma na sumieniu tak wiele, ewentualnie traktuje to na zasadzie beztroskiej fikcji, w której bohaterowi można wybaczyć dowolną ilość trupów. W wywiadzie powiedziała, że Tobias to jej ulubiona postać.
Rozumiem, że Tobiasowa zdolność planowania jest mocno zaburzona, ale jego plan jest do dupy. Gdy już się zresetuje, nie będzie wiedział, co robić. Nie będzie wiedział, jak znaleźć ludzi, którzy się nim zaopiekują. Pójdzie gdzieś przed siebie totalnie otępiały, bezbronny. Jest na opustoszałych terenach. Nawet nie ma (nikłych, ale jednak) szans nadziania się na mamusię, bo ta już wyjechała z miasta. Gdyby chociaż zostawił list do samego siebie, to bym nie miała się czego czepiać. Przecież wie, jak otumaniony i niezdolny do samodzielności stał się chociażby Peter, nie wspominając już o naukowcach. Nie będzie wiedział nawet, że zamienił się w Tobiasa Johnsona.
Inna sprawa, że Evelyn oddała wszystkie życiowe plany, żeby odzyskać syna. Teraz Tobias chce ją oszukać w tej transakcji, popełniając złagodzoną wersję samobójstwa. Cóż, w YA nastoletni bohaterowie niezwykle rzadko uwzględniają rodziców przy podejmowaniu bardzo ważnych życiowych wyborów.

Matthew powiedział mi, że zabrałeś serum pamięci i samochód – odzywa się ktoś na końcu korytarza. Christina. – Muszę przyznać, że nie chciałam mu wierzyć.
Aha. Czyli ledwo Tobias zabrał oba przedmioty, Matthew to zauważył (skąd wiedział, kto jest złodziejem, z monitoringu?) i powiedział Christinie. Ta natychmiast ruszyła w pogoń – i miała czuja, gdzie też Tobias zamierza się udać (raczej nie siedziała mu na ogonie, bo jednak minęło trochę czasu od chwili, gdy Tobias wszedł do domu). Błyskawiczna akcja, dużo dobrych zbiegów okoliczności.
(Christina raczej nie umie prowadzić samochodu, tak swoją drogą. Nauczyła się nagle na potrzeby fabuły).

Christina przybyła na wszelki wypadek oraz by ujrzeć miasto ostatni raz przed jego transformacją. Chce, żeby Tobias oddał jej serum, ale on się sprzeciwia. Christina próbuje różnej argumentacji: a to pochlebstwa z wjazdem na frakcyjność (to nie twoja decyzja, to decyzja tchórza, a ty nie jesteś tchórzem) a to argumentum ad Trisam (nie wolno ci, bo ona by tego nie zaakceptowała! Wiem, że za nic by nie chciała, żebyś wymazał ją z pamięci, jakby nic dla ciebie nie znaczyła!).
Pierwszy argument spotyka się z popularnym w tym uniwersum przewróceniem oczami, drugi z wściekłością. Tobias znowu wrzeszczy „zamknij się!”... no i cóż, popycha Christinę na ścianę i przyciska ją, grożąc jej. Przyjmę to bez większych komentarzy: wiemy, że dla Tobiasa na całej kuli ziemskiej nie było drugiej tak kochanej istoty jak jego habibi, więc po jej śmierci w ogóle sobie nie radzi (przecież na swój sposób chciał popełnić samobójstwo) i w końcu wybuchnął agresją. Wybaczmy mu: człowiek nie maszyna, zresztą pod wpływem słów Christiny* przypomina sobie małżeńską agresję Marcusa i przeprasza, deklarując, że nie chciał.
[* Zrobisz mi krzywdę? Wiesz, jakie jest słowo na wielkiego, silnego faceta, który bije kobietę? Tchórz.]

Stoimy przez kilka sekund nieruchomo i tylko na siebie patrzymy. Gdy się poznaliśmy, nienawidziłem jej, bo była z Prawości, bo słowa wypływały z jej ust ot, tak, bez zastanowienia, bez żadnej kontroli.
Nie dziwię się Tobiasowi, chociaż zastraszanie Christiny na wstępie nowicjatu było nadużyciem pozycji instruktora. Prawi to banda chamów, z którymi nie chciałabym się kolegować.

Tobias snuje rozważania o tym, jak wspaniała okazała się Christina. Christina deklaruje zrozumienie dla zamierzeń Tobiasa, dla jego cierpienia.

Nie znaliśmy się z Willem długo – ciągnie. – Ale zmienił moje życie. Zmienił mnie.
Trzy tygodnie znajomości, w tym związek rozpoczęty praktycznie tuż przed jego zgonem... Pole popisu do zmieniania Christiny było niewielkie. Ale niech będzie, że to kupuję: śmierć pierwszej miłości, zanim zdążysz nacieszyć się związkiem, faktycznie może nieźle się na człowieku odbić.

Ciebie Tris zmieniła jeszcze bardziej. – Z jej twarzy znika wściekłość, widoczna jeszcze przed chwilą. Christina kładzie mi lekko rękę na ramieniu. – Warto pozostać człowiekiem, którym się przy niej stałeś. Jeśli wypijesz to serum, już nigdy go w sobie nie odnajdziesz.
Biorąc pod uwagę, czego Tobias dopuścił się podczas znajomości z Tris – i jaki do swoich czynów miał stosunek – twierdzę, że Tris na pewno nie zmieniła go na lepsze. Nie sądzę, żeby taka osobowość warto było zachowywać.
(Ta, i psuję ckliwą scenę).

Z moich oczu znów zaczynają płynąć łzy, jak przy oględzinach ciała Tris, ale tym razem towarzyszy im ból w piersi, gwałtowny i rozdzierający. Ściskam fiolkę. Tak bardzo pragnę poczuć zawartą w niej ulgę, oddzielić się od bólu związanego z każdym wspomnieniem, rozszarpującego mnie od środka jak pazury dzikiej bestii. (...) Nie żyje i choć płacz wydaje się zupełnie bezsensowny i głupi, to na nic innego mnie nie stać.
Tak, Tobiasa bardzo boli, ale przynajmniej ma wsparcie, Christina zaraz zaproponuje mu przyjaźń. Cytuję to, by jeszcze raz nawiązać do Caleba. Skoro Tobias aż chce się wymazać, to co musi przeżywać brat denatki, obwiniający się (i obwiniany przez innych!) za jej śmierć? O Tobiasa przynajmniej ktoś się troszczy: Christina jest nim przejęta na tyle, żeby natychmiast wyruszyć w pogoń, bo jeszcze zrobi coś głupiego. Caleb prawdopodobnie mógłby oficjalnie wziąć sobie z arsenału linę, udać się do rodzinnego domu w Altruizmie i się powiesić. I pies z kulawą nogą by się nim nie zainteresował (ewentualnie nie z życzliwością, a z wściekłością „jak śmiesz!”), i nikt by po nim nie płakał.
Tak już bywa, że to niedoceniane postaci z drugiego planu są najbardziej tragiczne, najbardziej godne współczucia.

Christina mnie obejmuje, ale to tylko zaostrza ból, bo przypomina chwile, gdy Tris obejmowała mnie swoimi szczupłymi rękami, początkowo niepewnie, ale z czasem coraz silnej, coraz bardziej zdecydowanie, z coraz większą pewnością siebie i mnie.
Tris bardzo szybko przekonała się do kontaktu fizycznego. Nie było przydługiego procesu dochodzenia do etapu bliskości fizycznej. Pomimo konserwatywnego wychowania wyjątkowo szybko doszła do nieskrępowanego obściskiwania się przy innych osobach, w tym przy swoim wrogu, bracie oraz eksprezydencie.

Christina przytula mnie i długo nic nie mówi. W końcu odsuwam się, ale jej dłonie pozostają na moich ramionach, ciepłe i szorstkie.
Nie no. Mamy zimę, czas grubych ubrań. Mieszkanie chyba jest nieogrzewane, w każdym razie nie było ani słowa o zdejmowania płaszcza czy coś. Jakim cudem Tobias czuje na ramionach nie tylko ciepłotę, ale i szorstkość dłoni Christiny? Założyłabym z dobrej woli, że jest w takim stanie emocjonalnym, że ubiera się nieadekwatnie do pogody, ale w tym uniwersum podobne kuriozum już kilka razy się pojawiało (wcześniej z Tris).

Może człowiek, jak skóra na dłoniach, robi się twardszy pod wpływem stale zadawanego bólu. Nie chcę jednak stwardnieć w ten sposób.
... Człowieku, ty już stwardniałeś w przerażający sposób. Owszem, jesteś zdolny do opłakiwania swojej dziewczyny, ale dobrze wiemy, co wyprawiałeś wcześniej.

Ludzie potrafią też być inni. Tak jak Tris, która mimo cierpienia i zdrady potrafiła znaleźć w sobie wystarczająco dużo miłości, by oddać życie za brata.
Taa, motyw miłości Tris do brata. Pamiętamy, które z nich bardziej cierpiało i które zostało zdradzone jako pierwsze.

Tobias wspomina również, co potrafiła wybaczyć Cara oraz jak cierpienie nie zepsuło Christiny – i z nagła czuje się zainspirowany, więc oddaje serum. Christina, jak już zapowiadałam, proponuje czasowe zastąpienie Zekego w roli przyjaciela.

Schodzimy na dół i wychodzimy na ulicę. Słońce schowało się już za zabudowaniami Chicago, z oddali dobiega stukot pociągu, ale my wyjeżdżamy i zostawiamy za sobą wszystko, z czym wiązało się dla nas to miasto. I nie ma w tym nic złego.
Nie dziwię się, że Tobias i Christina ostatecznie opuszczają Minaghi przy akompaniamencie pociągu. Minaghi bez sunącej w tle ciuchci to jak letnia, ciepła noc bez pięknie grających świerszczy. Jest na tyle nastrojowo, że odpuścimy wytykanie, iż jeszcze przed odkryciem Agencji zapowiadano koniec ruchu kolejowego w mieście.

Tobias snuje przemyślenia o różnych rodzajach odwagi. Następnie informuje nas, że musi zdobyć się teraz na odwagę mozolnej pracy na rzecz lepszego jutra, niezależnie od bólu. Dojrzałe przemyślenia jak na kogoś, kto nie śpi od szeregu dni i tak niedawno stracił jedyną osobę, którą kochał – nie powiem że nie.
Oto koniec wszelakich rozdziałów. Jeszcze tylko epilogowo rozsypiemy Tris (kto wie, może osiądzie komuś na włosach i zostanie strzepnięta, będąc omyłkowo wzięta za sadzę) i możemy się rozejść.


EPILOG
Dwa i pół roku później

Evelyn stoi na granicy dwóch światów. Ziemia jest wyrobiona od kolein, bo ciągle ktoś przyjeżdża lub wyjeżdża, a pracownicy Agencji krążą między miastem a ośrodkiem.
Tak, to się stało naprawdę. Rząd pozwolił na zakończenie eksperymentu Minaghi i nie wziął pod opiekę zamnezjowanych naukowców, tylko pozwolił, by zamachowcy ukształtowali ich na swoją modłę. Oto ostateczne potwierdzenie.

Zgodnie z umową, którą zaproponowałem jej ponad dwa lata temu i na którą przystała później w obecności Johanny, miała wyjechać z miasta.
Początkowo założyłam, że ogarnięta melancholią, zmęczona sprawowaniem władzy Evelyn sama chciała opuścić miasto. Jeżeli jednak, bo tych wszystkich wyrzeczeniach, zrobiła to, byle tylko syn jej wybaczył, to cóż, musiało jej na nim bardzo, ale to bardzo zależeć.

Od tego czasu Chicago zdążyło się jednak tak bardzo zmienić, że żadne z nas nie widzi powodu, by nie mogła wrócić.
Nie powinna robić tego dla własnego bezpieczeństwa, jeżeli w mieście żyją jeszcze niedobitki Erudytów. Ale to samo tyczy się Tobiasa.

Matka cieszy się na widok syna, a syn odwzajemnia tą radość i jej nie tłumi. Ponadto, wyjazd sprawił, że Evelyn jest radośniejsza i ładniejsza.

Co u ciebie? – pyta.
Wszystko... dobrze. Dziś jedziemy rozrzucić prochy.
Zerkam na urnę na tylnym siedzeniu. Zajmuje miejsce pasażera. Przez długi czas prochy Tris były przechowywane w kostnicy ośrodka, bo nie wiedziałem, jakiego pogrzebu by sobie życzyła, i nie byłem pewny, czy dam radę wziąć w nim udział.
Pogrzeby pełnią rolę psychologiczną, pomagają ostatecznie pożegnać się ze zmarłym i zaakceptować nową rzeczywistość. Może i Tobias obawiał się, że nie byłby w stanie uczestniczyć w pogrzebie Tris, ale... do cholery, ona miała jeszcze brata. Brata, który prawdopodobnie pragnął pożegnać siostrę zgodnie ze zwyczajami starej frakcji, a nie, że fajczymy Tris i trzymamy ją w kostnicy przez lata; że nie możemy pójść w miejsce jej wiecznego spoczynku, gdy odczujemy taką potrzebę.
Jeszcze raz: przez dwa i pół roku brat nie mógł przejść naturalnego elementu żałoby, jakim jest pogrzeb siostry, ponieważ władcą zwłok został facet owej siostry. Ostatecznie facet uznał, że siostra zostanie rozrzucona nad miastem, bez oficjalnego miejsca wiecznego spoczynku, co prawdopodobnie* kłóci się z kulturą, w której brat został wychowany.
[* Jakoś nie wyobrażam sobie Altruistów tak traktujących prochy.]
Ponadto po takim czasie pogrzeb tylko otworzy rany. To będzie jak ponowna utrata Tris. Do cholery, z zasady o losie ciała decydują członkowie rodziny, a nie partnerzy denata po parutygodniowym, niesformalizowanym związku. Jakim prawem to Tobias rozstrzygał w kwestii zwłok, kierując się własnymi emocjami? Czy takim, że Caleb był niedobry, winien śmierci Tris i to on powinien zginąć? (A raczej takimi, że ten skrajnie załamany chłopak nie miał sił wykłócać się o pogrzeb z rozjuszonym na niego za sam fakt, że żyje, agresywnym ludobójcą).
Podobnie sprawa wyglądała z Alem. To nie rodzice mieli moc zadecydowania o miejscu wiecznego spoczynku syna ani o czasie pogrzebu i obrządku.

Gdyby jednak frakcje nadal istniały, dziś odbywałaby się Ceremonia Wyboru, więc czas zrobić krok naprzód, nawet jeśli niewielki.
Minęło dwa i pół roku – i mamy Ceremonię Wyboru. To oznacza, że od końca lata do nagłego środka mroźnej zimy pochłonęliśmy tajemniczo całe cztery miesiące fabuły (od Ceremonii Wyboru Tris do końca głównej fabuły trylogii minęły dwa miesiące). Czyli znamy już oficjalną skalę obsuwy czasowej.

Dowiadujemy się, że tereny rolnicze znacznie się rozrosły.

W zbożu widać ludzi. Kontrolują ziemię za pomocą ręcznych narzędzi zaprojektowanych przez naukowców pracujących wcześniej w Agencji.
Zamachowcy wykorzystali wiedzę naukowców, która wcześniej służyła do rozwoju niszczycielskiego i palącego problemu UG, do ulepszania rolnictwa. Rząd nie ma nic przeciwko, mimo że pewnie takie wykorzystywanie szkolonych od dziecka tęgich głów to marnowanie potencjału i wręcz profanacja (to zły rząd, pamiętajmy).
Inna sprawa, że jak na moje nawet ta metoda rolnictwa jest przestarzała. Do 2700 roku pewnie za ludzi wszystko będą robiły maszyny, o ile nikt wcześniej nie zafunduje nam nuklearnej zimy.

Jak się żyje bez frakcji? – pyta Evelyn.
Zupełnie normalnie – odpowiadam i uśmiecham się do niej. – Spodoba ci się.
To brzmi, jakby przez te dwa i pół roku Evelyn żyła we frakcji i dopiero miała poznać system bez tego ograniczenia, a to przecież nieprawda.

Zabieram matkę do swojego mieszkania na północ od rzeki.
Nie rzeki, tylko bagna, pamiętam z tomu pierwszego. Bardzo prozdrowotne okolice.

Znajduje się na jednym z niższych pięter, ale ma dużo okien, przez które widać w oddali zabudowania. Osiedliłem się w nowym Chicago jako jeden z pierwszych, więc mogłem wybrać, gdzie chcę mieszkać. Zeke, Shauna, Christina, Amar i George zdecydowali się na wyższe piętra w budynku Hancocka.
No to widać byli zapobiegliwi, zarezerwowali sobie lokum na długo przed możliwością realnego wprowadzenia się tam (no przecież nie zrobili tego w środku zimy, czyż nie?). Pamiętamy, że na etapie końca eksperymentalnego Minaghi Hanckock był ruderą z dziurą w dachu, nadającą się do kapitalnego remontu.
Nie jest to błąd, to takie uwagi na boku.
Shauna i wysokie piętro? Serio? Wiem, pewnie mieli tam działającą windę, ale myślę, że niepełnosprawnemu jednak łatwiej jest mieszkać na parterze.

Caleb i Cara wprowadzili się do mieszkań w pobliżu parku Millennium.
Caleb postanowił zamieszkać w pobliżu dawnej siedziby Erudycji – raju, o którym najpierw latami marzył; który go zdradził, wykorzystał i skłonił do popełnienia największego życiowego błędu; który został brutalnie obrócony wniwecz. Nie dziwię się, że nie potrafił uwolnić się od tego terenu. Pewnie miał mieszaninę sprzecznych emocji z nim związanych.

Tobias opowiada matce trochę o historii Chicago (jego sąsiad jest historykiem). Następnie opisuje nam swoje skromne mieszkanie i odczucia związane z obecnością matki (z jednej strony będzie miał mniej prywatności, z drugiej przecież mieli zasypać dzielącą ich przepaść). W międzyczasie Evelyn dziękuje za opcję czasowego zamieszkiwania w domu syna i obiecuje, że niedługo coś sobie znajdzie.

Część dawnych pracowników naukowych Agencji chce spróbować przywrócić rzece i jezioru wcześniejszą świetność, ale nie nastąpi to szybko. Zmiana, podobnie jak gojenie ran, wymaga czasu.
(Tak, a wierzący w defekt genetyczny rząd pozwala, żeby skupili się i na tej – z ich punktu widzenia – bzdurze, zamiast zostać zreedukowani i dalej niewolić szczury laboratoryjne. Wciąż bardzo wiarygodne).

Słyszałem, że George potrzebuje pomocy przy szkoleniu policjantów – odzywa się Evelyn. – Nie zgłosiłeś się?
Nie. Nie chcę mieć już do czynienia z bronią.
Łudzę się, że do Tobiasa wreszcie dotarło, co takiego wyrabiał wraz ze swoimi ludźmi przy użyciu broni i ma teraz traumę jak Tris po Willu. Swoją drogą dziwię się, że wciąż żyje. Wyprowadził się mieszkać sam, w jakiejś tam odległości od przyjaciół, a w mieście wciąż pewnie żyli Erudyci, których bliskich wymordował: rany po ludobójstwie nie zabliźniają się tak szybko. Stawiam, że żądzę odwetu musi podjudzać jego wybór ścieżki zawodowej:

No tak. Teraz walczysz na słowa. – Evelyn marszczy nos. – Nie mam zaufania do polityków.
Do mnie będziesz mieć, bo jestem twoim synem – stwierdzam. – No i nie jestem politykiem. Przynajmniej na razie. Tylko asystentem.
Gdy pierwszy raz to czytałam, chciałam wiedzieć, jaki szanujący się polityk wziął na asystenta – i prawdopodobnie przyucza do zawodu – oficjalnego ludobójcę, który swoich poprzednich podkomendnych zdradził. Jedyne, co przychodzi mi do głowy to: to nie żaden szanujący się polityk, a jakaś kloaka lokalnego systemu partyjnego.
Ale nie miałam racji. Zaraz zobaczymy.

Siada przy stole i rozgląda się, czujna i ożywiona jak kot.
Będzie mi trochę brakować tych porównań, chociaż akurat to nie jest jakoś bardzo dziwne.

Evelyn chce wiedzieć, czy Tobias wie coś o Marcusie. Tobias wie tylko tyle, że Marcus podobno wyjechał; nie pytał gdzie. Odpowiadając na kolejne pytanie matki, informuje, że nie miał ojcu nic do powiedzenia; po prostu się od niego odciąłem, bo nie ma dla niego miejsca w moim życiu. Później dodaje dla Czytelnika, że podczas negocjacyjnego spotkania z ojcem zrozumiał, że nie ma sposobu naprawienia krzywd, że nie pomógł nawet atak na Marcusa w Prawości, pozostaje więc tylko zapomnienie.

Okręcam wokół palca kółeczko przy kluczach.
To drobny szczegół, ale wydaje mi się, że w 2700 roku metalowe klucze będą dawno reliktem przeszłości. Powiedziałabym, że wszystko będzie funkcjonować na odcisk palca, ale stawiam, że tak naprawdę z naszego obecnego poziomu nie jestem w stanie przewidzieć, jak za siedemset lat będą wyglądały zabezpieczenia mieszkań.

Pokrótce, mamusia przywiozła synkowi niebieską rzeźbę. Dostajemy retrospekcję historii owej rzeźby (Evelyn dała ją sześcioletniemu Tobiasowi, Tobias ją ukrywał, była dla niego symbolem buntu przeciwko narzuconej roli i przed wyjazdem na Ceremonię Wyboru demonstracyjnie wystawił ją na stół w swoim pokoju jako dowód siły jego i mamy. Swoją drogą, nie dziwię mu się, że tak uczynił – z Cztery wiemy, że Marcus dzień wcześniej rozwalił wszystkie jego tajne skarby i znowu spuścił mu łomot, pewnie niepomny, że coś takiego może sprowokować syna do zmiany frakcji). Gdy syn wyjechał, rzeźba przypominała matce o synu, ale teraz nadszedł czas na zwrócenie jej wzruszonemu właścicielowi.

Wiosenne powietrze jest zimne, ale zostawiam szyby w samochodzie opuszczone, żeby wypełniło mi płuca, żeby szczypało chłodem w palce i wyraźnie dawało znać, że powoli odchodzi zima.
Z moich obliczeń wynika, że jeżeli nadchodzi już wiosna (marzec), to dwa i pół roku są umownym zaokrągleniem dwóch lat i czterech miesięcy, ale to szczegół.
(Dla dociekliwych, oto mój tok rozumowania. Gdy kończyliśmy fabułę, była zima – załóżmy, że ostra śnieżyca dopadła Minaghi już w listopadzie. Od tego czasu minęło dwa i pół roku. Wiosna zaczyna się w marcu. Dwa lata + grudzień, styczeń, luty i marzec).

Zatrzymuję się przy peronie niedaleko Hali Bezsercowej i biorę z tylnego siedzenia urnę. Jest srebrna i gładka, bez żadnego grawerunku. Christina ją wybrała.
(Pewnie to już czepialskie... ale jasne, że Caleb nie wybrał ani czasu pogrzebu, ani jego sposobu, ani urny. Jakie znaczenie przy organizacji ceremonii żałobnej ma rodzony brat denatki, gdy przez dwa miesiące miała ona też faceta i przyjaciółkę).

Wszyscy czekają już na peronie. Christina stoi z Zekem i Shauną, która siedzi na wózku inwalidzkim z nogami nakrytymi kocem. Ma teraz lepszy wózek, bez rączek z tyłu, więc może łatwiej nim manewrować.
Sądzę, że do roku 2700, jeżeli nawet nie rozwiążemy problemu bezwładnych nóg, wszystkie wózki inwalidzkie od dawna będą standardowo sterowane myślą czy coś, a nie że współczesne modele.

Jest też Matthew. Tobias wita się.

Uriah zmarł kilka dni po Tris, ale Zeke i Hana pożegnali się już parę tygodni temu. Z przyjaciółmi i rodziną rozrzucili jego prochy w jaskini.
Ee... Ale dlaczego ci także czekali ponad dwa lata, żeby pożegnać syna i brata? Zdawało mi się, że w tradycji Nieustraszonych nie jest zwlekanie z pogrzebem cholera wie ile. Z Albertem załatwili sprawę praktycznie zaraz po zgonie.

Wykrzyczeliśmy jego imię w komnacie echa w Jamie. Ale wiem, że Zeke myśli o nim dzisiaj, podobnie jak każdy z nas, choć ostatni akt odwagi Nieustraszonych ma upamiętniać Tris.
(Jaaasne, że Tris, w końcu to główna bohaterka tego typu powieści, gdzie wokół głównej bohaterki zawsze wszystko się kręci i musi ona być wyjątkowa. Ale nie czepiajmy się już, bo jakimś cudem jej wyczyn sprawił, że rząd porzucił Agencję i nie interweniował przy przerwaniu eksperymentów).

Chcę ci coś pokazać. – Shauna odsuwa koc z kolan, odsłaniając skomplikowaną metalową konstrukcję ortopedyczną. Sięga aż do bioder i tworzy wokół jej brzucha rodzaj klatki. Shauna uśmiecha się do mnie, ze szczękiem stawia nogi na ziemi i podnosi się niepewnie.
Mimo że okazja jest smutna, uśmiecham się.
Proszę, proszę. Zapomniałem, że jesteś taka wysoka.
To naprawdę miłe i pozytywne, ale mam ten sam zarzut co w przypadku wózków inwalidzkich – jak dla mnie w roku 2700 coś takiego będzie dostępne od bardzo dawna.
Jeżeli ktoś zarzuci mi, że idealizuję przyszłość, będę bronić się, że przecież nie czepiałam się Uriaha i jego śmierci mózgowej. Sądzę, że pewne problemy medyczne wciąż pozostaną nierozwiązane, ale widząc, w jaką stronę zmierza współczesna nauka, moim zdaniem inwalidztwo nie będzie należało do tych kwestii.

Caleb zaprojektował to dla mnie razem z kolegami z laboratorium – wyjaśnia. – Dopiero uczę się w tym chodzić, ale twierdzą, że za jakiś czas będę mogła w tym biegać.
Caleb, we wrodzony sposób dobry. Inteligentny i pożyteczny, wykorzystujący naukę dla służenia ludziom, jeżeli tylko nie zostanie zwiedziony przez złych przełożonych. Pozytywny bohater aż do ostatnich stron powieści, uciekający od bólu w służenie innym.

Nieźle. A tak właściwie to gdzie on jest?
Będzie na nas czekać z Amarem na dole – odpowiada Shauna. – Ktoś musi być przy linie, żeby złapać pierwszą osobę.
Czyli nadal jest fipkiem – stwierdza Zeke. – Ale zaczynam się do niego przekonywać.
Wydaje mi się, że może nie mieć ochoty patrzeć, jak rozsypujecie jego siostrę zamiast konserwatywnie (jak na Altruizm przystało) pochować ją w ziemi. Tak, mam podstawy, żeby sądzić że tak wygląda pogrzebowy konserwatyzm, ponieważ inne elementy altruistycznego konserwatyzmu są zbliżone do obecnych [lub karykaturalne, lub takie, które już nawet nie tyle obowiązują obecnie, co są wręcz przestarzałe (Susan musiała zasłaniać szyję) – w każdym razie, zero ekstrawagancji czy nowoczesności]. Ewentualnie – nie chce widzieć ludzi, którzy swobodnie poczynają sobie ze zwłokami Tris, a jego samego uważają za człowieka, który powinien być martwy.

Hm – mruczę niejednoznacznie. Prawda jest taka, że wybaczyłem Calebowi, ale nadal nie jestem w stanie zbyt długo przebywać w jego towarzystwie.
A myślisz, że on wybaczył tobie? Zabiłeś jego frakcję wyboru, znęcałeś się nad nim, wściekałeś się, że żyje. (Taaak, wiem, oficjalna linia brzmi, że Tobias nie zrobił Calebowi nic złego). Myślisz, że on jest w stanie przebywać w towarzystwie człowieka, który wściekle spytał go, dlaczego jeszcze żyje?

Jego gesty, sposób modulacji głosu, zachowanie przypominają mi Tris. Są jak jej szept, a to jednocześnie o wiele za mało i zdecydowanie za dużo.
Ogólnie dwa połączone cytaty brzmią, jakby panom zdarzało się jednak widywać. Caleb jest bardzo łatwo wybaczającym, niezależnie od okoliczności nieżywiącym urazy człowiekiem, jeżeli na widok Tobiasa odruchowo nie skręcał gdzieś w bok. Miałby prawo nie chcieć chociażby na niego patrzeć.

Nadjeżdża pociąg z Carą jako maszynistą i wiecie, co robi? Zatrzymuje się, bo dotarł do stacji! Towarzystwo do niego wsiada. Może gnałby i domagałby się, by do niego wskakiwać, gdyby nie Shauna. A może nauczył się zachowywać jak cywilizowane ciuchcie. Nie wiadomo, to pozostaje fabularną tajemnicą. Tyle się nie zmieniło, że Tobias znowu głupio wystaje z ciuchci, gdy ta jest w pędzie, a gdy jest nad przepaścią – wystaje z niej cały i go to rajcuje. Przeżył wojnę i wciąż lubi narażać się bez powodu.

Chicago nie jest takie jak kiedyś, ale już dawno się z tym pogodziłem.
(Wydaje mi się, że po tych nadużyciach frakcyjnych, ludobójstwach, nadużyciach bezfrakcyjnych, poznaniu prawdy o Minaghi jako naukowym kłamstwie nie powinieneś mieć większych problemów z zaakceptowaniem różnic. Ale to tak na boku).

Tobias opisuje nam, kto gdzie pracuje. Cara i Caleb używają intelektu dla pożytku ludzkości (zwiększanie wydajności rolnictwa), Matthew prowadzi badania psychiatryczne, Christina to urzędnik odpowiedzialny za wprowadzki do miasta. Zeke, Amar i G/J związali się z policją.

Ja natomiast jestem asystentem reprezentantki naszego miasta w rządzie: Johanny Reyes.
Taaak. To Johanna wzięła kogoś tak splamionego jak Tobias na asystenta, może w ramach solidarności ofiar przemocy. Rząd na pewno uwierzy, że byłe szczury laboratoryjne (i to UG) nadają się do samodzielnego sprawowania rządu, gdy asystentem reprezentantki tych obszarów będzie ludobójca.

Christina zagaduje Tobiasa o Evelyn (z mamą jest okej) oraz o to, czy Tobias zjedzie na linie.

Tak – mówię. – Tris na pewno by chciała, żebym chociaż raz spróbował.
Wypowiadając na głos jej imię, nadal czuję ukłucie bólu, uszczypnięcie, które mówi, że wciąż noszę ją w swoim sercu.
Też sądzę, że Tris chciałaby, żeby facet doprowadzał się niemalże do zawału, wchodząc w sam środek sytuacji fobijnej. W końcu była rozczarowana, że przyznał się, iż nie czerpałby przyjemności z lotu samolotem; że nie udawał entuzjazmu.

Christina wpatruje się w drogę przed nami i na krótki moment przytula się do mnie ramieniem.
Też tak myślę.
Ciekawostka: fandom irytowały relacje Tobiasa i Christiny. Ich potencjalny związek widzieli jako pewnego rodzaju zdradę Tris. Ja tu jednak nie widzę związku czy czegokolwiek, co obok niego by stało, lecz przyjaźń.

Tobias informuje nas, co czuje w związku z Tris. Pokrótce, czas goi rany, ale nie do końca. Okazjonalnie wspomina ją, no ale nie za często, ponieważ to jednak boli. Ponadto o Tris można czasem pogadać z Christiną.
Cara zatrzymuje się. Shauna sama schodzi na peron w swojej super maszynie.

Znosimy z Matthew jej nieporęczny i ciężki wózek.
(Jeszcze raz, do znudzenia. Rok 2700, wózki inwalidzkie ciężkie i nieporęczne niczym obecnie).

Peter się odzywał? – pytam Matthew po zejściu.
Gdy minęło oszołomienie po serum pamięci, w jakimś stopniu wróciła ostra, okrutna natura Petera, ale nie w całości. Straciłem potem z nim kontakt. Przestałem go nienawidzić, co nie znaczy, że go polubiłem.
Ciekawa sprawa. W tomie drugim i trzecim nie widziałam, żeby Tobias nienawidził Petera. Owszem, odczuwał wobec niego dystans, pewnie także nieufność, ale że nienawiść? Nawet żartował z nim w tomie trzecim, gdy popadł w niełaskę Tris. Ponadto pozwolił Peterowi się zresetować, a gdy ten przyznał, czemu chce dla siebie tak drastycznego rozwiązania, błyskawicznie minęła mu złość po mającej miejsce chwilę wcześniej bójce.
Nie twierdzę, że Tobias nie miał powodu do nienawiści. Miał, tylko nie było jej widać, nawet gdy poznawaliśmy świat z jego perspektywy.

Jest w Milwaukee – informuje Matthew. – Ale nie wiem, co robi.
Pracuje w jakimś urzędzie. (...) Chyba mu to pasuje.
Ciekawe, kto był na tyle troskliwy, żeby przywrócić Peterowi wszystkie umiejętności niezbędne do pracy w urzędzie. Nawet jeżeli zachował zdolność do pisania i czytania, to nabyte na bazie setek wspomnień zdolności interpersonalne raczej ucierpiały – z tego, co rozumiem.

Zawsze myślałem, że przyłączy się do rebeliantów na peryferiach – stwierdza Zeke. – To by mi do niego pasowało.
Peter się zmienił. – Cara wzrusza ramionami.
Na peryferiach dalej są buntownicy przekonani, że tylko kolejna wojna pozwoli uzyskać pożądane zmiany.
Buntownicy mogą mieć rację, jeżeli tylko wojna jest skutecznym sposobem na odsunięcie od władzy wierzącemu w CG/UG rządu, który w każdej chwili może otrzeźwieć i wysłać na Minaghi wojsko.
Mielibyśmy mocno fatalistyczne przesłanie, gdyby Peter został okrutnym buntownikiem działającym dla samej idei zniszczenia. Ewentualnie pouczenie, że nie da się uciec od swoich wad bez głębokiej pracy nad samym sobą.

Ja skłaniam się bardziej ku stanowisku, że zmianę trzeba wypracować bez przemocy.
(I kto to mówi?)

Tobias informuje nas, że wystarczy mu już przemocy, doświadczył jej wiele i wraca do niego niespodziewanymi wspomnieniami. Wymienia, co takiego mu się przypomina, ale na liście nie ma pokotu Erudytów (tylko Altruistów).
Przy okazji dowiadujemy się, że pomimo nieistnienia frakcji Nieustraszonych wciąż da się rozpoznać, bo mają kolczyki i tatuaże. A tak w ogóle w Minaghi istnieje obowiązek pracy dla wszystkich, którzy są do niej zdolni.
Docieramy do Hancocka. Podłogi są wyfroterowane i lśniące. Na 99 piętrze (dziwne... w pierwszym tomie jechano na setne...) w dachu mamy właz. Po drodze Tobias cierpi na lęk wysokości także w windzie. A przecież wiemy, co zaraz go czeka.

Mieszkają tu Nieustraszeni, bo to oni potrafią docenić walory tego miejsca: wysokość, ale – jak podejrzewam w głębi ducha – również i odosobnienie.
O, czyżby Tobias sugerował, że Nieustraszeni mieli dosyć narzucanej im stadności i tęsknili za prywatnością, jaką daje duży budynek zamiast jaskini, w której raczej siedzieli na kupie? (Sugestie, ze tak wyglądało jaskiniowe życie, były w Cztery). Ja mam jeszcze teorię, że mieli dosyć braku światła dziennego, grzyba, pleśni, wilgoci – i radośnie przeprowadzili się tam, gdzie nie muszą udawać kretów.

Nieustraszeni lubili wypełniać puste przestrzenie swoimi głosami. To mi się w nich podobało.
(Może wyjdę na nierozrywkową, ale mi tam by się nie podobało, nie lubię hałasu, gdy da się go uniknąć. Jako ciekawostkę mogę podać, że nieuznawanie ciszy za rzecz użyteczną było w ich manifeście).

Zeke dotyka mojego ramienia.
Nie martw się, stary. Przecież robiliśmy to nieraz, zgadza się?
A wcale że nie...?
Tris na pewno by chciała, żebym chociaż raz spróbował – powiedział Tobias dokładnie dwie strony temu. Czyli nie było poprzednich zjazdów.

Wlokę się za pozostałymi, zbyt sparaliżowany strachem, żeby szybciej poruszać nogami.
Czy torturowanie samego siebie lotem sto pięter w dół aby na pewno jest dobrym pomysłem? W imię czego – tego, co w domniemaniu mogłaby rzec Tris? Weźcie rozsypcie ją w jaskini, skoro już nie chcecie dawać jej konkretnego grobu, i po krzyku.

Wszyscy wchodzą po szczeblach, nawet – chociaż niezdarnie – Shauna.

Gdy poszedłem zrobić sobie tatuaż na plecach, spytałem Tori, czy jej zdaniem jesteśmy ostatnimi ludźmi na świecie. „Może”, odpowiedziała tylko. Chyba nie lubiła się nad tym zastanawiać.
Wy wszyscy nie lubiliście się zastanawiać, czy poza płotem coś jest. Zupełnie jakby wszczepiono wam godne 2700 roku czipy powodujące awersję wobec tego tematu.

Na dachu można odnieść wrażenie, że na świecie faktycznie nie ma nikogo innego. Coś zmieniło się w sposobie zjazdów:

Zeke podbiega do tyrolki i przymocowuje do stalowej liny siodełko wielkości człowieka.
Nie ma uprzęży, jest siodełko...

Christina wsuwa najpierw do pętli stopy i kładzie się na brzuchu.
... khem? Przecież siodełko i uprząż to ni cholery nie są synonimy. W uprzęży w tomie pierwszym dociskało się pasy, siodełko jest raczej czymś bardziej...hm, biernym jeżeli wiecie, co mam na myśli.
Wiecie, to tłumacz wprowadził mnie w dezorientację, nie Roth. W oryginale sceny z Zeke mamy slings (dosłownie urocze zawiesia), które – sądząc po wyskakującej grafice – jak najbardziej pasuje.

Przeszywa mnie dreszcz. Nie mogę na to patrzeć. Zamykam oczy, gdy Christina oddala się coraz bardziej, i nie otwieram ich, gdy to samo robi Matthew, a potem Shauna.
Powtarzam swój argument: czy aby na pewno narażanie swojego organizmu na szkodliwe stresy po próżnicy, bez wyraźnego powodu, jest takie super?
Taa. Pytam o to faceta, który bez potrzeby i dobrowolnie właził w swoje strachy.

Zeke chce, by teraz leciał Tobias, jednak ten prosi, by była to Cara. No i Cara ładuje się w uprząż.

Cara zaczyna sunąć nad Lake Shore Drive, nad miastem.
A mi zupełnie bez związku przypomina się suwanie, stałe określenie na uprawianie seksu u Katarzyny Michalak. Wiecie, on zaczyna ją suwać.

Na dachu zostajemy tylko ja i Zeke. Patrzymy na siebie.
Chyba nie dam rady – mówię i choć głos mam opanowany, cały się trzęsę.
Oczywiście, że dasz radę – stwierdza. – Jesteś Cztery, człowiek legenda w Nieustraszoności! Poradzisz sobie ze wszystkim.
Człowiek legenda, który ich zdradził, super. Ale przyjmijmy, że odtajnienie prawdy o mieście i w jakimś stopniu pomszczenie go zmyło nawet tę zbrodnię, wedle praw frakcji karaną zwykle śmiercią.

Krzyżuję przed sobą ręce i podchodzę trochę bliżej. Choć do krawędzi mam jeszcze kilka metrów, czuję, jak moje ciało przechyla się i spada. Nie mogę przestać kręcić głową.
Ej. – Zeke kładzie mi dłonie na ramionach. – Pamiętaj, że tu nie chodzi o ciebie, tylko o nią. O zrobienie czegoś, co ona by chciała zrobić, z czego byłaby dumna. Tak?
Tak. Nie wymigam się od tego. Nie mogę się teraz wycofać, nie w sytuacji, gdy wciąż pamiętam jej uśmiech podczas wspinaczki na diabelski młyn i mocno zaciśnięte zęby, gdy stawiała czoło kolejnym lękom w symulacjach.
Wiem, że powinnam kibicować tu Tobiasowi, żeby przełamał swoje słabości, jednak wciąż nie popieram narażania organizmu na ekstremalny stres w imię jakichś mrzonek, zwłaszcza połączonych ze wspomnieniem bezsensownego narażania życia na przerdzewiałym diabelskim młynie. Ten zjazd nie jest ostatnim życzeniem Tris; nie jest potrzebny, żeby dziewczyna zapadła wszystkim głębiej w pamięć; nie jest w stanie w żaden pozytywny sposób wpłynąć na losy denata. Nie kumam idei, dla której Tobias ma się tak męczyć, zwłaszcza że i tak raczej czeka go dożywocie z lękiem wysokości. To nawet nie jest próba inwazyjnego przełamania jednego z czterech strachów poprzez konfrontację z nim w świecie rzeczywistym (ponoć czasem w ten sposób da się coś osiągnąć, jednak jeżeli masz pecha, to nabawisz się jeszcze większej traumy).
Zdaję sobie jednak sprawę, że na kwestię lotu Tobiasa można patrzeć inaczej, zwłaszcza jeżeli kogoś wzrusza pomysł rozsypania Tris.

Tobias włazi w uprząż głową w dół, na wzór Tris. Khem, otwartą Tris przymocowano mu z tyłu. Nieszanujący swoich nerwów młody mężczyzna bardzo się trzęsie – i już pruje w stronę ziemi, i już wrzeszczy.

Wiatr szczypie mnie w oczy, ale zmuszam się, żeby je otworzyć, i niespodziewanie, w panice rozumiem, dlaczego Tris robiła to w ten sposób, głową do dołu – bo dzięki temu miała wrażenie, że lata, że jest ptakiem.
To uroczo, że Tobias otworzył oczy i twierdzi, iż Tris chciała być ptakiem, ale wydaje mi się, ze w tak ekstremalnie szybkim locie ciężko byłoby Tobiasowi utrzymać oczy otwarte. Organizm ma swoje mechanizmy obronne, a wspomniany wiatr najwyraźniej uznał za zagrożenie dla wzroku.

Pustka w dole przypomina mi o pustce we mnie – ta otwarta paszcza, zaraz mnie pochłonie.
Nagle dociera do mnie, że się zatrzymałem.
Był w takim szoku, że nawet nie od razu zauważył, że się zatrzymał; nie czuł ulgi, że zwalnia; konfrontuje się go z bardzo silnym strachem; ale chwila na przemyślenia metaforyczne zawsze się znajdzie, czemu nie. Pamiętamy jeszcze, że ścigana przez morderców Tris porównywała ciężkość powietrza do koca.

Ostatnie drobinki Tris wirują w powietrzu (wydaje mi się, że w aż takim stupiętrowym locie już dawno byłyby wymiecione, ale niech będzie, to są tylko moje przypuszczenia, a przecież odpowiedni klimat sceny musi zostać zachowany). Tobias zrzuca urnę i skacze w sieć rąk.

Zapada niezręczna cisza. Z niedowierzaniem wpatruję się w budynek Hancocka. Nie wiem, co powiedzieć. Caleb uśmiecha się do mnie nieśmiało.
Calebie. Ten człowiek właśnie sprawił, że nigdy nie będziesz miał miejsca, w którym mógłbyś odwiedzić chociażby jednego spośród zmarłych krewnych (rodzice skończyli w jakiejś anonimowej, zbiorowej mogile). Ponadto wiesz, co robił wcześniej tobie i twojej frakcji wyboru (w tym ludziom całkiem niewinnym). Nie możesz także być pewien, czy w głębi duszy wciąż nie twierdzi, że powinieneś być martwy. Dlaczego, do diaska, szukasz z nim kontaktu? Chyba nie jesteś już przeraźliwie samotny, żeby garnąć się do ludzi podobnego pokroju. Masz Carę i innych współpracowników, z którymi łączy was pasja nauki.

Przybywa Zeke (najwyraźniej sam zapiął się w pasy i odpowiednio je zacisnął, niech już mu będzie). Tobias bez wahania odmawia ponownego zjazdu, który został mu zaproponowany – i nic dziwnego, wspominałam już, że z tego zmuszania siebie do konfrontacji z Hancockiem nie wyniknie nic trwale pożytecznego.
Przeskok, wracamy do ciuchci. Tobias luźno rozmawia z Christiną (ona życzy mu wszystkiego najlepszego z okazji Dnia Wyboru i pyta o samopoczucie; Daję radę – odpowiadam. – Ale nie jest mi łatwo. I to raczej się nie zmieni). Dowiadujemy się, że pomimo częstych kłótni teraz jest dla Tobiasa jedną z najbliższych osób.

Shauna idzie w aparacie ortopedycznym, gawędząc z Amarem, a Zeke pcha pusty wózek. Cara i Caleb rozmawiają o czymś wyraźnie emocjonującym; naprawdę mają ze sobą wiele wspólnego.
Bardzo miło mi widzieć Caleba na finale, który wreszcie ma kogoś zaprzyjaźnionego; który radzi sobie z życiem, pewnie pomimo bólu potrafi czerpać z niego jakąś radość. No i prawdopodobnie, jako obiecujący inteligentny naukowiec, dzięki swoim przyszłym wynalazkom pomoże niejednemu potrzebującemu (już tu mamy przykład, ile dobrego może zdziałać). Cieszę się, że w epilogu mamy ten pozytywny element.

Idziemy na samym końcu. Mijamy opustoszałe budynki z ciemnymi oknami i przechodzimy przez most zawieszony nad bagnistą rzeką.
Nazywając rzec całkowicie po imieniu, po prostu koło bagna. W Niezgodnej mieliśmy do czynienia z bagnem, a z epilogu dowiadujemy się, że naukowcy dopiero pracują nad przywróceniem tu wody.

Na sam koniec mamy przemyślenie Christiny:

Czasem życie jest naprawdę do dupy – stwierdza Christina. – Ale wiesz, czego się trzymam?
Unoszę brwi.
Przedrzeźnia mnie i robi to samo.
Chwil, które nie są do dupy – ciągnie. – Cała sztuka polega na tym, by umieć je dostrzec.
Nie mogę wiele zarzucić takiej taktyce radzenia sobie z trudami życia. Nie mogę też twierdzić, że brzydkie słowo nie przystoi finałowi popularnej trylogii. Sama zakończyłam swój liczący kilka tysięcy stron* gimnazjalny cykl optymistycznymi planami siedemnastolatka, w życiu którego minęły już paskudne burze:
Już widział samego siebie za ladą, sprzedającego zadowolonym nastolatkom różne gadżety. Nie zrezygnuje z marzeń, będzie dążył do ich realizacji ze wszystkich sił. Szczegółowo wyobraził sobie własny sex shop, taki dyskretny, ale popularny, umiejscowiony gdzieś na rogu ulicy. To się spełni. Bo niby dlaczego nie?
Nie brzmi wcale poważniej.
[* Tak, serio. Dzięki temu piszę teraz na klawiaturze tak szybko, że doceniają mnie w pracy biurowej, a i mam na pamiątkę opowieści. Same plusy z tych setek godzin poświęconych na hobby. Konkretnie rzecz biorąc, mówimy o tekście, którego pierwsze rozdziały kiedyś Wam pokazałam. On był kontynuowany/rozwijany w ośmiu innych tomach.]

Później, wchodząc na peron, swoją finalną konkluzję wypowiada także Tobias:

Od dziecka wiedziałem, że życie nas okalecza. Każdego z nas. Nie da się tego uniknąć.
Ale powoli zaczynam się przekonywać, że możemy zostać uzdrowieni. Że nawzajem się uzdrawiamy.
I znowu, nie za bardzo wiem, jak komentować Tobiasowe życiowe przemyślenia. Poprzestanę więc na poinformowaniu Czytelników, że przygoda z Niezgodną właśnie dobiegła końca.

Bardzo dziękuję wszystkim, którzy śledzili moją analizę. Ostatecznie dałam radę wyrobić się w terminie, który na początku rozgrzebywania trylogii przedstawiałam jako wersję najbardziej pesymistyczną – do końca roku 2018.
Czy mogę prosić o zgłoszenie się wszystkich, którzy dotrwali do końca? Mam na myśli krótki komentarz, jak po finale tomu 1.  :)
Wątpię, żebym kiedykolwiek jeszcze miała coś analizować. To dzieło Roth denerwowało mnie w szczególny sposób.
Jestem wręcz zdziwiona, że udało mi się to ukończyć. Analiza, z powodu przerwy maturalnej i przerw semestralnych, zajęła dwa i pół roku. Pomijając skandaliczne wyrwy czasowe w walce ze Zbuntowaną, była dodawana regularnie.
Jeszcze raz dziękuję Wam za obecność. Ponadto, w ramach bonusu zapraszam, zupełnie bez związku z tematem bloga, do listy długaśnej muzyki nadającej się na tło codziennej aktywności.
A w ramach ciekawostki przedstawiam skok listy wyświetleń tuż po zgonie Tris :)



 
Z najlepszymi życzeniami,
Kota.